Noclegowe perypetie

Tagi: , , , , , ,

Podróżowanie po Myanmarze z założenia nie jest proste. To znaczy jazda na rowerze jest nawet przyjemna, natomiast cyrk zaczyna się kwestii zakwaterowania. Obcokrajowcy podlegają obowiązkowi meldunkowemu, co oznacza, że są zmuszeni spać w hotelach, które – „po pierwsze primo”, znajdują się tylko w niektórych miejscowościach, a „po drugie primo” kosztują przysłowiowe „swoje”. Błąkający się obcokrajowiec natychmiast znajdzie się w centrum zainteresowania przyjaznej policji, która ma obowiązek zapewnić mu bezpieczeństwo i odholować do najbliższego, (uprawnionego – podkreślijmy) do podejmowania obcokrajowców hotelu. A te znajdują się jedynie w większych miastach. Z góry wiedziałam, że niedam rady codziennie w takowym nocować, odległości sa za duże. Wyposażona w tą wiedzę pod koniec pierwszego dnia zajrzałam do monastyru. Monastyry buddyjskie są tu na każdym kroku, czasami co 1 kilometr. Speszeni nieco mnisi jakoś mi wytłumaczyli coś, czego się spodziewałam, czyli .. „lady – no”. Hmmm.. czyli ta opcja odpada. Wielka, wielka szkoda. Jadąc sobie dalej zauważyłam pierwszy w tym dniu napis.. powiedzmy, że był to ”Ogród Heleny”. Może to hotel?
Wjeżdżam, brama jest otwarta. Nie, to nie hotel. Na podwórku gromadka młodzieży i jakieś dzieci.. Na szczęście jedna z dziewczyn rozumie kilka słów po angielsku .. od tej pory była moją opiekunką. Zrozumiałam, że nie są właścicielami tego miejsca, ale zadzwonią. Dzwonią, dzwonią.. w końcu słyszę – tak, możesz zostać! Wow!
Ale to nie koniec historii. Dzwoni właściciel. Ierwsze, co słysze to to, że cieszy się z wizyty obcokrajowca. Bardzo. Ale w Myanmarze jest taka zasada, ze musi to zgłosić policji. Ta policja przyjedzie, więc jakbym mogła im dac swój paszport.. i zyczy mi dobranoc.
Pan policjant sprawiał wrazenie wyciągniętego z letargu zimowego, nic nie rozumiejącego osobnika, ale było z nim dwóch żwawych i nieco poddenerwowanych osobników. Nie wie3m kto zacz, ale dowiedziałam się, że nie mogę tu zostać, bo to bardzo niebezpieczne. Muszę jechać do hotelu. Koniecznie. I zaczęli dzwonić razem i każdy z osobna. Siedziałam sobie grzecznie na kanapie, uśmiechając się czasami, czekając na wyrok i odmawiając zdrowaśki, żebym nie musiala już nigdzie jechać bo jest już ciemno i chce mi się spać. Nad moją głową trwały zażarte dyskusje.
Okazało się, że ku mojemu szczęściu a ich rozpaczy w okolicy NIE MA żadnego hotelu. Uradzili zatem, że mogę zostać tu, gdzie jestem a obecni tu mieszkańcy zapewnią mi pełne bezpieczeństwo, będzie czuwać jakiś strażnik czy coś… I NIE MOGĘ NIKOMU O TYM POWIEDZIEĆ, generalnie BUZIA W CIUP I BULGOTAĆ. Nie bardzo wiedziałam, co może mi tu zagrażać.. może ten dwulatek mógłby wsadzić mi kijek w oko albo ten ten leniwy kocur wgryźć w gardło podczas snu?
No dobrze. Panowie tajniacy w dobrych humorach z poczuciem świetnie wykonanej misji pojechali do domu, ja na hasło „YOU SLEEP NOW” grzecznie położyłam się do wielkiego małżeńskiego łoza, które mi udostępniono. Trochę mnie zdziwiło, że wszelkie okna i drzwi zostały zamknięte i zaryglowane.. ale co tam. Niemożliwe stało się możliwe. Śpię w birmańskim domu.
Ale, ale … co się dzieje? Po jakimś czasie do pokoju cichutko weszły 3 dziewczynki z podwórkowej gromady i położyły się na podłodze przy moim łóżku przykrywając kocem.
Mój Boże. Moje nieustraszone strażniczki… serce mi zmiękło.
Moja obecna noclegowa praktyka ewidentnie musiała ulec zmianie, bo ostatnią rzeczą, jaką bym chciała to robić komuś kłopot, taki formalny dodajmy klopot. Zatem pod wieczór, czyli około 17tej (świt jest tu przed 7mą, zachód ok. 18tej, dzień jest krótki niestety) po dotarciu do jakiejś miejscowości kieruję swoje koła prosto do budki policji, gdzie grzecznie się uśmiecham, mówię, że potrzebuję tu przenocować i czekam na rozwój wypadków. Od tego momentu to to już jest ich problem. Daję im zajęcie najczęściej na następną godzinę – chyba, że w miejscowości jest akurat guesthouse dla obcokrajowców, bo tam mnie kierują. Jeśli nie, to musza załatwić pozwolenie na nocleg w guesthousie dla lokalsów.. Tak, okazuje się, ze jednak wszystko jest możliwe… Ostatnio błyskawicznie sprowadzili nauczyciela angielskiego, który robił za tłumacza, a przy okazji zaprosił mnie do swojego domu, gdzie spędziłam miły wieczór.
Dziś zupełnie nieoczekiwanie, w tzw. „in the middle of nowhere”, czyli w miejscu o którym nikt prawie nie słyszał trafiłam na guesthouse o standardzie zachodnim, z prysznicem z ciepłą wodą i wifi w pokoju, dzięki temu mogę przekazać wam nieco informacji kątem oka zerkając na PRETTY WOMEN na kanale satelitarnym. Taak. W Birmie idzie nowe. Jeszcze podobno rok temu nie było bankomatow i gotówkę na caly pobyt należało przywieźć ze sobą, najchętniej w amerykańskich zielonych. Teraz udało mi się – choć dopiero w 6tym- bankomacie – wypłacić plik lokalnej gotówki. Karta prepaid do komórki kosztowała… 2500 USD! Teraz podobno jest to ok 200 USD a i tak co druga osoba dumnie paraduje z nowym smartfonem. Z internetem jeszcze jest krucho, ale jestem pewna, że błyskawicznie się to zmieni. To dobrze, czy źle? Chyba i to i to.
Po 3 dniach podroży pięknie zacienionymi drogami wjechałam na odcinek pustynny. Zrobiło się sucho i nieco patelniowato i wszystko dookoła jest zakurzone, ale i tak uważam, że panująca obecnie pogoda jest idealna. Nie ma tej filipińskiej obezwładniającej wilgoci a temperatura w ciągu dnia to wypisz wymaluj piękny letni dzień w mojej ojczyźnie. Nie bijcie.. wiem, że w Polsce zima zaskoczyła drogowców!

Dodano 11 myśli na temat “Noclegowe perypetie

  1. U nas z pogodą nie najgorzej – we Wrocławiu dziś było 7 stopni na plusie 🙂
    W wolnej chwili napisz co jesz – to przecież bardzo ciekawy temat a tymczasem życzę Ci spokojnych następnych noclegów 🙂

  2. Już się trochę niepokoiłam, ale widzę, że dobrze Ci idzie, cieszy mnie to. Życzę powodzenia. Ja na biegówkach w Jakuszycach rozkoszuję się zimą, jest śnieg i słoneczny przymrozek. Swoje wrażenia z Filipin spisałam na madamka.pl

    1. Hej, biegowki to fantastyczna sprawa, choc musze powiedziec, ze teraz nie tesknie.. Idzie mi dobrze, ale mam humor skiepszczony dzisiaj policja.. napisze cos na ten temat zaraz..
      Fajna strona, szybko zadzialalas w tym wzgledzie widze!

  3. No- niezła opowieść. Czy to znaczy,ze nie spotkasz tam żadnego zagranicznego rowerzysty? Biedacy nie wiedza co to jest pole namiotowe. Pretty Women rzeczywiście robi wrażenie. Jak jeszcze zdarzy ci sie Ewo TV satelitarna to wypatruj ” Dnia świra”. To dopiero będzie dowód,ze otworzyli się na świat. Wydaje się,ze miejscowi ludzie mają ładne twarz. Co do dzieci nie mam wątpliwości- sa urocze.

  4. To nie koniec perypetii noclegowych niestety.
    Wjechalam na tereny bardziej odludne i z uwagi na to wczoraj sporobowalam zakazanego owocu jakim jest spanie na dziko. Slowo daje nawet bardzo nie planowalam, ale nei bylo mozliwosci przejechac jeszcze 50 km do miasta a tam nie bylo nawet wiosek z budka policji. Zaszylam sie zatem w krzakach (ktore tez nie byly latwe do znalezienia, a w zasadzie zakopalam w czerwonym piachu) a skoro swit zwinelam klamoty i bylo ok. Przynajmniej zaczelam o przyzwoitej porze. No, ale przyjazna policja juz od kilku dni sledzi moja trase i ewidentnie zorientowali sie, ze spalam nie wiadomo gdzie. W drodze dogonil mnie policjant spytal czy z Polski, cos probowal pytac o spanie, ale udalam greka, ze nie rozumiem.. no i od tego czasu mam ogony.
    Ogony (czyli sledzacych mnie tajniakow) mialam do tej pory codziennie i nawet mnie ta zabawa calkiem bawila, bo z konspirajci to by oni mogli sie jeszcze podszkolic he he, no ale dzis ewidentnie mnie pilnowali, zebym nie pojechala nie wiadomo gdzie. Do miasta mialam newiele ponad 50 km i dotarlam juz w poludnie, ale ze nastepny hotel jest podobno dobre ponad 100 km stad to juz postanowilam zostac.. ale smuci mnie to bardzo, bo nie wyobrazam sobie dalszej podrozy w ten sposob. W hotelu do ktorego dotarlam od razu sie mnie spytali gdzie jade jutro i zaczeli gdzies dzwonic. Niech ich cholera.

    1. Heh… nas też tajniacy wkurzali niemiłosiernie przez parę dni. Zmieniali się co miejscowośc i spali razem z nami w świątyniach. Gdy wjechaliśmy w inny dystrykt ślad po nich zaginął i resztę pobytu w mianmarze spędziliśmy na luzie spiac gdzie chcieliśmy

  5. Ewa,
    Mam nadzieje, ze miejscowe wladze przyjma w koncu do wiadomosci, ze masz zamiar podrozowac „po swojemu” 🙂 i Ci pomoga w tym, czego Ci zycze, a w sumie taki ogon tez ma swoje dobre strony, bo gwarantuje Ci bezpieczenstwo. Ewa, jestes jak ten internet, ktorego nie bylo, przecierasz szlaki, a to nielatwe. Tym bardziej podziwiam i zycze powodzenia.
    P.S. Dolaczam sie do prosby, napisz cos o jedzonku, pleease 😀

    SZEROKEIJ DROGI i wspolpracujacych policjantow 🙂

  6. Ho Ho Ho Hoooooo!!! Ale jazda, to mi się podoba. Nie zapominaj pomachać tajniakom na powitanie, może zaproś na poranną herabtkę albo poczęstuj bananem. Przygoda na całego, będzie co opisywać. Jak tam ręka po spotkaniu z wiatrakiem?
    Życzę cierpliwości, wyrozumiałości i wytrwałości

  7. Wlasnie myslalam o postaiwniu piwka, ale jakos tak panowie ciagle w innych knajpach siadaja..

    Co do jedzonka – zbieram material 🙂

  8. Ewo!
    Ile jeszcze dni planujesz przejechać w tym przyjaznym państwie z policjantami w lusterku wstecznym?
    A w ogóle to znają tam piwo? I rzeczywiście- gdzie Ty jadasz i co tam jest do zjedzenia- powtarzam pytanie Moniki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *