Me, myself and I

Tagi: , , , ,

Wygląda na to, że zupełnie nie wiesz co robić stwierdził Chirag i oddawało to w pełni stan mojego umysłu w ostatnich tygodniach.

To, że często miewam wątpliwości i trudno mi podjąć decyzję nie jest dla mnie niczym nowym, ale tym razem niemożność jej podjęcia zaczęła mnie przerastać. Odkąd kilka tygodni temu dotarła do mnie niezbyt pozytywna (aczkolwiek nie tragiczna) informacja z kraju zaburzyło to mój dość wygodny i pomimo wielu uciążliwości wciąż jednak podróżniczo-rowerowy dobrostan. Rozpoczyna się umysłowa szamotanina jak sobie to wszystko poukładać.

Okoliczności przyrody w Wietnamie nie są moim sprzymierzeńcem.. Po około 10 dniach pedałowania solo ponownie spotykam Chiraga tym razem w towarzystwie Ivana, podróżnika rowerowego z Hiszpanii, którego zgarnął po drodze kilka dni wcześniej w ramach zaliczania gór północnego Wietnamu. Ja właśnie jadę teraz na północ, do Hanoi, to znaczy właśnie siezastanawiam czy tam jechać, ale nic to, zmieniam zdanie, przestawiam rower o 180 stopni i kieruję się z nimi na południe. Chcę dojechać do oddalonej o jakieś 700 km miejscowości Hoi An, a jeszcze nie wiem co zrobię. „Nie wiem” to moja odpowiedź na niemal wszystko. Czasem jednak wolałabym wiedzieć coś więcej.

Cieszy mnie nawet bardzo to ponowne spotkanie, ale tym razem jest zupełnie inaczej niż w Laosie – z uwagi na ograniczoną długość wizy i długość kraju (niemal 2000 km) należy zapomnieć o lenistwie – trzeba nabijać kilometry. Rozpoczyna się wyścig z czasem i z trąbiącymi ciężarówkami po często rozgrzebanej drodze krajowej nr AH1.

Chłopaki jadą szybciej, czasem znikają mi z horyzontu. Niby to normalne, mamy inne tempo ale teraz, gdy jadę w grupie powoduje to jakiś niepokój. Wiem, że gdzieś tam pewnie będą na mnie czekać, ale słońce świeci w oczy i czasem przemkniemy obok siebie nie zauważając jeden drugiego. Gubimy się kilkakrotnie i nie jest to fajne. Powinnam odpuścić, jechać sama – w czym problem, pojedź sobie i tyle mówię do siebie, co masz się tak złościć, źle Ci to zrób coś z tym.. ale jakoś tym razem nie mam siły i coś mnie przy nich trzyma. Polubiłam jechanie w towarzystwie, ale wietnamska drogowa rzeczywistość wyzwala we mnie najgorsze instynkty. Mam dość. Jadę, a łzy same ciekną po policzkach. „Shut up!” wrzeszczę głośno na zupełnie bezensownie trąbiące pojazdy. Czy wszyscy tutaj ogłuchli?

Ale, ale – przecież jest też pięknie. Gdzieś co jakiś czas widzimy morze, plaże, zatrzymujemy się, żeby wskoczyć do wody. Plaża jest tylko dla nas! Proboszcz w jedym z kościółow, gdzie nocujemy (churchsurfing jak to nazywają chłopaki, ale nie jestem fanem tego okreslenia) wypędza nas na plażę. Chcecie już teraz iść spać? Pyta. Idźcie, zrelaksujcie się, mamy tu piękną plażę! mówi i pokazuje nam drogę. Na plaży grupka miejscowych gra w piłkę – kilka sekund i mają nowych graczy w drużynie. Chirag i Ivan uwielbiają futbol, mi wystarczy mały spacer brzegiem morza.

W Hoi An rozdzielamy się – chłopaki kontynuują jazdę trasą AH1, ja wybieram jazdę drogą przez góry. W Wietnamie nie ma wielkiego wyboru – kraj jest wąski i długi, można jechać albo nadmorską drogą AH1, albo prowadzącą przez góry trasą zwaną „drogą HoChiMinh”-a. Od pierwszych samotnych godzin oddycham i powoli wracam na swoje tory. Choć droga zaczyna się wspinać jest pięknie i spokojnie. I choć miałam skręcić ponownie do Laosu, by wrócić do Tajlandii postanawiam dać Wietnamowi drugą szansę, mijam skręt do granicy i jadę dalej. Ludzie tu są zupełnie inni, nie oszukują. Jakaś ciężarówka zatrzymuje się, żeby mnie podwieźć pod górę, jacyś przemili ludzie nocują w domu. Droga rekompensuje wysiłek widokami. Gdy jednak po kilku dniach widoki nie rekompensują już wkładanego w poruszanie się wysiłku tj. pchania się rowerem po rozgrzanej górskiej drodze w 40 stopniowym upale i 90stopniowej wilgotności powietrza daję spokój, kupuję bilet na autobus i rano jestem w Sajgonie. To i owo sobie już w głowie poukładałam i zaplanowałam, przyjeżdżają chłopaki, jest dobrze. Spędzamy razem 2 dni i rozjeżdżamy się, tym razem na dobre. Na pożegnanie dostaję koszulkę „I love Vietnam”.. przewrotnie czy złośliwie? A może kiedyś ten kraj pokocham, kto wie.

Czas na zmiany. Nie wiem jeszcze do końca jakie, ale najwyższy czas. Objechałam już grubsza Azję południowo-wschodnią z przyległościami.. wystarczy. I chyba po wielu miesiącach chciałabym w końcu z kimś normalnie porozmawiać, a nie jedynie wymieniać uśmiechy. Uśmiechy zawsze są wspaniałe, ale przestały wystarczać. Bardzo brakuje mi prawdziwych rozmów.

Podróż nie jest jedynie gładko układającą od kołami wstążką drogi. Czasem jest trudno. Czasem, na własne życzenie jest trudniej. Czasem zapominam, żeby nie mieć oczekiwań. Gdy nie mam oczekiwań, nie ma rozczarowań. W podróży nauczyłam się, że ….pewnych rzeczy się nigdy nie nauczę. Chirag nazywał mnie wielokrotnie superkobietą. Wcale tak się nie czuję, wręcz przeciwnie. Prowadzę taki styl życia a nie inny bo go lubię i umiem tak żyć. W tej perspektywie to żadne bohaterstwo. Podobnie każdy inny miewam wątpliwości i czuję się zagubiona. Czasem dręczy mnie poczucie niepewności, choć niepewność tego, gdzie będę spała tego czy następnego dnia jest dla mnie bez znaczenia. Taka jestem. Me, myslef and I.

To, co wiem na pewno, to że moje marzenia sięgają dużo dalej, dalej niż Azja. Azja.. a może i dalej..? Zobaczymy. Tymczasem pozdrawiam z Tajlandii.

Dodano 12 myśli na temat “Me, myself and I

  1. Przez pewien czas znajdowałem się w Wietnamie kilkaset kilometrów przed Tobą i na bieżąco śledziłem twoje zmagania z tym krajem. Szacunek i podziw to pierwsze słowa, które przychodzą mi do głowy. A ten wpis to taka mała perełka, osobisty i emanujący ciepłem. Przeczytałem go z ogromną przyjemnością. Pozdrawiam i życzę Ci powodzenia w dalszych podróżach 🙂

  2. Witold, dziękuję za bardzo miłe słowa no i tym bardziej mi glupio, że się nie udało spotkać w Ho Chi Minh. 🙁 I bardzo dziękuję za wszelkie porady i podpowiedzi co do spraw wszelakich. Ode mnei szacunek za przejechanie całego dystansu z całym dorodziejstwem wietnamskiego inwentarza.. !

  3. Wracaj do domu, odpocznij. Tam jest naprawdę ładnie, wiosna, wszystko kwitnie, świeżo i zielono. Tęsknię za tym z rozgrzanej Nevady.

  4. Mam nieodparte wrażenie,ze jesteś teraz bliżej siebie niż kiedykolwiek przedtem……..

  5. Zosia, no to bardzo kusi, uświadomiłam sobie własnie, że od 4 lat nie byłam w Polsce w maju!!! Bzy! Konwalie! Wszystko kwitnie i pachnie i nie ma odczuwanej temperatury 49 stopni! …

    Mira, mam ochotę zapytać co autor miał na myśli… ale to raczej mailem..

    1. Mira.. pozdrawiam z Polski. Trudno mi zebrać się by coś napisać tyle się dzieje. Mam nadzieję do zobaczenia, chwilę tu pobędę 😉

Leave a Reply