Lotniskowe przeboje

Na lot do Kagoshimy przybyłyśmy dużo przed czasem, wiadomo – żeby nie było niespodzianek, bo to tanie linie i licho je tam wie. Najpierw należało jedynie odebrać nasze spakowane wielocypedy z przechowalni. Podchodząc do stoiska zobaczyłyśmy dość nietypowy widok.. nasze jakby nie było mało szykowne pakunki stały sobie przykryte dużą białą tkaniną.. zapewne po to, aby się zanadto przez noc nie zakurzyły.

Dość sprawnie przetransportowałyśmy się na Terminal 2 i spokojnie czekałyśmy na rozpoczęcie odprawy. Coś mnie tknęło i zapytałam chłopaka z obsługi, czy nie będzie problemu z wzięciem tak dużego pudła. Podrapał się po głowie i po chwili przybiegł z inną pracownicą, która z błogim uśmiechem na twarzy (który towarzyszy większości Japonek) i suwmiarką w ręku obmierzyła pudło i tym razem z uśmiechem wręcz uroczym oznajmila „niestety nie możemy go zabrać, przepraszamy”. Jak można przekazać negatywną informację nie wzbudzając zdenerwowania – teraz już wiem.

Rower wypakowałam z pudła i włożyłam w moją nieśmiertelną ruską torbę, która już nie raz wybawila mnie z transportowo-rowerowej opresji. Z pakunkiem Zoski miało nie być problemu. Była to paczka zawierająca rower, ciuchy, namiot, śpiwór i inne utensylia w jednym, owinięte toto było w płachtę i zaklejone wielokrotnie taśmą. Waga ok. 30 kg. Ale, ale.. coś się dzieje. Pani przy odprawie zaczęła z niepokojem spoglądać na wagę.. konsultując się z przełożonym.. potem przelozonym przełożonego.. i 5 minut przed zakończeniem odprawy powiedziała „rower jest za ciężki, trzeba przepakować. Macie 5 minut. Dziękuję.”.

Zwierzę szamoczące się w klatce to mało w porównaniu do tego, co wstąpiło w tym momencie w Zochę. Rzuciła się z pazurami i zębami na paczkę, bo nie było czasu szukać nożyczek. Eh.. to była akcja. Nie mogłam jej pomoc, bo szarpalismy się z moim rowerem, który nijak nie chciał się zmieścić do urządzenia prześwietlającego bagaże. Najważniejsze, że udało się nam wszystko nadać w ostatnim momencie.

Po przylocie skręciłyśmy rowery z ulga stwierdzając, że działają, choć mój wygląda (a bo to pierwszy raz) jak wielbłąd wielogarbny. Zaciekawił nas przystanek autobusowy na lotnisku, na którym ludzie moczyli sobie nogi w gorących zrodlach. Każdy sciaga butu i skarpety i sobie po prostu moczy nogi. Relaks jak znalazł i my go znalazłyśmy już na początku podrózy.

Pierwszy nocleg spędziłyśmy w przeuroczym miejscu nad jakimś łowiskiem ryb, które nam pluskały do snu a rano za to słychać było ptactwo wszelakie. Rano spacerujący ludzie kłaniali się i mówili dzien dobry. Pierwsze koty za płoty.

Leave a Reply