Moje niewielkie greckie wakacje

Tagi: , , , ,

Świetnie mi się z Tobą pracowało, ale byłaś tak krótko, tylko dwa tygodnie..phiii powiedział Yiannis krzywiac się, gdy wypowiadał ostatnią liczbę. Meteory opuszczałam tyleż z żalem, bo miejsce jest ze wszech miar wyjątkowe, co z głębokim przeświadczeniem, że to jest najwłaściwsza rzecz, jaką powinnam w tym czasie zrobić.

Trudno mi byłoby mu wytłumaczyć, a jemu i innym tym zapewne zrozumieć, że dla mnie i te dwa tygodnie postoju to dużo, już po tygodniu poczułam się jak w zamkniętym ogłupiającym kole wykonywania tych samych czynności. W zasadzie to wcale nie jest takie zabawne, stać się niezdolną do zagrzania nigdzie miejsca. Wcale a wcale.

Na moje miejsce przyjechała Marika, Niemka przed 40-ką z dużym doświadczeniem w tym jak to nazywają „wolontariacie”. Stosuje cudzysłów celowo, bo choć moje doświadczenie jest niewielkie to porozmawiawszy z nią a także śledząc dyskusje w internecie dochodzę do wniosku, że często słowo to jest nadużywane a wolonatariat mylony z tanią / niemal darmową silą roboczą. Zasady na portalu workaway precyzują, że jest to praca 4-5 godizn dziennie 5 razy w tygodniu za mieszkanie i 3 posiłki dziennie. Pomimo tego, że w wielu miejscach tak jest to słyszy się licznych, gdzie pracuje się dużo dłużej, że brak jest dni wolnych albo też, że brak jest wyżywienia. W imię czego w takim razie miałabym w takim miejscu zostać? A jednak zostają. Najczęsciej młodzi, jeszcze dość zagubieni ludzie godzą się na takie warunki nie wiedzac jak wyegzekwować swoje prawa. Marika pracowała na zasadzie takiego właśnie wolontariatu m.in. w ekskluzywnym pensjonacie w Malezji. Czy właściciela takiego drogiego miejsca nie stać zwyczajnie na zatrudnienie pracowników? spytałam. Bogaci ludzie wiedzą, jak zarobić jeszcze więcej – odpowiedziała uśmiechając się Marika.

„Moje” miejsce w Kalambaka było w porządku, ale często im bardziej zaglądałam do lodówki tym mniej tam widziałam (jajka i jogurt). Tym łatwiej było mi odejść bo zakwaterowanie w końcu swoje mam a jedzenie i tak musiałam sobie dokupywać. Nie o to chodzi. Poczułam, że jedynie marnuję czas.

Wyjechałam wiedząc, że będzie pod górkę. Gorące, wilgotne powietrze w ciągu dnia sprawia, że pot leje się ze mnie ciurkiem a pod wieczór czy w nocy ciągle prześladują mnie burze. Niemal stały element głownie nocnej ekspozycji. Raz już nawet znalazłam miejsce na nocleg, rozbiłam namiot, dokonałam wieczornych oblucji, wskoczyłam w nocne ubranko i myjąc zęby widze na horyzoncie błyskawice, w poziomie i w pionie.. 11 w nocy, słow daję, nie teraz… nieeee. Wyglądało to na tyle przerażająco, że zwinęłam noclegowisko i skitrałam do najbliższej miejscowości, gdzie przeczekałam burze pod supermarketem Lidl. Potem tylko rozłozyłam namiot w najciemniejsyzm zaułku parkingu po to, by około 5-tej nad ranem oślepiły mnie tam jarzeniówki. To nie była zbyt romantyczna noc. Bywa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Innego dnia zakotwiczyłam na noc pod kapliczką świętego Nikifora. Widok na okoliczne góry, przełom rzeki i monastyr świętego, który przycupnął na szczycie wzniesienia na przeciwległym brzegu sprawiły, ze choć do końca dnia pozostało jeszcze sporo czasu postanowiłam zostać tam na noc. Na miejscu tym, wydawałoby się odludnym i odległym od okolicznych wiosek wraz z nastaniem wieczoru zaczęło być całkiem tłoczno. Najpierw usłyszałam dźwięk dzwoneczków a potem przez polankę przetoczylo się stado kóz, mecząc i becząc, wyskubując z zasuszonej, czerwonej, skawalonej ziemi nieliczne źdźbła trawy. Potem zaczęli przyjeżdżać ludzie. Młody mężczyzna w roboczym drelichu, jakieś starsze małżeństwo, jedno, drugie.. kobieta wzięła mnie za rękę, zaciągnęła na skraj skarpy i tłumaczyła coś o historii tego miejsca. Dlaczego kapliczka tutaj właśnie.. – ciężko było mi zrozumieć ze znajomością kilku słów na krzyż współczesnej greki.. robiło się ciemno a ludzie wciąż przyjeżdżali zapalić świeczki, pomodlić się, podziękować za następny dzień.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy już o zmroku odjeżdżał ostatatni samochód oświetlił idącą w głębi drogi postać. Minęła dłuższa chwila, ale nikt nie podszedł. Był tam, stał w ciemnościach? Wzięłam latarkę i poszłam naprzeciw oświetlając okolicznej krzaki.

Hej! Krzyknęłam. W ciemnościach widziałam tylko czerwony ognik palącego się papierosa.

Hej! Odpowiedziano mi z ciemności, ale nikt stamtąd bynajmniej się nie ruszył.

Tylko tego mi brakowało – niepokoju ze jestem tu sama, ze ktoś zwrócił na to uwagę i nawet nie raczy się pokazać. O co chodzi, jak tu zasnąć?

Daxi, daxi (ok, ok) słyszę po dłuższej chwili, podczas której przechdzą mi przez głowę różne scenariusze. Z ciemności wyłania się postać i podchodzi do kapliczki. Widzę jedynie kawałek twarzy – perkaty nos i wąsy oświetlane płomieniem palących się lampek. Zapala jedną czy dwie i sobie idzie.

Czułam, że rano przyjdzie ponownie. Miejscowy pasterz, który tak narobił mi strachu poprzedniego wieczoru przywozi kawę a potem jeszcze dwie butelki wody. Rozmawiamy na migi a potem juz w ciszy towarzyszy mi przyglądając się jak składam noclegowisko, odprowadza mnie do drogi i macha na pożegnanie. Jedzie w drugą stronę na swoim wyposażonym w alarm dźwiękowy rowerze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak ja bym chciała takie ustrojstwo! Jak ja bym chciała cokolwiek, co odstraszy te kudłate, sięgające mi często niemal do pasa szczekające na mój widok już z daleka sierściuchy. Góry są piękne, kozy i owce błogo dzwonią dzwoneczkami na górskich polanach, ale na ten dźwięk zaczynam reagować nerwowo się rozglądając bo wiem, że są w towarzystwie. Psy pasterskie dobrze wykonują swoją robotę. Aż za dobrze. Kilka razy udaje mi się je przegonić, choć najczęściej słabo reagują na sprawdzony sposób czyli „nagle się zatrzymać”, ale gdy pewnego poranka kilkanaście sztuk udaje się za mną w pogoń i mnie otacza, pasterz biegnie z naprzeciwległego wzgórza i rzuca w nie.. kanistrem z kamieniami a mi każe się zabierać w te pędy (wiśta wio, latwo powiedzieć – było pod górę) mam już porządnego stracha i mam dość.

Chcesz jechać TĄ drogą??!! Tam prawie nie ma wiosek, jest za to mnóstwo niebezpiecznych psów! Zwłaszcza w jednym miejscu, zawsze gdy jedziemy tamtędy samochodem ten szalony pies rzuca się na auto. Cieszymy się wtedy, że jesteśmy w środku auta.

Kobieta, którą spytałam o drogę wpatruje się we mnie ze zgroza w oczach. Idzie jeszcze pytac męża, który tez przecząco kiwa głową potwierdzając jej obawy. Często słyszę o (nie) bezpieczeństwie tego czy owego, co z reguły uważam za przesadzone, ale tym razem trafiła w czuły punkt. Oczami wyobraźni widzę psa skaczącego mi do gardła. Ah! Dobrze, nie będę tam jechać, daxi, daxi, ok, ok.

Koniec końców ląduję u Marii i Maxa na noc. Rozstawiam namiot na podwórku. Mała opleciona winoroślą chatynka bez doprowadzonego prądu, szumiący strumień, kilka kotów i pies dopełniają obraz sielskości tego miejsca.

Przeprowadzili się tutaj niecały rok wcześniej z Salonik, prowadzą mały sklepik w centrum małego, urokliwego górskiego miasteczka Velvento. Wioska robi na mnie bardzo pozytywne w4rażenie. Wieczorem rynek cały zyje, dzieci biegają, starsi siedza w kawiarniach, są sklepy z miejscowym winem i rarytas – kościól z XIV wieku z zewnętrznymi freskami. Majstersztyk!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zawsze chciałam tak żyć – spokojnie, bez pośpiechu – mówi Maria, ale, gdy tematem staje się trudna sytuacja w Grecji urywa rozmowę. Posłuchajmy lepiej ciszy – mówi.

Siedzimy w ciszy, jemy soczystego melona, a ja czuję, że chodzi o coś więcej. Rano, gdy Max wyjeżdża i zostajemy same Maria niemal wybucha potokiem gorzkich słów. Nie stać ich na mieszkanie i utrzymanie się w Salonikach. Nie mogąc znaleźć pracy przeprowadzili się tutaj, na wieś, bo życie ich tu niemal nie kosztuje. Rząd jedynie podwyższa ceny i podatki, 83% dochodów ze sklepiku odprowadzają w roznej formie do różnych kas – podatki, ubezpieczenia. Jak tu zyć? Co się w tej Grecji dzieje? Wielka Brytania opuściła Unię, Grecy w ubiegłorocznym referendum opowiedzieli się za tym samym i co? Rząd to zgrabnie przeinaczył i jest jak jest. Banda złodziei. Każdy wyciąga rękę po ten skrawek ziemi pomiędzy Europą, Azją i Afryką.

Jedź na półwysep Chalkidiki, ah jak tam pięknie! zmienia temat. Słyszę to nie pierwszy raz i po kilku dniach rowerowej popycho-wspinaczki w upale decyduję się odbić spod pobliskiej granicy z Macedonią w kierunku morza Egejskiego. Nie zaszkodzi mi zamoczyć tyłek raz czy drugi. W końcu nie wiem kiedy potem będe mmiała taką możliwość.

Chalkidiki ma kształt widelca z trzema zębami, każdy ma inną wizytującą go klientelę i inny charakter. Pierwszy pólwyspep to Kassandra – rozrywkowe miejsce – piękne plaże, hotele i dyskoteki, drugi Sithonia – las piniowy, piaszczyste zatoczki i czysta turkusowa woda, trzeci to Athos – wypełnione monastyrami święte miejsce niedostępne dla kobiet. „Na Kassandrę jedzie się by znaleźć chłopaka/ dziewczynę, na Sithonię jedzie się z ukochanym/-ą, a na Athos jak Cię porzuci” głosi lokalne powiedzenie. Mi każdy lokals polecał drugi ząb czyli Sithonię. Jadę co prawda bez drugiej połówki, ale z nadzieją, że pomimo pełni sezonu znajdę jakieś odludne miejsce.

A tu – zonk! Na wybrzeże z Salonik wąską raz szybciej raz niemal stojąc w środku pól drogą sunął rząd samochodów. Każde „odludne” miejsce było już ludne, z każdej ścieżynki wyłaniają się ludzie. No cóż. Sezon. Nie planowałam tego. Godzę się zatem się z brakiem szumu fal do snu – na szczęście są wszędzie sady brzoskwiniowe i gaje oliwne.. Czasem nawet przychodzą tam w odwiedziny nie zapowiedziani goście. Czasem zadowolenie z kolacji przychodzą tez na śniadanie.

Czysta jestem za to, że aż wstyd. Kąpiel w morzu to raz, plażowe prysznicowanie to dwa, standardowe ujęcia wody to trzy. Dni upływają mi na moczeniu się, myciu i pchaniu roweru pod górkę i nielicznych zjazdach no i leżeniu w cieniu. Pofałdowany krajobraz zdecydowanie łatwiej ogląda się zza szyby samochodu.

Not for speed rzecz jasna, ale z niepokojem jednak zaczynam patrzeć w kalendarz, bo dziennie przetaczam się po 35-50 km.. Jakoś do Polski muszę za jakiś miesiąc z hakiem dotrzeć. Turcja odpadła, przynajmniej na razie. Chcę już się wytoczyć z tej Grecji, na cel wzięłam Bułgarię bo tęsknię bardzo za normalnymi cenami. W ogóle Bułgaria bardzo mi się podobała, jak byliśmy tam kilka lat temu.

A tymczasem mam urodzinowy dzień odpoczynku. Obskurny, ale spokojny i w miarę tani kemping trafił mi się w sam raz, gdy już o tym bardzo marzyłam. Czas na popołudniową kąpiel i szklaneczkę chłodnego wina. Za kilka dni znowu będę góry.. Ale, jak to mawiała Scarlett O’Hara – pomyślę o tym jutro.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dodano 5 myśli na temat “Moje niewielkie greckie wakacje

  1. Ewo,Przeczytałam dzisiaj hurtowo twoje wpisy, bo znowu- jak zapewne zauważyłaś- zaprzestałam zaglądania tutaj.
    Koniec roku, pobyt w sanatorium ( pierwszy i ostatni raz) oraz moje wczasy rowerowe po Saksonii i Morawach( nie odważę się przy twoich wyczynach nazwać tego wyjazdu wyprawą) odsunęły mnie zupełnie od komputera.
    Jestem jeszcze kilka dni na Morawach( Tomek też jest w naszej czteroosobowej grupie) i jak wrócę do domu po 20 sierpnia będę czytała twoje wpisy systematycznie. Zresztą niedługo będziesz w Polsce to porozmawiamy sobie. Sciskam Cię urodzinowo. Mira

  2. Rzadko komentuję, ale często czytam:) Fajnie, ze jedziesz teraz do Bulgarii (byłam tylko raz, rowerem na miesiac, z dala od morza; ale podobało mi się, bo swojsko mimo szczypty czy dwóch egzotyki, ludzie zyczliwie obojętni, wody pod dostatkiem i ogólnie czułam sie tam po prostu dobrze, na miejscu, nie wadziłam nikomu no i we wrzesniu temperatury z dala od morza były już jak dla mnei całkiem ok). O Grecji myslałam, ale tak by akurat nie dowalał upał no i obawiam się tych psów…

    1. Hej Martwa, miło mi:)
      Ludzie życzliwie obojętni.. – no tacy to wg. mnie byli w Grecji, tu są życzliwie nieobojętni! Tyle interakcji z lokalsami co tu w ciągu 3 dni nie miałam w Grejci przez 2 miesiące – a nie należę do osób supertowarzyskich jak się można zorientowac. I tez mam takie pytanie – gdzie było tyle wody..? Bo mi tak bardzo brakuje tych greckich źrodełek na kazdym skwerku. A tak poza tym to jest super, można jeść do woli, ceny nareszcie normalne czyli takie jak w Polsce.
      Dzieki tez za zrozumienie w kwestii temperatur. Jak o tym pisze to zrywają się protesty – a w Polsce to jest tyle a tyle.. no ok – to proszę wsiąśc na rower w tej 40-stopniowej temperaturze i sobie pojeżdzić. Nie tak planowałam, ale tak wyszło. Też uwielbiam wrzesień, tylko będę się kierować w stronę ojczyzny, ale mam nadzieję na dobre doświadczenia pogodowo-organoleptyczne (owoce, warzywa!). Pozdrawiam, Ewa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *