Tybet u moich stóp

Tagi: , , , , ,

Miało być już tylko z górki a właściwie to już tylko po płaskim. I było, przez jakieś kilka dni. Nogi kręciły pedałami a te nie stawiały żadnego oporu. Znów widać było horyzont. Po kilku miesiącach spędzonych w górskich okolicznościach przyrody, gdzie jedyną opcją była jazda pod górę tudzież odwrotnie ja, człowiek z mazowieckich równin z radością, ale też żalem powitałam tą zmianę ukształtowania terenu. Fajnie, no bo o ileż łatwiej się teraz jedzie. Smutno, no bo góry są piękne, dużo ciekawsze, no i smutno bo tam, gdzieś w sumie niedaleko został nietknięty kołami mojego roweru syczuański Tybet.

Bo Tybet to nie tyko Autonomiczny Region Tybetu (tzw. TAR – Tibet Autonomous Region) czyli od lat 50-tych cześć komunistycznych Chin, ze stolicą w Llasa. Dotarcie do TAR rowerem nie dość, że bardzo trudne fizycznie, to przede wszystkim obecnie z uwagi na obowiązujące przepisy praktycznie niemożliwe dla obcokrajowców. Przepisy owe stanowią (choć wciąż ulegają zmianie), że obcokrajowcy nie mogą podróżować po TAR indywidualnie, lecz w grupach zorganizowanych za pośrednictwem jednej z agencji podróży, koniecznie z przewodnikiem no i przede wszystkim muszą mieć pozwolenie na pobyt które „swoje” kosztuje. Nie tym razem.

Nie trzeba jednak jechać aż tak daleko. Tybetańczycy zamieszkują wysokie góry północnego Junnanu oraz zachodnio-północnego Syczuanu. W Junnanie mi się nie udało, ale Syczuan wciąż kusił.

Postanowiłam wtedy, że jeśli jadący w tą stronę autobus będzie tak łaskaw mnie zabrać z rowerem, to jadę. Autobus mnie zabrał.
—————————–

„Where are you from? (Skąd jesteś?)” – spytał mnie odziany w czerwoną powłóczystą szatę mnich.
„From Poland”(z Polski) – odpowiedziałam.
„A Holland! yes yes, I know! very good football! (A tak, Holandia, wiem! Bardzo dobry futbol!) – ucieszył się.

Na piłce nożnej się nie znam, ale o spektakularnych sukcesach polskiej drużyny raczej bym słyszała, zatem byłam pewna, ze to znowu powszechna pomyłka wynikająca ze zbliżonej co do wymowy w języku angielskim nazwy krajów (Poland – Holland). Wyprowadziłam go z błędu, że jestem z Polski a nie Holandii no i ze drużyna mojego kraju niestety nie uczestniczy w Mundialu. Mnich przyjął to wiadomości i z dużym przejęciem kontynuował zdawanie mi relacji z najświeższych wyników pilkarskich rozgrywek.

Spotkałam ich w drodze na przełęcz. To niemal 50-kilometrowy wjazd z 2600 na „zaledwie” 4300 m npm, który bardzo chciałam pokonać osobiście, ale mniej więcej w połowie trasy zobaczyłam najpierw samochód typu pick-up z pustą paką a potem zmierzających w jego stronę dwóch mnichów nie wahałam się długo.

„ Jedziecie tam, na górę? Czy mogłabym się zabrać z rowerem?” – spytałam.

Nie jestem rowerowo-wspinaczkową purytanką, wjazd był stromy a i tak wiedziałam, że tą samą przełęcz będę pokonywać po zrobieniu pętli w drodze powrotnej, więc jeszcze będę miała szansę się przed sobą wykazać jakby co.

„Oczywiście, nie ma problemu, wsiadaj”- powiedział jeden z nich, jak się później okazało Lama Bod.

Tylko on mówił trochę po angielsku. W samochodzie dużo się śmiał i opowiadał z przejęciem o przebiegu Mundialu, po czym spytał się czy widziałam Dalaj Lamę bo on tak, owszem, widział go w Indiach i że koniecznie muszę do Indii pojechać bo Indie są super. Na koniec dał mi swój numer telefonu i kazał koniecznie zadzwonić i odwiedzić ich w klasztorze jak będę przejeżdżać przez ich miejscowość.

Gdy wysiadłam na szczycie było około 18tej, bardzo wiało a na horyzoncie wisiały ciężkie deszczowe chmury. Przejeżdżałam tędy już dwukrotnie – poprzedniego dnia i kilka dni wcześniej. Nie rowerem, ale busem. Utknęłam w hostelu w Kanding na 3 dni i choć było tam przyjaźnie, miałam miłe towarzystwo a w pokoju przygrzewał kaloryfer to nie doczekawszy się zmiany aury na bardziej przyjazną (czytaj – kiedy przestanie padać ten lodowaty deszcz???) wybrałam bezpieczniejszą opcję i postanowiłam wybrać się do oddalonej o 120 km miejscowości Tagong transportem publicznym. Przełęcz stanowi granicę pomiędzy Chinami i Tybetem, tu zaczyna się wyżyna tybetańska (Tibetan Plateau) no a ja bardzo chciałam zobaczyć co jest właśnie „tam”.

Za przełęczą doznałam totalnego opadu szczęki. Po horyzont ciągnęły się zielone, pozbawione drzew wzgórza tzw. „grasslands”, które można by przyrównać do bieszczadzkich połonin skali pewnie 1:1000. Pofałdowane wzgórza poprzecinane wstążkami strumieni i bielejące w oddali górskie szczyty (najwyższy ma ponad 7500 m n.p,m.), nie kończące się łąki pełne kwiecia wszelakiego, stada pasących się kudłatych jaków, tybetańskie domostwa – mocne, kamienne domy lub charakterystyczne czarne namioty-jurty. Cisza „zakłócana” jedynie śpiewem ptaków. Łopoczące na wietrze flagi modlitewne i białe stupy. Uśmiechnięci ludzie pozdrawiający nie chińskim „Nihao” a tybetańskim „Jashi delek!”. Długowłosi, przystojni mężczyźni (wojownik powinien podobno mieć długie włosy) w odzieniu ze skóry jaka i natkniętym na czubek głowy kapeluszu (i bez peta w zębach), kobiety z wplecionymi w warkocze kolorowymi tasiemkami. Skończyły się Chiny, zaczął się Tybet.

Nowa droga, którą jechaliśmy prowadziła do oddanego do użytku zaledwie 2 lata temu, jednego z najwyżej na świecie położonych lotniska jest zamknięta dla ruchu ciężarowego. Bajka – nie ma sapiących i wiecznie trąbiących ciężarówek! I jak na złość po tej stronie gór świeciło słońce. Jak na złość, no, bo ja nie miałam ze sobą roweru.

Nie mogłam, po prostu nie mogłam tego przeżyć i ta myśl nie dawała mi spokoju – myślę, że może ją zrozumieć jedynie inny rowerowy zapaleniec. Następnego dnia spacerowałam po okolicy i wciąż o tym myślałam. Zostać tu i jechać nieco dalej busem czy wrócić się po rower i zrobić chociaż małą pętlę i przede wszystkim przejechać „lotniskową drogę”? Bo na dużą tybetańską pętlę niestety, ogromne niestety, brakowało mi czasu. Pogoda sprzyjała i co ważne, nie miałam objawów choroby wysokościowej (ból głowy, ciężki oddech, czasem gorączka i ogólne osłabienie), które miała ponad polowa spotkanych przeze mnie turystów. Wybrałam to drugie, złapałam stopa i wróciłam po rower.

Po odjeździe przyjaznych mnichów musiałam szybko się otrząsnąć z miłej atmosfery – nadciągały chmury, zaczynało kropić i nie było czasu na przejażdżki czy dłuższą kontemplację krajobrazu. Odjechałam kawałek od drogi i rozstawiłam namiot kilkaset metrów od pasa startowego. W nocy lało jak z cebra, ale rano na niebie nie było śladu chmur. To była też moja pierwsza noc spędzona na wysokości 4300 merów npm, i dodam że spało się świetnie.

Dla tych kilkuset kilometrów i kilku dni spędzonych na tybetańskich „grasslands” warto było przeturlać się przez kawał Azji, a prowadząca górskimi szczytami na wysokości ponad 4300 m n.p.m. droga do Tagong jest najpiękniejszą drogą, jaką dane mi było przejechać w tej części azjatyckiej podróży. Odcinek 50 km pokonywałam cały dzień co 5 minut zatrzymując się na zrobienie zdjęcia czy tez poleniuchowanie na łące. Łąka to wszak w Azji towar niemal niedostępny.

W drodze powrotnej odwiedziłam jeszcze „mojego” mnicha. Oprowadził mnie po klasztorze, tłumacząc, że jest to w zasadzie szkoła dla ponad 100 chłopców, a on jest tu nauczycielem. Od razu też uprzedził mnie, że nie będę mogła tu przenocować (nawet o tym nie pomyślałam), ale za to zaprosił mnie na wspólną kolację. Głównym daniem była tybetańska „tuba” – to coś w rodzaju zupy z zieleniną, grzybami, szerokimi kluchami i czymś tam jeszcze. Uczący się i mieszkający w klasztorze mnisi jak to młodzi chłopcy szturchali się i popychali na klasztornym dziedzińcu, a potem jak tylko rozniosła się wieść o przebywającej na terenie klasztoru blond kosmitce na rowerze jeden przez drugiego zaglądali przez okno do sali, w której jedliśmy kolację. Stali tak z przylepionymi nosami do szyby a mi bardzo mi się chciało śmiać, ale głupio mi było bo siedział z nami Lama, czyli klasztorny guru.

Spytałam jeszcze Lamę Bod o najnowsze wyniki Mundialowych rozgrywek, ale z wyczuwalnym w głosie smutkiem powiedział, ze niestety oni tu nie mają telewizji, więc on nie wie, ale jutro znowu jedzie do miasta i obejrzy mecz.
„Kto będzie grał?” – spytałam.
„Nie wiem, ale jakiś mecz na pewno będzie” – odparł.

Eh, Ci mężczyźni.. 🙂

I choć okoliczności przyrody są tu wyjątkowe a ludzie uśmiechnięci to nie mam wątpliwości, że życie w Tybecie nie rozpieszcza. W hostelu w Kanding miałam szczęście dzielić w pokój z Lindą, ponad 70-letnią Amerykanką, która od lat związana jest z Tybetem i przyjechała tu uczyć angielskiego tybetańską obsługę hostelu. Opowiadała mi dużo o tutejszych zwyczajach i burzliwej historii regionu – m.in. o tym jak kilka lat temu okolice zostały zasypane zwałami śniegu, zmarło wielu ludzi i wiele zwierząt a rząd Chin jakoś się nie rwał do pomocy, mówiąc delikatnie. Podobnie było po potężnym trzęsieniu ziemi, które nawiedziło te okolice kilka lat temu. Organizacje NGO zostały stąd wcześniej wyrzucone a ludzie pozostawieni sami sobie. Długo by gadać.

Z bardziej aktualnych i dotyczących mnie bezpośrednio wieści – 2 czerwca, 2 dni przed rocznicą masakry na placu Tiennanmen władze Chin, choć się do tego oficjalnie nie przyznają, zablokowały dostęp do Google i powiązanych z nią serwisów. Nie mogę korzystać z map, wyszukiwarki i tylko na szczęście nie mam maila na popularnym koncie gmail tak jak rzesze użytkowników, które zostały w ręką wiadomo gdzie. Demokracja po chińsku. Ale to taka dygresja.

No a ja jutro, z poczuciem dużego tybetańskiego niedosytu, ale też jakby nie było rowerowego spełnienia wracam jutro do Chińczykowa i udaję się w ostatnią prostą w stronę lotniska. Z górki i po płaskim.

Dodano 2 myśli na temat “Tybet u moich stóp

  1. Obłęd 🙂 Przepiekne widoki i niesamowita historia.
    Śmiałym szczęscie sprzyja 🙂 Upartym tez 🙂 haha
    Pozdrawiam! I do zobaczenia wkrotce mam nadzieje 🙂

Leave a Reply