Uzbekistan. Historia jednego wypadku

Tagi: , , , , , , ,


Świszczący dźwięk zaciąganego hamulca szybko i skutecznie wybudza mnie z pedałującego rytmu. Nie ma czasu spojrzeć w lusterko, myśleć czy uciekać w prawo czy tez w lewo też nie – kurczę się cała w sobie i czekam długą sekundę na to, co się wydarzy. Uderzy we mnie ten samochód czy może jednak ominie?
Nie dał rady ominąć. Uderza z tyłu, lecę przez kierownicę, w samozachowawczym odruchu jeszcze kulę w kłębek i łapię za głowę, żeby ją chronić.. (co by rzecz jasna raczej nic nie dało).
Dziewoczka, ty kak? Do szpitala trzeba jechać! Z feralnego samochodu wybiega dwóch mężczyzn. Leże na asfalcie, macam głowę, cała, reszta też raczej.. chyba wszystko ok za mną, wyhamował.. nie nie chcę póki co szpitala, nigdzie nie chcę jechać bo kto się tymi rzeczami zajmie, policja, potrzebna policja – dzwońcie!


Szpital! Policja, teraz, już! I karetkę wezwać, niech ktoś przyjedzie to jakoś udokumentuje.. to wypadek jest przecież. Rower leży, koło tylne skasowane, sakwy porozrzucane.. Szpital! Policja!
Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale nikt policji wzywać nie chce. Co tu się dzieje?
Siedzę na tym asfalcie, słońce świeci w twarz, a koło mnie kuca młody, niewysoki człowiek. Kierowca.
Proszę, dziewoczka, nie wzywajmy policji. Ja wszystko pokryję, wszystkie szkody, rower naprawię, tylko bez policji.. Ja dobry człowiek jestem.
Ale trzeba wezwać policję przecież.
W głowie mam jakies skrawki informacji, ze ubezpieczenie, ze procedury, papiery, stempelki potrzebne…
I wtedy widzę łzy. Jego łzy. Ten człowiek płacze. Jak mężczyzna płacze, to.. no coś bardzo jest na rzeczy.
Już wezwali – mówi. Do więzienia mnie wsadzą, kare nałożą, prawo jazdy zabiorą.. ociera łzy i jest bardzo smutny.
Czekamy. Nie wiem co robić, trochę ze mnie para schodzi. Asfalt wcale nie parzy, siedzę dalej i nie mam pomysłu.. kogo zawiadomić? Przesiedziałam w Ferganie i Taszkiencie kilka dni bo deszcz i zimno, i aż przebierałam nogami żeby w końcu ruszyć.. dziś w sam raz piękne słońce wyszło, byłam już 20 km za Taszkientem, plany snułam gdzie i jak pojechać.. a teraz.. o kant wiadomo czego rozbić teraz te plany. Na szczęście nic mi nie jest, dzięki Ci Panie Boże, ale ..
Telefon. Mam telefon do Rity przecież. Ale wyjeżdżając z Taszkientu nie naładowałam karty telefonicznej, miałam to zrobić w najbliższej miejscowości.. eh, ani netu, ani dzwonienia. .jak nie urok to..
Czy mogę zadzwonić z pana telefonu?
Dzwonię. Rita z Fergany na południu Uzbekistanu, poznana jeszcze w Kirgistanie, z która się widziałam niedawno.. Rita.. co ja mogę zrobić, co się tu robi w takich przypadkach? No teraz to już i mi łzy zaczynają lecieć.
Rita pociesza, ale nie bardzo może pomoc. Dzwoń do ojca Piotra, Ewa.
Dobrze, ojciec Piotr z Samarkandy, Franciszkanin od 20 lat posługujący w Uzbiekistanie, dusza człowiek..
A, Ewa, dzień dobry! Słyszę w słuchawce. To co, kiedy będziesz w Samarkandzie?
Tak, jestem w Uzbekistanie, tylko proszę ojca jest taki problem.. .. co ja mam robić?
Nic ci nie jest? To najważniejsze. Telefon do konsula, do ambasady masz? Nie? Ja do niego zaraz zadzwonię.
Dzwoni konsul. Tak, przyjedzie jak najszybciej się da.
Czekamy.
Jak mu się to udało? Myślę. Duża, szeroka trasa wyjazdowa z miasta, ale już 20 km dalej, ruch nie za duży, w momencie uderzenia nie jechał żaden inny samochód. Żaden. Tyko ta osobówka, którą widziałam nadjeżdżającą w oddali z bocznej podporządkowanej pod katem 30%, ale była tak daleko, ze zdecydowałam się przejechać. Zwyczajnie jechałam przylepiona do pasa po prawej, więc jak on to zrobił? Nie widział chyba w ogóle, uderzył z tyłu.

Droga pod Taszkientem – miejsce zdarzenia
Samochód z ambasady jest wypełniony po brzegi. Trzy osoby. Kierowca, konsul i pracownica ambasady. Dziś sobota, ale akurat byli w pracy i waśnie mieli jechać do domu, a tu telefon ode mnie, przyjechali wszyscy. No niefart.
Jest też policja. Nic nie mówi po rosyjsku pan władza z drogówki, taki zonk. Tylko uzbecki.
Jakieś ustalenia, kto winny? Tak, kierowca przyznaje, ze jest sprawcą wypadku w 100%. Chociaż tyle.
Rower i uszkodzoną sakwę (wyrwany hak) trzeba oddać w depozyt, samochód sprawcy tez. Jest sobota. Sprawa cywilna odbędzie się we środę. Jeśli przyznam, że nie mam żadnych „pretensji” jak to tu nazywają to kierowcy przyłożą karę, ale nie będzie miał sprawy karnej i zostawia mu prawo jazdy.
Rozmawiamy o uzbeckiej rzeczywistości. Wezwanie policji to najgorsza gorszość, dlatego tak długo z tym zwlekali. Niemal nigdy się tego nie robi. Stopień skorumpowania jest niebywały, a policja w tym przoduje. Widzę drogówkę rozstawioną co kilometr niemal, zatrzymują samochody, zawsze się czegoś doczepią.. Pan wladza ma władzę. Będą człowieka gnoić do upadłego. Karę przywalą potężną – na papierze niewiele, dla państwa spadnie nędzny ochłapek, reszta do kieszeni idzie. Wszystkich trzeba opłacić po kolei, każdy kto może łapę wyciągnie. Dlatego Uzbekistanie sprawca i poszkodowany najczęściej dogadują się i załatwiają sprawę w swoim zakresie – tak jest łatwiej dla każdego.
Opieka medyczna.. za wszystko trzeba zapłacić. Karetki? Bywają, ale w większych miastach, generalnie nie ma co nie nie liczyć, chorego przywozi się do szpitala samemu. Lekarze dobrzy, wyksztalceni, tylko nie maja czym leczyć. „Dużo miała pani szczęścia Pani Ewo” słyszę ponownie.
Do środy trzeba naprawić rower. Gdzie, jak..? Rower zabrali, nie wiem, czy tylko koło poszło czy cos jeszcze… przerzutka itd. Model Koga World Traveller, obręcz koła pancerna, rozmiar 28 na 40 szprych, nie do dostania jak się okazuje, do tej pory, ok. 40 000 km i ani razu nawet nie wymagała centrowania.


Ale jeszcze szpital, musimy jechać do szpitala na oględziny. I to nie szpital w Taszkiencie tylko inny, lokalny, bo to już poza miastem było i rejonizacja obowiązuje.
Szpital.. no tak. No ok, widziałam gorsze. Jedziemy, czekamy. Lekarz operuje. Dziś sobota, dużo wypadków. Jakaś kobieta wpada z dzieckiem na ręku, dziecko się nie rusza. Podjeżdża z piskiem opon samochód, ktoś krzyczy, pomoc, wyciągają człowieka z tylnego siedzenia, pod ręce, na nosze, nieprzytomny.. Inny samochód, człowiek wysiada. ręka zgięta uniesiona.. dłoń, gdzie jest dłoń?
O matko. Co ja tu robię, mi nic nie jest. Ale trzeba, policja nakazuje. Przyjeżdza inny władza. Protokół spisujemy w ambulatorium.
Jakie mam wykształcenie? Czy mam rodzinę? Ile czasu jestem w Uzbekistanie? Gdzie mieszkałam do tej pory w Uzbekistanie? A meldunki hotelowe, poproszę. (Temat registracji meldunkowych jeszcze opiszę). Paszport otwierany po raz 20-ty. Ja się pytam jak się ma moje wyksztalcenie do okoliczności wypadku? Zamiast sprawca wypadku to ja jestem poddana skrupulatnemu przesłuchaniu.
Jest i lekarz, prześwietlenie.. czaszka w porządku, małe zaświadczenie, można jechać.
Powrót do hostelu, spać. Trudno spać. Da się naprawić bicykla? Gdzie, co za ile? Czy coś tu można kupić? Sprowadzać z Europy? Jestem totalną noga w sprawach technicznych, ale na szczęście forumowicze z fejsbuka i nie tylko pomagają. Dziękuje wszystkim.
Ze sprawcą wypadku jestem w kontakcie. Mieszka w Angren, to jakieś 100 km od Taszkentu. Wie o rowerach tyle co nic i choć się stara, to wychodzi jeszcze gorzej. Nazajutrz przyjeżdża z przyjacielem, jedziemy na bazar, tu wszystko się kupuje na bazarze.. najwyraźniej nie wszystko, obręczy dobrej nie ma. Sklepy rowerowe namierzam, ale czynne będą jutro. W Angren znaleźli jakiegoś mechanika rowerowego, co to sprowadza rowery z Niemiec. Ma podobno pasującą obręcz, jedziemy? Nie wiem po co się dałam namówić na jazdę do Angren. Mechanik był niezwykle miły, ale miał jedynie stare, zużyte rowery. Może i dobrej jakości bo niemieckie, ale podrdzewiałe, ze lat ze 30 im było.. bez sensu, albo ja wybredna jestem. Do tego nocować musze w Angren właśnie, przyjmję zaproszenie od sprawcy wypadku. Małe mieszkanko w bloku, żona malutka cichutka, przerażona, kolacją częstuje.. dziecko na oko 6 letnie do szkoły waśnie poszło.. zerka jedynie. Drugie małe zostało u dziadków, żeby nie przeszkadzać. Dostaję do dyspozycji pokoj malzonków. No, nie przelewa się w tym domu. Dziwne to uczucie spać u sprawcy wypadku, w jego łóżku zreszta. Z tego wszystkiego zapominam, ze nie mogę wrocic i zameldować się w Taszkiencie bez rejestracji hotelowej za poprzedni dzień (b hotel nie przyjmie) – wyjeżdzajac rano jedziemy zatem do hotelu w Angren, gdzie sprawca płaci za kwitek hotelowy normalną cenę jak za pokój. Mogłam tam spać po prostu, bez sensu.
Wracamy do Taszkientu. Dzięki informatorom z Fejsbuka namierzam Aleksieja, złotą rowerową rączkę. Pracuje w sklepie w największym rowerowym DI Sport w stolicy Uzbekistanu, jedziemy tam z wybłaganym z policyjnego depozytu uszkodzonym kołem. Aleksiej do rozmownych nie należy, ale nie o to chodzi, chyba zna się na rzeczy. Stwierdza, ze powinno wystarczyć wymienienie obręczy, reszta – piasta, szprychy wygląda w porządku. Jaka obręcz? Jasne, ze nie ma nic na 40 szprych. Na 36 tez nie, bierzemy Authora crossa na 32 – jedyna możliwość. Zobaczymy czy się toczyć będzie.. jak nie to zamówię nowe u przedstawiciela Kogi, ale najważniejsze, żeby móc się turlać dalej..


Mamy przyjechać jutro. Jutro, czyli wtorek. Ostatni dzień na załatwienie sprawy przed wizytą na policji.
Wtorek. Koło zrobione, ale zeby dokończyć naprawę, trzeba mieć przecież rower. Dopasować koło. A rower jest gdzieś tam zdeponowany 20 km od Taszkientu.
„Mój” kierowca czyli Dilshod jeździ codziennie z Angren, 100 km w jedną stronę. Ma zadzwonić jak będzie, pojedziemy do mechanika razem.
17ta, zaczynam się denerwować, bo nie mam od niego żadnej informacji. W końcu dzwoni. Ewa, wybłagałem rower z depozytu, ale nie mogę znalexc samochodu, który go zabierze! Słyszę zrozpaczony głos. Twój rower jest duzy, nie miesci sie (mowilam mu przeciez). A mechanik Aleksiej powiedział ze trzeba przyjechać do 17.30. ..
Dilshod, ale co ja Ci pomoge?! – ja, obcokrajowiec, w dodatku nie będąc na miejscu? To ostatnie godziny na naprawdę roweru, jutro rano sprawa na policji. Jak nie będzie zrobione to źle się da Ciebie skończy. Rób co możesz, zapłać komu trzeba, dzwoń do Aleksieja i błagaj go, żeby poczekał i zrobił rower później.. Dilshod to dobry chłopina, ale chyba go wszystko przerosło, trzeba było nim potrząchnąć porządnie. No i proszę – znalazł się samochód, Aleksiej tez dał się przekonać. Garażowe naprawy wieczorową porą, a ok. 20tej robię jazdę próbną.


Jeszcze sakwa. Dilshod sam wykonał model uchwytu na hak, jakoś to skręcone, jakoś się trzyma i nawet jestem zadowolona.
Środa. Sprawa odbędzie się w tejze miejscowości poza Taszkientem. Nikt po mnie nie przyjedzie, bo Dilshod sam nie ma czym tylko zapyla autobusami zatem jadę taksówką, marszrutką i lokalnym PKS-em. Dzięki Ci panie za jako-taki rosyjski. Udaje się. Jest tez dała delegacja z ambasady polskiej w Taszkiencie – pan ambasador, konsul, pani tłumaczka no i kierowca. Ja czuję się w pełni zaopiekowana, ale Dilshod jest skurczony, malutki, niemal przezroczysty, absolutnie przytłoczony towarzystwem.


Dilshod, będzie dobrze mowie, widząc światełko w tunelu.
Tak..? odpowiada cos jakby nieprzekonany uśmiechając się blado.
W sumie to polubiłam tego chłopaka. Byliśmy na łaczach dość intensywnie przez te 4 dni.
Wcześniej już ustaliliśmy, ze naprawa naprawą, ale koszt uszkodzonej obręczy jest dużo wyższy, niż zużyte do naprawy części, wiec sprawca ma mi zapłacić rożnicę. Widzę, jak dzwoni po kolegach, żeby pozyczyc te pieniądze.. 100 dolarów to dla niego cała miesięczna pensja. Dobra, Dishod, jest ok, nie trzeba dopłacać. Tak..? pyta z niedowierzaniem.
Sprawa wcale nie chce się zakończyć szybko. Znowu szpital, nawet otarliśmy się o prosektorium, jakieś telefony, obdukcja i protókoł .. pani cos tam spisuje, ale na oficjalny papier trzeba czekać.. 2 dni! Albo do jutra chociaż. Ludzie, ja chce już stąd jechać, nie mogę tu w nieskonczność siedzieć, kursować.. Przedstawiciele ambasady interweniują, protokół po niecałej godiznie jest w ręku. Zapakowuję się jakims cudem do samochodu ambasady i odjeżdzamy.

Szacowny zespół ambasady polskiej w Taszkiencie

Rano pakuję się ponownie na rower i wybierając inną już trasę i od nowa robię plan na Uzbekistan. Okrojony, krótki, ale to mało ważne, wesprę się pociągiem. Najwazniejsze, że jade dalej. Tylko na każdy dźwięk klaksonu, każde skrzypnięcie samochodowego hamulca zamieram.

W drodze do Samarkandy

*A na koniec kilka słów o zwyczajach drogowych w Uzbekistanie – lubię ten kraj za wiele rzeczy, ale styl jazdy kierowców jest najgorszy jaki w życiu widziałam. Sprawę pogarszają lokalne zwyczaje „taksówkowe” a tak naprawdę łapanie okazji – otóż każdy samochód osobowy jest lokalną „taksówką” a zabieranie się z kimś na jazdę samochodem to sposób na niedostatki lokalnego transportu. W praktyce wygląda to zatem tak, że ludzie stoją na poboczach ulic, czy to w mieście czy poza nim a samochody osobowe na wyścigi zatrzymują się przed nimi, żeby ewentalnie „złapać” pasażera, ktróy jedzie w tym samym kierunku. Co to oznacza dla kierowcy a tym bardziej rowerzysty? Ze nigdy nie wiadomo kiedy samochód, dwa czy trzy go wyminą, zatrzymają się nagle tuż przede rowerem, a kilka następnych tuż za nim. Wymijanka-wolna amerykanka. Żadnych świateł kierunkowych. Ręce na hamulcach i oczy dookoła głowy non stop i kilka mocniejszych słów odsyłających kierowców do diabła. Jadąc drogami każdego, dosłownie każdego dnia widziałam poważne wypadki samochodowe. Uważajcie, bo nikt za was tego nie zrobi. Mi się na szczęście udało.

Dodano 7 myśli na temat “Uzbekistan. Historia jednego wypadku

Dodaj komentarz