Kali zjeść dużo misi…

Tagi: , , , ,

Że w Chinach jada się robaki?

Owszem, ale w Yunnanie i Syczuanie jada się głównie misie.

Spotkanie z chińską kuchnią miało miejsce już na granicy laotańsko-chińskiej. Było jakoś lekko po 16tej, gdy chciałam przekroczyć granicę, ale pan pogranicznik jedynie ziewnął, leniwie przejrzał mój paszport, oglądając sobie wszystkie po kolei wizy i pieczątki po czym ziewnął ponownie, że już zamknięte.. Aha! To tu na granicy pracują od 8mej do 16tej jak w polskiej budżetówce pomyślałam sobie i wróciłam się do nadgranicznego miasteczka. Muszę coś zjeść, ale nie wiem „z czym to się je”, tu wszystko inne jest, napisy po chińsku i chińska waluta choć to jeszcze Laos. Wchodzę jednak do jakiejś knajpy i nieśmiało przysiadam na brzegu krzesła. A w zasadzie dopiero zamierzam dobre usiąść kiedy widzę, że ktoś z głębi tego przybytku do mnie macha. Do mnie? Oglądam się za siebie, nikogo tam nie ma, więc chyba do mnie. Młoda dziewczyna macha ponownie i gestem zaprasza do stołu. No dobrze, pokonując wrodzoną nieśmiałość wstaję i podchodzę. Siedzą tam 3 kobiety. Najmłodsza, ta od machania, podsuwa mi krzesło, daje miski i pałeczki, uśmiecha się i zaprasza do jedzenia. Głupio mi tak, bo nawet słowa po chińsku nie znam, ale jedzonko wygląda obiecująco wiec się nie będę krygować. Nie wiem za bardzo jaką obrać technikę spożywania… obserwuje. Aha, jesteśmy już w kraju pałeczek. Żadnych łyżek i widelców, a szczególnie tych drugich nie uświadczysz. OK. Najpierw miski zostały opłukane wodą ze szpinaku a woda wypita. Miska z ryżem jest oczywiście na głównym miejscu, dookoła ladują talerze z różnymi specjałami. Nie wiem za bardzo co tam jest, pewne składniki identyfikuję, inne nie, ale wszystko jest bardzo dobre.

Takie zaproszenia miałam potem jeszcze kilkakrotnie. Jedzenie w Chinach to aktywość zbiorowa, ryż i potrawy podaje się na wspólnych talerzach, z których to każdy dziubie sobie po troszku tego i owego. Mlaskanie i ciamkanie – obowiązkowe. Młoda Chinka, nazwijmy ją Jessi, uśmiecha się do mnie i mlaska wprost przeuroczo. Stoły w większości chińskich żarłodajnii to są dwupoziomowe – tj. okrągłe z podwójnym blatem – środkowa, górna część obraca się po to, aby sobie następne potrawy przybliżyć – w złym tonie jest podawanie sobie talerzy przez stół. Podoba mi się jedzenie pałeczkami, bo kęsy są małe i je się wolniej. Nie wiem tylko dlaczego za każdym razem jak zaczynam jeść to przybiega do mnie ktoś podając łyżkę..? Za nic nie mogę się tego domyślić.

No, ale kij ma dwa końce – będąc samemu należy uważać i ustalić w knajpie wcześniej cenę posiłku, w przeciwnym razie istnieje duża szansa, że otrzymamy jedzenie w ilości jak dla połowy armii a cena przysporzy nam palpitacji serca. Udało mi się takich sytuacji uniknąć, ale byłam, oj byłam blisko.

Początkowo moje zamówienia były jednak bez smaku i nie miały wiele wspólnego z tym, co jadłam przy wspólnym stole. W mieście często jest inaczej, ale w przydrożnych knajpach w Chinach składniki jedzenia komponuje się samemu pokazując palcem w przeszklonej lodówie co ma być ugotowane. „A skąd ja mam wiedzieć czego wy używacie?” myślałam sobie bezradnie wgapiając się w mało ciekawą zazwyczaj zawartość lodówek. A tam owszem, czasem jakieś mięso, ale głownie flaki, czasem larwy, podroby i różnorakie wnętrzności.. raz też leżało coś co wyglądało na obdartą ze skóry żabę (szybko uciekłam) – żaden miligram białka się nie zmarnuje. Kiszki marsza grają, ale nic do jedzenia nie widzę..

Na szczęście dość szybko odkryłam MAGICZNY SKŁADNIK.

Czyli IMBIR

A konkretnie KORZEN IMBIRU

To lekko ostry i lekko cytrynowy dodatek do dań o aromatycznym smaku i zapachu sprawia, że się mruczę z zadowolenia pod nosem a rozgryzając kawałek imbiru rozpływam się ze szczęścia. Używałam już imbiru wcześniej do zupy z dyni no i niedawno moja rodzinka zachwalała go jako zaostrzający smak składnik domowej wiśnióweczki, ale nie wiedziałam, że imbir tak doskonale komponuje się z mięsem i warzywami i słowo daję, jako dodatek wyprzedził ulubioną dotychczas przeze mnie cebulę.. Mniam! Teraz wchodząc do knajpy interesuje mnie tylko, czy mają imbir, jeśli tak, to siadam i zamawiam w zasadzie cokolwiek. I tak będzie dobre. A jak do tego dodadzą kilka (ale tylko kilka) suszonych papryczek chilli i może trochę trawy cytrynowej to już w ogóle niebo w gębie.

Drugim składnikiem, który odkryłam dopiero w Chinach, choć dostępny jest tez u nas, to tofu. Tofu w przeciwieństwie do mięsa jest tanie i nawet jak jest podstarzałe, bo takie tez tu się jada, to mi smakuje no i nie powinno zaszkodzić. W smaku przypomina nieco gumowaty biały ser, a że Yunnan słynie z tofu tutejsze wyrabiane na miejscu smakuje w każdej postaci – czyli gotowane lub smażone na ulicznych standach.

Chiny całkowicie urzekły mnie swoim jedzeniem, choć myślałam, że będzie to Tajlandia. Takie cudowne rzeczy potrafią Ci Chińczycy w tym woku w 3 minuty wyczarować.. Wszystko przygotowuje się na pniu w ciągu 3-5 minut – jak to się ma do naszego „długiego gotowania na ogniu”?. Zastanawiam się czy my w tym naszym powiedzmy europejskim świecie nie przesadzamy z tym gotowaniem, które często zajmuje tak dużo czasu? Tu ponieważ mięso i inne składniki drobno się kroi wystarczy, że będzie ono na patelni 3 minuty i już.

Stałym składnikiem obiadowych posiłków jest też lądująca na środku stołu micha z gotowanymi liśćmi – kapustą, sałatą, szpinakiem, co tam się jeszcze znajdzie w lekko osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oleju.. I tu ponownie – gotowane 3-4 minuty liście są chrupiące, ale nie twarde, łagodne w smaku co jest dobrą alternatywą do innych potraw i łagodzi ogień na języku, no a przede wszystkim zdrowe. To następny patent, który zamierzam zaadoptować w domowych pieleszach.

Ale, ale – co z tym tytułowym misiem?? Czyżby niedźwiedź stanowił część chińskiego jadłospisu? Może, nie wiem, nie kosztowałam, ale nie o tego misia mi chodzi.

Mi-shia zwana przeze mnie pieszczotliwie misią lub inaczej „zupą kluchową” to podstawa tutejszego wyżywienia. Kluchy ryżowe bądź pszenne, cienkie lub grube, jasne bądź ciemne ale zawsze baaaardzo dłuuugie w wywarze z odrobiną zieleniny, warzywnych kiszonek, czasem odrobiny mięsa i oczywiście przyprawionym chilli w różnej postaci towarzyszą mi od Laosu, ale dopiero tu nabrały charakteru. „Misię” jedzą wszyscy. Głównie rano, bo to podstawowe tutejsze śniadanie, ale tez w południe i wieczorem wszędzie widać ludzi wciągających długie kluchy. Słowo „wciągających” mamy traktować dosłownie. Kluchy się wciąga, składniki wyławia pałeczkami a wywar zostawia. W południowym Yunnanie micha misi była tak ogromna, że przypominała moją największą domową salaterę, teraz miski się stanowczo zmniejszyły a przyprawienie chilli wykrzywia gębę. Nie bez kozery kuchnia syczuańska uważana jest za najostrzejszą w Chinach. No, ale zaletą „misi” jest to, że jest ogólnie dostępna. Kali zjeść dużo misi… 🙂

Przyznam jednak, że już mi trochę za ostro no i ostatnio coraz częściej proszę o same kluchy które za rogiem doprawiam sobie napojem mlecznym.. za każdym razem jak to robię odbywa się walka niemal wręcz ze sprzedawcą, który stara się robić wszystko, żeby mi te kluchy czymś dziwnym polać, choćby odrobinką chilli posypać.. A ja z kraju mleka pochodzę. Mleko lubię na śniadanie, choćby namiastkę mleka…

Będąc przy śniadaniu – jada się także takie lokalne, gotowane na parze pampuchy., które sprzedawane są gorące z charakterystycznych, ułożonych piętrowo blaszanych naczyń. Bardzo tanie, pożywne no i w końcu to namiastka pieczywa jest! Ja generalnie staram się jadac owsianke do której dodaję suszone owoce. Te tutejsze suszone owoce są super, nie wysuszone a podsuszane, wystarczy zalać wodą i namiękną.. Mira powinna być dumna z tego mojego zdrowego śniadaniowego jadłospisu 🙂

Tą odę do chińskiej (o przepraszam – yunnańsko-syczuańskiej) kuchni zakończę deserowym owocem duriana. O durianie krążą legendy, że śmierdzi tak czy inaczej, nie będę się rozpisywać jak ale nie jest aż tak źle, że albo się go kocha, albo nienawidzi. To z pewnością prawda, ale chyba nie poznałam Azjatów, którzy by go nienawidzili. Gdy przed centrum handlowym w Kunming „rzucili” świeże duriany z Tajlandii trwała o nie walka wręcz. Cena niebagatelna – 15 zl za kilogram, a wszak jada się tylko mięsistą otoczkę nasion o kremowej konsystencji, całość zaś otacza ciężka, kolczasta skorupa. Nie wiedząc czym się odwdzięczyć rodzinie, która mnie tam gościła zakupiłam im duriana właśnie. Radość całej rodziny była tak szczera, a czas spożycia błyskawiczny, że nie miałam wątpliwości, ze był to trafiony prezent.

Aha, na zdjęciu jeszcze prezentuję wybór popitek procentowych. Jest w czym wybierac jesli ktoś lubi, mnie przez ardło nie przejdzie, ale musze przyznac, że chińskie piwo o zawartości 2,5 – 3,5 % jest owszem, owszem.

Jedzenie to ta dobra strona Chin.. Zastanawiam się czy moje ubezpieczenie pokrywa śmierć z przejedzenia. Jeśli znajdą mnie z twarzą w chińskim talerzu nie płaczcie po mnie. Oznacza to, ze umarłam szczęśliwie.

Dodano 5 myśli na temat “Kali zjeść dużo misi…

  1. O raju, to faktycznie szkola przetrwania 🙂 Dzieki Bogu za ten imbir!!!! 🙂 Wyglada to wszystko bardzo apetycznie i zachecajaco 🙂 Nic tylko wskoczyc i dosiąść się do stolika 🙂 A ten bar na pierwszym miejscu zaskakuje nowoczesnym dizajnem 🙂 Mnie sie tez bardzo podoba to szybkie przygotowywanie, porownujac z wielogodzinnym warzeniem naszego bigosu…..hehe
    Jak przyjedziesz, to na kurs gotowania sie do Ciebie zapisuje 🙂

    Pozdrowienia!

    1. Bo ten bar to mi się pierwszy ostatni raz taki zdarzył – zazwyczaj są to ma,lo atrakcyjne „dziple”, ale akurat tam mnie poproszono o zdjęcie więc i ja trzasnęlam sobie sweet focię:)
      No bigosu to się w 3 minuty nie da uwarzyć, fakt.

  2. O rany! Ewo ! Ale dałaś kulinarny felieton! Ślina cieknie po klawiaturze. Jutro pędzę po imbir i wrzucam do warzyw. Do tej pory dodawałam świeży tylko do zupy soczewicowej. I oczywiście,ze jestem dumna z Ciebie i twojej owsianki śniadaniowej i nawet juz nie będę truć,że owoce należy jeść wyłącznie jako samodzielny posiłek – nawet suszone, bo w Chinach to wszystko możesz sobie mieszać…bylebyś tylko była szczęśliwa, najedzona i zawsze miała wokół przyjaznych ludzi.
    Dobrze,że nareszcie się odezwałaś.

    1. Mira, no nie truj o tych owocach, taka dumna z siebie jestem..
      A mój drugi dzień odpoczynku (jeden nie wystarczył) zaowocuje następnymi wpisami.

  3. Ale tym opisem i fotką misi narobiłaś mi smaka. W nocy się śniło, że jestem w Chinach, i dostaję wielką michę pełną kluch, warzywek, mięsiwka. Dlaczego u nas nie ma takiego normalnego, typowego Chinatown? Człowiek by poszedł, najadł się i jeszcze do domu nakupował tego „paskudztwa”. A jak tam suszone czy peklowane ogórki morskie? Próbowałaś? Ponoć niezła mizeria z nich wychodzi.

Leave a Reply