Nie tylko dla orłów

Tagi: , , , ,

– Gdzie idziesz? Może zostaw tu na dole swój rower, idź i się spytaj

Z uporem uskuteczniałam tzw. „popych prosty” mojego majdanu po podjeździe prowadzącym na wzgórze, na którym stał kościół.

– Nie, chcę żeby zobaczyli też mój rower. Chodź ze mną proszę, pomożesz mi!

Ha-soon ze zdziwionym wyrazem twarzy podążył za mną.

– Jesteś sprytniejsza niż ja – podsumował.

Nie wydaje mi się, żebym wzbijała się na wyżyny sprytu, ale trzeba jakoś sobie radzić. Zwyczajnie, po dotarciu do uzdrowiska Suampo gdzieś w środkowej Korei po raz pierwszy wyglądało na to, że nie będzie gdzie rozstawić namiotu. Na mapie miasteczka od razu rzucił mi się w oczy napis „kościół katolicki” – pomyśłałam zatem – może tam?

Nie byłam aż tak bardzo „pro”, jakby się tego można było spodziewać. Doświadczenia z Filipin, kraju kościołami stojącym, pomimo dużych pokładanych w nich nadziei były w tej materii powiedzmy średnie (piszę o tym tutaj). Tu jednak młody ksiądz długo się nie zastanawiał, dał mi kluczyk do małego pokoiku gościnnego a Ha-soon dostał pozwoleństwo na przespanie się w przykościelnej wiacie.

H-soon, człowiek w wieku powiedzmy dojrzałym, tak jak i ja i setki Koreańczyków podróżował jedną z głównych ścieżek rowerowych Korei, długości 635 km, przecinającej kraj na wskroś z położonego na północy Seulu do leżącego na południowym wybrzeżu Busan. Na jego podróżne wyposażenie składał się głównie przymocowany do kierownicy śpiwór i kuferek z jedzeniem przytroczony do bagażnika. Sypiał tak jak i ja do tej pory w przydrożnych wiatach i tzw. chińskich pawilonach, którymi niemal wysadzane są drogi. Nie uznał za stosowne dźwigania ze sobą namiotu gdyż jako Koreańczyk wiedział, czego się może spodziewać. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że pod względem biwakowania tu nie zginę.

Tak też było. Z uwagi na opady ciągłe, które się trafiły dwukrotnie przekoczowałam w takich wiatach nie jedną a dwie noce – raz na obrzeżach nadrzecznego parku miejskiego, drugim razem na obrzeżach stadionu. Nikt na mnie nie zwracał większej uwagi, nie wypędzał więc zostałam popołudniami wybierając się na kilkugodzinne wypady „do miasta” podczas których namiot pozostawał sam sobie. I co? I nic. Czuję się absolutnie bezpiecznie, tak jak to było w Japonii.

Powiedzieć, że Korea Południowa to raj dla cyklistów to mało. To raj absolutny! Droga usłana różami! Ścieżki rowerowe są szerokie, betonowe a nie z jakiejś kostki Bauma, poprowadzone z absolutną precyzją. Niezliczone strzałki informują o kierunku jazdy (z reguły na wprost), nadchodzących skrętach, odległości do najbliższej toalety. Ławeczki, wiaty i wodopoje zachęcają do zrobienia sobie przerwy i odzipnięcia – są tak urocze, że muszę być wobec siebie stanowcza i wymagająca, żeby nie zatrzymywać się w każdej. Może co trzeciej? Co piątej? No, może jednak co 10-tej.. Raz nawet „w środku niczego” napotkałam przydrożne (darmowe oczywiście) prysznice dla cyklistów tzw. Cleanhouse. Nie dadzą człowiekowi nawet dobrze zaśmiardnąć. To stanowczo nie na moje nerwy! Dodam, że te nerwy będą wystawione na ścieżkową próbę niemal cały czas, gdyż ścieżek do objechania oprócz tej głównej jest jeszcze trzy.

No a i czasowo wstrzeliłam się przednio w tutejszy grafik wydarzeń kulturalnych. Jak na stopień nieprzygotowania do zwiedzania Korei – fuks maksymalny. Październik to w Korei miesiąc festiwali. Właśnie „zaliczam” Dancing Masks Festival w Andong (fantastycznie się ubawiłam na spektaklach), jutro musze jednak pędzić na Festiwal Latarni w Jinju na południu kraju.. uff, byle zdążyć bo trwa do 10 października.. ale jeszcze dalej na zachód w Gwandong jest Festiwal Kimchi, no, ale ten tylko do 8 października… Poza tym Koreańska Agencja Meteorologiczna właśnie ogłosiła, że kulminacja ilości kolorowych jesiennych liści – które to każdy bez wyjątku mieszkaniec kraju obowiązkowo jeździ podziwiać – w najlepszym ponoć do tego parku Seoraksan będzie w połowie miesiąca. A to zupełnie na północy kraju.. Gdzie jechać??? Co robić Panie Premierze??? Jak żyć???

Specjalista od teleportacji poszukiwany pilnie. Pomocy!

Dodano 8 myśli na temat “Nie tylko dla orłów

  1. Ewa, nawet wirtualnie czuć Twoją wielką pozytywną energię i choć jak piszesz podróż nieprzygotowana to los ma dla Ciebie tyle niespodzianek. Czasem improwizacje są najlepsze. Miły obraz rysujesz tego kraju, o którym wiem tak niewiele…Pozdrawiam.

  2. Ewo, wybacz,ze znowu straciłam Cie z oczu z powodu zawirowań zawodowych i dopiero teraz przeczytałam jakie fantastyczne jest rowerowanie po Korei. Ja właśnie lubię takie porządne warunki dla rowerzystów. Zazdroszcze Ci tej egzotyki.

  3. ha, ha 🙂 oj sprośnie 🙂
    ps. szkoda, że się nie spotkaliśmy.W końcu nie trwa to długo, a cudzoziemców jak na lekarstwo

  4. O, czyli niedawno.. ale ten Festival Tańczących Masek to wszak w październiku jest..? ps. We Wrocku to własnie byłam niedawno .. 🙁

    1. Spektakle odbywają się chyba codziennie, niezależnie od festiwalu. Myśmy pokręcili się po wiosce, zaliczyli teatr, ciesząc się żywiołowymi reakcjami koreańskiej publiki, a na koniec przeprawili się łupinką na drugą stronę rzeki i wspięli na górującą nad wioską skarpę, skąd nastrzelali fotek „z lotu ptaka”. Gorąc był niemożebny!
      Jeśli Cię znowu przywieje do Wrocka – zapraszam na kawę. Pogadamy o zaświatach 🙂

Leave a Reply