Z życia nauczycielki angielskiego w Chinach

Tagi: , , , ,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słońce budzi się przed 10-tą rano a z okna o tej porze najczęściej widać jeszcze surowe zbocza gór Tian Shan – w zimowe popołudnia ten piękny widok najczęściej niestety rozpływa się w smogu. Godzina dziesiąta to magiczna pora – w centrum miasta rozbrzmiewa gong a z umieszczonych licznie głośników zaczyna płynąć melodia. Cały dzień. Ta sama. Do 22-iej albo i dłużej, czasem milknie dopiero około północy. Rozbrzmiewa z wszechobecnych głośników, mniejszych i większych telebimów, na skrzyżowaniach i przy wejściach do wind, w supermarketach i urzędach. Śpiewają trzymając się za ręce ujgurskie i chińskie dzieci – zapewne o dozgonnej przyjaźni między narodowościami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Urumczi, najdalej na zachód wysuniętym mieście Chin na pograniczu Kirgisko-Afgańsko-Pakistańsko-Mongolsko-Rosyjsko-Kazachskim, gdzie teraz mieszkam, dzień budzi się bardzo późno, ale słońce świeci niemal codziennie. W Chinach – kraju, którego powierzchnia jest niemal równa wielkości USA i jedynie nieco mniejsza od powierzchni Europy obowiązuje jedna strefa czasowa – czas pekiński. Urumczi oddalone jest od Pekinu o jakieś 3500 km. Tyle samo mniej więcej oddalone jest Los Angeles na zachodnim wybrzeżu USA od Nowego Yorku na wybrzeżu wschodnim, ale te miasta dzielą 4 strefy czasowe, podobnie zresztą jest w Europie. Chiny są największym obszarem na Ziemi objętym jedną strefą czasową. Czy aby na pewno?

Ewa, do zobaczenia na lekcji o 15.00-tej! Krzyknęła mijając mnie na korytarzu Rose, rezolutna i wygadana Ujgurka, której wciąż pełno w szkole. Spojrzałam na zegarek, było po 16tej. Zaraz zaraz Rose, lekcja o 15tej już była.. właśnie ją skończyłam. A co ty mi tu z tym czasem pekińskim Ewa odpowiedziała Rose. Teraz jest po 14-tej a 15-ta dopiero będzie, jesteśmy w Urumczi, zapomniałaś?

No tak. Umawiając się trzeba uważać. Ujgurzy, rdzenna ludność tych ziem, mają gdzieś czas pekiński i funkcjonują według swojego zegara, który różni się o dwie godziny od oficjalnego. Ujgurski czas czyni życie normalniejszym – dzień wstaje o 7.30 a nie 9.30, szkoła rozpoczyna się o 8.00 a nie 10.00.. itp., itd.

strefy czasowe

Urumczi to jedno z głównych miast na historycznym azjatyckim Jedwabnym Szlaku. Nie, nie łudziłam się, że na ulicach można spotkać przechadzające się wielbłądy, lecz obraz wysokich betonowych budynków wciśniętych w zbocza gór jednak mnie zaskoczył – po bardziej egzotyczne obrazki trzeba będzie wyruszyć za miasto. Na wypad tez trzeba poczekać – choć świeci słońce to klimat kontynentalny zapewnia solidna dawkę mrozów -10 – -20 stopni Celsjusza to tutaj norma. Ważniejszą przeszkodą jest fakt, ze mój paszport leży w urzędzie w oczekiwaniu na przyznanie karty pobytu a bez niego nie mogę się nigdzie ruszyć. Papierologia w Państwie Środka jest potężna, jednakże w prowincji Xinjiang wszystko jest do potęgi trzeciej. Prowincja Xinjiang – Ujgurski Region Autonomiczny z uwagi na toczący się od wielu lat konflikt Ujgursko-Chiński zwany jest drugim Tybetem a to odbija się na codziennym życiu.

Ujgurzy to potomkowie plemion tureckich, którzy w większości wyznają islam. Obszar, który historycznie zamieszkiwali znalazł się w granicach Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku jako Xinjiang – Ujgurski Region Autonomiczny, zajmujący jedną szóstą powierzchni całego kraju. Rozwój komunikacji, budowa autostrad i szybkiej kolei przyspieszyła napływ Chińczyków Han, żywo zainteresowanych eksploatacją odkrytych tu złóż gazu i ropy. Wzmogły się także konflikty, systematycznie dochodzi do krwawych starć, choć ostatnie tutaj w stolicy regionu były bodajże 2-3 lata temu, największe w 2009 roku, więcej można przeczytać chociażby tutaj.

Będąc tutaj widzę zupełnie inne Chiny niż te, które odwiedziłam w 2014 roku czyli prowincję Yunnan, Syczuan i Wyżynę Tybetańską. Zbyt krótko tu jestem, żeby wydawać opinie, ale mogę opisać to co widzę i czego doświadczam.

Obowiązują tu dwa języki – chiński i ujgurski, którego dźwięk i zapis przypomina język arabski.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bezpieczeństwo i zamordyzm to tu zdecydowany priorytet. Posterunki policji znajdują się co jakieś 200 m. Wozy opancerzone z włączonymi silnikami i wystającym z nich żołnierzami z wycelowanymi w przestrzeń karabinami stoją na co drugiej przecznicy tudzież przetaczają się przez miasto w zwolnionym tempie. Widzę policję legitymującą przechodniów. Przy wejściu niemal do każdego większego sklepu, urzędu, budynku przechodzi się drobiazgową kontrolę osobistą – na początku stycznia, po zamachu na południu regionu przykręcono śrubę w kwestii kontroli osobistych – wszędzie przechodzi się przez bramki, torby są skanowane a potem przeszukiwane, obmacywanie obejmuje całą osobę po nogawki spodni. Oczywiście wolałabym nie zginąć w zamachu, ale przybiera to absurdalną postać. Przed wejściami do budynków takich jak ten, w którym znajduje się moja szkoła, na przystankach, w supermarketach ustawiają się długie kolejki z powodu przedłużającej się kontroli osobistej.

Uczę zarówno Chińczyków jak Ujgurów, powiedziałabym, że tych drugich jest nawet więcej. Dość łatwo ich odróżnić – Ujgurzy mają urodę turecką, czarne falowane włosy, inny kształt oczu, charakter też zresztą mają inny, więcej wyobraźni. Pomimo faktu, ze są muzułmanami w szkole jedynie kilka dziewcząt przykrywa włosy – z rozmów wynika, że pochodzą oni z zamożniejszych rodzin, gdzie te zwyczaje nie są już tak żywo kultywowane. W dzielnicy muzułmańskiej jest bardziej .. orientalnie i restrykcyjnie pod tym względem.

No dobrze, a jak znalazłam pracę Chinach?

Nauczanie angielskiego jest dość popularnym sposobem zarabiania, nie tylko w podróży. Jest wiele portali oferujących pracę dla nauczycieli angielskiego, nie tylko w Chinach – wystarczy wyguglać i pojawi się chociażby ESL Cafe.

Kwalifikacje? W wielu miejscach podstawową jest.. paszport z kraju angielskojęzycznego. Następnym wymogiem jest ukończenie studiów wyższych no i dwuletnie doświadczenie w nauczaniu. Tyle teoria, reszta to jak podejrzewam to znajomości w urzędach. Dyplom znajomości angielskiego np. CAE nie jest tak istotny jak dyplom umiejętności nauczania angielskiego taki jak CELTA, ja jednak zdecydowałam się na najprostszą opcję czyli kurs TEFL online za ok. 200 USD. Można się bez tego obyć jak słyszałam, jednakże posiadanie owego zdecydowanie pomaga w znalezieniu pracy.

Zaczęłam jej szukać jeszcze latem ubiegłego roku, będąc w Tajlandii. Nie nastawiałam się zanadto na Tajlandię, choć uwielbiam ten kraj – jednak nie ja jedna go uwielbiam – jest tam zatem duża konkurencja i duże grono native speakerów. Poza tym zarobki nie uchodzą za oszałamiające – Tajlandię zatem skreśliłam, skupiając się na Chinach, gdzie popyt wciąż przewyższa podaż. Ilość ofert to jedno, gdy jednak wejdzie się głębiej w temat to zaczyna się robić mniej ciekawie – trafia się z reguły na agentów, którym zależy na ściągnięciu nauczyciela, z tego co można przeczytać często na miejscu warunki okazują się być inne. Zależało mi zatem na znalezieniu miejsca, które ktoś zna bo on bądź ktoś kogo zna tam pracował. Nawiązywałam kontakty, jednakże kwestia rozbijałam się o jedną zasadnicza sprawę – możliwość uzyskania wizy pracowniczej, czyli wizy typu „Z”. Chiny sukcesywnie co rok zaostrzają warunki przyznawania tej wizy i w przypadku nauczycieli oficjalnie osoba nie będąca native speakerem takowej nie powinna dostać. Proponowano mi zatem pracę i pobyt na podstawie innego typu wiz, co mnei zupełnie nie interesowało. Jedyną wizą uprawniającą do pracy w Chinach jest wiza Z. Szkoła w Urumczi była pierwszą szkołą, która takową zaproponowała.

Zatem jak się tu znalazłam? Przez fejsbuka. Jakiś czas temu przypadkowo natknęłam się w podróżniczo-rowerowej grupie na Aleksa, podróżnika rowerowego z Białorusi, który przejechał z Europy do Chin i w Urumczi właśnie zaproponowano mu pracę. Przerwał swoją podróż na rok by podreperować finanse i ruszył dalej. Od słowa do słowa, Alex skontaktował mnie ze swoim szefostwem, przeprowadziliśmy dwie rozmowy – interview przez skype’a, załatwiliśmy potem wspólnie ogrom papierów – ja na przykład, aby dostać zaproszenie musiałam dostarczyć szereg badań medycznych, uwierzytelnienie dyplomu w dwóch ministerstwach i ambasadzie Chin, skany dyplomów (należy pamiętać, że wizę pracowniczą można załatwić tylko w kraju ojczystym) no i „już”. Dodam, że w szkole pracuje jeszcze jeden podróżnik rowerowy 🙂

Jak wygląda praca nauczyciela angielskiego w Chinach?

W szkołach państwowych z tego co wiem pracuje się mniej i zarabia się nieco mniej, ale ma się duuużo wakacji, klasy są tam bardzo liczne – do 70 osób (!). Ja wpadłam raczej na głęboką wodę, gdyż pracuję w sieciowej szkole prywatnej, coś w rodzaju Archibalda czy Berliza. Wiek uczniów to od 11 lat wzwyż – na tym mi bardzo zależało, choć za pracę z dziećmi płaca więcej (!), to nie dla mnie. Z reguły ma się 25 godzin tygodniowo, praca jest głównie popołudniami i wieczorem, ale w szkole spędza się dużo więcej czasu. Około 11-tej dostaję grafik na dany dzień i ta niewiedza w jakich godzinach i jaki poziom będę danego dnia uczyć, kiedy będę miała okienko – jedno, dwa a może i trzy na raz i jak długo jest najbardziej irytująca. W pracy musze być godzinę przed rozpoczęciem lekcji czyli najczęściej o 13.00, ale w praktyce większość z nas przychodzi jeszcze wcześniej, bo do lekcji trzeba się przygotować. Nigdy nie wiadomo, czy będę miała grupę czy uczniów indywidualnych (grupy maksymalnie do 10 osób, lekcje prywatne 1-4 osoby), czy będzie to poziom początkujący, średniozaawansowany czy zaawansowany Business English – zazwyczaj jest 5 godzin dziennie i mieszanka wszystkiego. Szkoła ma przygotowane lekcje wiec należy wyciągnąć konkretne zeszyty z lekcjami i je przejrzeć, przeczytać co uczeń miał zadane, skopiować ćwiczenia. W moim przypadku dochodzi jeszcze szybkie przejrzenie słownictwa – no coz, zdarza się, że jakiegoś słowa lub kilku nie znam i muszę je sprawdzić. Wszystko byłoby super oprócz jednego faktu – jak dla mnie większość z tych lekcji jest beznadziejna, nudna, tematyka nie zaktualizowana, nie przystosowana do grupy wiekowej co sprawia, że staram się na szybko znaleźć jakąś alternatywę i wypełniacz czasu, więcej ćwiczeń. To dość stresujące. Generalnie nie ma bardzo czasu na machanie palcem w bucie.

Aha, jakiej płacy się można spodziewać? W okolicach 1000 USD plus mieszkanie, zwrot kosztów przelotu i inne bonusy, na zachodzie kraju można zarobić sporo więcej. No, ale tu jest przynajmniej ciekawie 🙂

Na szczęście nie muszę ukrywać, że jestem Polką (w zasadzie to wielokrotnie to podkreślam), jak to w niektórych szkołach bywa – zatrudnieni powinni być jedynie native speakerzy, czyli osoby z krajów angielskojęzycznych: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Republika Południowej Afryki. W naszej szkole uczy kilkunastu obcokrajowców z Wielkiej Brytanii, RPA, Australii, ale także Ugandy, Pakistanu, Meksyku. Jak widać chcieć to móc. Albo wiedzieć z kim gadać.

Po niezwykle intensywnym okresie wypełnionym bynajmniej nie przygotowywaniem dań na świąteczny stół bo świąt Bożego Narodzenie się tu nie obchodzi tylko przyziemnościami takimi jak poszukiwanie mieszkania połączonym z jego odgruzowywaniem z okropnego brudu, załatwianiem formalności meldunkowych, kont bankowych i nieustającym wdrażaniem w pracę powoli zaczynam osiadać.

Osiadanie nie jest proste.

Najbardziej brak mi .. tak – bingo! Roweru. Ruchu. Przyrody. Nie dość, że jest mróz, ruch na ulicach i brak kultury jazdy przytłaczające, no i jest przeokropnie ślisko to rower mi się zbuntował, pięknie wyszykowany przed wyjazdem po długiej podróży wymaga naprawy a wszelkie serwisy (sztuk dwa, do których udało mi się dotrzeć) rozkładają ręce – nie ma, meyo, :(. Sprawę pogarsza przerwa noworoczna (wczoraj rozpoczął się Chiński Nowy rok), kiedy to wszystko jest pozamykane na 3 spusty przez bez mała miesiąc.

Oby do wiosny w takim razie. Wszystkiego najlepszego w Roku Koguta!

rooster

Dodano 4 myśli na temat “Z życia nauczycielki angielskiego w Chinach

    1. A dziekuję Janku, z usta nauczyciela angielskiego to komplement 🙂
      Radzę sobie bo muszę, ale no oddałabym kilka godzin na pewno. Zwłaszcza tych pomiędzy 20-22.00. Pozdro

    1. Dzięki Szymon 🙂

      Myślę, że najbardziej mu brakuje mojego kręcenia.. A brakuje mu m.in. dlatego, że rozwalił się gwint (zauwaz, nie pisze że ja rozwaliłam ;), pedał się nie wkręca i nie ma gdzie naprawić. Na fejsie się produkuję w temacie https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=685623161612387&id=217095148465193
      Poza tym urwała się wtyczka od kabla do dynama.
      Niestety wciąż trwa tu przerwa zimowa i jak już znalazłam warsztaty to rozkładają ręce, ale większość jest zamknięta. Zamierzam sprowadzic częsci z Szanghaju. Albo Polski.
      Ja chcę na rower!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *