Ze stepów Kazachastanu do oazy luksusu – Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman, rowerowy pomysł na zimę

Tagi: , , , , , , , , , , ,

W ostatnim dniu października na stepach południowego Kazachstanu termometr wskazywał 29 stopni na plusie i wszyscy zgodnie twierdzili, ze to anomalia pogodowa, bo wszak o tej porze roku to zazwyczaj już śnieg prószy, gdzie tam, żeby w krótkich majtkach jeszcze ganiać. A ja jeszcze ganiałam, może nie majtkach, lecz szortach po kolana. Dwa dni później z 29 zrobiło się 15 a potem 5 stopni i dopadła mnie już wtedy za gardło odkładana z dnia na dzień decyzja – co teraz, pierwsza klaso? Gdzie teraz?

Większość środkowoazjatyckich „overlandowców” podróżujących Jedwabnym Szlakiem zapewne nie zadawałaby sobie tego pytania – cisnęliby do przodu bo niestraszne im mrozy, śniegi i zawieruchy. Ale ja przecież nie lubię się zanadto męczyć, ryzykować tez nie lubię. Podróż ma sprawiać przyjemność. Totalna nuda i nic, coby można potem wnukom opowiadać.

A cóż było przede mną? Ano kilometry, bodajże tysiąc z hakiem kilometrów stepu na którym nic nie ma i po którym hula wiatr najczęściej w twarz bo dominują wiatry zachodnie a ja jechałam na zachód właśnie. Taki wiaterek, ze nawet pedałami nie idzie ruszyć, wypizgaj totalny. Miasta położone w odległości kilkudziesięciu, czy nawet kilkuset kilometrów od siebie.

prez step w Kazachstanie

Wcześniej już odpuściłam trasę przez Turkmenistan, bo po pierwsze primo – nie bawiłoby mnie zrobienie 600 km w 5 dni na wizie tranzytowej bo moja maksyma to wszak „not for speed” czyli powolutku a po drugie primo o jedyną ewentualnie możliwą wizę do Turkmenistanu, o którą można aplikować jadąc samemu (czyli tranzytową na 5 dni) również niezwykle trudno. Uzyskanie wizy turkmeńskiej to loteria i wielu znajomych ostatnimi czasy nie miało szczęścia i zamiast naginać po 120 km dziennie z wywalonym jęzorem (żeby zrobić te 600 km w 5 dni) musieli w ostatniej chwili zmieniać plany, składać rowery i sadowić pupę w samolocie lecącym gdzieś tam. To najczęściej dość stresujący i kosztowny proces.

Stresu i pośpiechu jak wiecie nie lubię. Preferuję tez komfortowe ciepełko, najlepiej w granicach 20-25 stopni, coby ani nie zmarznąć za bardzo ani się nie zgrzać – nie uśmiechało mi się zatem pedałować przez północny Iran w grudniu, bo śnieg i deszcz.

Osiadłam zatem na 3 tygodnie w mieście Szymkent na południu Kazachstanu rozmyślając co tu zrobić z tak miło rozpoczęta i trwająca już około 4 miesięcy podróżą z Chin do Europy. Z uporem maniaka śledziłam wykresy i tabelki temperatur z ostatnich lat w różnych miejscach globu, wczytywałam się w blogi podróżnicze, zadawałam pytania na forach, zapoznawałam się z warunkami przewozu bagażu i roweru na stronach linii lotniczych. osiwieć można od tej roboty, poważnie mówię.

Z drugiej strony – można to wszak nazwać rozważnym i przemyślanym planowaniem podróży, czyż nie?

Nepal? Malezja? Może południowe Indie? Czy od razu Emiraty i Oman, o którym słyszałam tyle dobrego ? To niech już będzie te Emiraty i Oman. Uniknę latania w dwie strony i nawet nie zboczę z Jedwabnego Szlaku.

W drugiej połowie listopada opuściłam Kazachstan na pokładzie kazachskich linii Air Astana (które biorą rower za 50 USD bez limitu wymiaru i waga do 32 kg, stan na listopad 2017 – polecam) przeniosłam moje 4 litery i rowerowy dobytek w zupełnie inny wymiar.

Wymiar nazywał się Dubaj i wcale nie jest to stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jest to jednak niewątpliwie jedno z najdziwniejszych miejsc na świecie. Monstrulany twór ze szkła i stali co to wyrósł na środku pustyni nad brzegiem morza w zatoce Perskiej w przeciągu kilku zaledwie, góra 10 lat. Miejsce, w którym łatwiej spotkać pracującego w sektorze usług Hindusa, Pakistańczyka czy Filipinkę czy tez tysięcy ekspatów na wysokich stanwiskach cieszących się zerowym podatkiem od zarobków (od nowego roku podobno jest to juz 5%) niż rodowitego Emiratczyka (skala 80% do 20% mniej więcej).

najwyższy budynek świata Burj Khalifa i plac budowy wokół

Lazurowa woda na plaży Al Jumeirah w Dubaju

Dzięki wskazówkom Chrisa, mojego hosta z Warmshowers, który zgodził się przyjąć mnie w swojej willi otoczonej palmami i zieloniutką trawą zraszanej dookoła dziesiątkami pompek miałam zapewnione łagodne lądowanie w tej oazie luksusu.

Trochę niefartem był jednak to, ze Chris mieszkał jakieś 40 km od lotniska. Po wylądowaniu zapakowałam moje ruskie torby z dobytkiem i pudło z rowerem do super exclusive lotniskowej limuzyny (jakby co na lotnisku w Dubaju są absolutnie fantastyczne pojemne taksówki, pudło rowerowe długości 1,5 m wchodzi bez problemu) usiadłam obok kierowcy z niepokojem obserwując wskazówki licznika.
Przepraszam, ile to będzie do Mariny? Spytałam libańskiego kierowcę, który swoją posturą przypominał Przemysława Saletę.

What’s your problem, madam? Odpowiedział pan kierowca zwalniając jakby chciał zatrzymać się na poboczu i poważnie ze mną porozmawiać. Jak rozumiem pytania o kasę są w tam nie na miejscu bo każdy z założenia dużo kasy ma, potulnie o nic już nie pytałam do końca kursu. Fortuny jednak nie straciłam, wyszło jakież 80 PLN.

Chris mnie przywitał bardzo ciepło i poczęstował kolacją: oprócz barbecue i sałatki było tez piwo i dopiero po kilku dniach zrozumiałam, jak to ostatnie było nietypowym elementem zestawu kolacyjnego. Alkoholu – piwa, wina i trunków bardziej wyskokowych się zwyczajnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Omanie nie kupi. Kraj muzułmański, zakaz. No dobrze, wiem – w przeciwieństwie chociażby do Iranu trunki można nabyć w upoważnionych do sprzedaży nielicznych sklepach czy hotelach za wielokrotność ceny nominalnej oraz za okazaniem specjalnej legitymacji (wydawanej jedynie rezydentom kraju). Był to zatem mój ostatni łyk piwa przez następne 4,5 miesiące i jakoś mi z tym wcale nie było źle.
Temperatura wieczorem ku mojemu zdziwieniu wymagała sięgnięcia po bluzę. Ochłodziło się dopiero w ostatnim tygodniu powiedział Chris. Przez 8 miesiecy w roku nie idzie tu normalnie funkcjonować bez klimatyzacji.

To miłe, ze jej teraz nie będę jej potrzebować, temperatura idealna, doskonały ruch logistyczny Ewka! pomyślałam sobie machając nogą w hamaku na tarasie. Przez następne dni aklimatyzowałam się w Dubaju i planowałam trasę w Omanie. Zmieniłam tez miejscówkę, gdyż do Chrisa przyjeżdżali goście, ale na szczęście łaskawie przygarnął mnie przesympatyczny Giorgio z Włoch na 20 piętrze swojego apartamentu w centrum. Mówiłam już ile miałam szczęścia do przygarniających mnie na polwyspie Arabskim ludzi? Za chorobę nie było by mnie stać na hotel a hostele tam nie istnieją. Na swoją obronę dodam, że przez ostatnie 2 lata niemal nie korzystałam z gościnności hostów z portalu Warmshowers, a ze słynnego Coachsurfingu w ogóle jakoś nie korzystam..

Po niemal tygodniu uzbrojona w przewodnikową wiedzę postanowiłam opuścić Dubaj.
Wiśta wio, łatwo powiedzieć!

Miasto to, przewidziane jako ostoja luksusu nie zakłada poruszania się po nim innymi środkami lokomocji niż samochód. Dla średniaków utworzono jedną linię metra biegnącą wzdłuż miasta, dla rowerzystów nie ma w zasadzie nic. Ależ, ależ! Są tu wszak ścieżki rowerowe na nadmorskiej promenadzie czy ostatnio powstała nad wykopanym sztucznym kanałem the Creek czy też Al Qudra poza miastem.. ok, jest kilka miejsc, gdzie można się poszlajać rowerem w ramach wieczornego spaceru, ale zwyczajnie nie ma do nich jak dojechać, nie mówiąc już o używaniu roweru jako środka lokomocji. Drogi sześciopasmowe w obie strony, wijące się estakady.. chcesz rowerem? robienie w portki ze strachu zapewnione.

kanał the Creek w Dubaju
wielopasmowe autostrady w Dubaju

Pakując się na rower odkryłam, ze nie gdzieś podziały mi się ekspandery (gumy mocujące) do bagażu. Namierzyłam zatem najbliższy sklep rowerowy, który okazał się znajdować na 20 piętrze wieżowca, pod którym nie można było zaparkować roweru. To bardzo częsta przypadłość Dubaju- wszystko wokół jest tak wypielęgnowane, nowe błyszczące i śliczne, ze brudny czy nawet czysty rower za bardzo bezcześciłby otoczenie.. nie można parkować i tyle.

A czy mogę wjechać windą z rowerem?Tez nie? To jaki sposób mam skorzystać ze sklepu rowerowego proszę Pana? Spytałam hinduskiego strażnika parkingu.
Pan nie umiał mi odpowiedzieć. Myślę, iż pytanie to bardziej jednak dotyczy właścicieli tak bezmyślnie ulokowanego sklepu. Ekspandery udało mi się dostać w następnym, normalnie położonym sklepie rowerowym, po czym 15 kilometrów i ze 20 estakad dalej znalazłam się nareszcie mniej więcej poza miastem.

Dotarłam do ścieżki rowerowej Al Qudra – w zasadzie jest to system 3 różnej długości pętli rowerowych (od kilkunastu do ok. 90 km) poprowadzonych przez piachy pustyni. Na gładkiej nawierzchni ścieżki ze świstem mijali mnie lokalni ekspaci cykliści na superlekkich karobonowych bicyklach. Ścieżka Al. Qudra ma jednak tą zaletę, ze na jej starcie znajduje się terminal – budynek z przebieralnią i prysznicami, suszarkami do włosów, o szamponie, odzywce, papierze toaletowym na wyposażeniu ledwo wspomnę.

W tzw. międzyczasie pod terminal podjechał samochod z parą młodych ludzi. Do części damskiej weszła dziewczyna, lokalna muzułmanka w powłóczystej czarnej abaji i zasłaniającym wlosy i twarz hedzabie. Po 20 minutach zobaczyłam wychnodzącą stamtąd młodą kobietę w dżinsach, kusym t-shircie i rozpuszczonych świeżo umytych włosach. Poznałam ją dopiero jak isę do mnie uśmiechnęła. Zastanawiałam się, czy po tej imprezie, na która niewątpliwie jechali przyjedzie i przebierze się ponownie w bardziej akceptowalne przez rodzinę i lokalna społeczność ciuchy.

Wzięłam zatem prysznic na zapas i postanowiłam szukać szczęścia na nocleg na leżącej nieopodal (przepraszam, przejęzyczenie – na leżącej wszędzie opodal) pustyni. Wydmy prezentują się niezwykle malowniczo w realu i na zdjęciu, na żywca w podróży rowerowej już nie jest tak słodko. Proszę mi pokazać takiego lub taką, co z radością przeciągnie swój rower po miękkim piachu?

Po nocy naszukałam się zatem miejsca, gdzie bym mogła się jakoś wtoczyć. Niebo nade mną było usiane gwiazdami i ptaki świergoliły… wróć! Nic nie świergoliło! To znaczy może i świergoliło, ale nie słyszałam. Do jakiejś drugiej nad ranem wydmy rozjeżdżane były przez entuzjastów jazdy na kładach, czy innych pojazdach z napędem 4×4, niech ich wszystkich pognie i pokręci. Niewątpliwie w tym kraju jednak ilość rozrywek outdoorowych z uwagi na panujące jednostajne okoliczności przyrody jest dość ograniczona i rozjeżdżanie wydm należy do tych najpopularniejszych. Obudziałam się zatem przy pierwszym turkotaniu smieciarki około 7 nad ranem i wyczołgałam się z namiotu ledwo żywa. Ilość piasku w każdym zakamarku namiotu i ciała była zdecydowania za duża, w związku z tym wróciłam się do terminalu rowerowego na następny prysznic na zapas. Nigdy nie wiadomo, kiedy ponownie trafi się taka okazja!


Dotarłszy ścieżką rowerowej przez piach do następnego i ostatniego terminalu ścieżki Al Qudra zrobiłam sobie cos do jedzenia, ponownie umyłam się na zapas, a ze miało się ku zachodowi postanowiłam skierować kola do niedaleko położonej atrakcji jaką są sztuczne jeziorka the Lakes o których opowiadał mi Chris.

The Lakes są kompleksem wykopanych na pustyni jezior powstałych po to, by nudzący się w wolnym czasie jak mopsy pracownicy Dubaju mieli gdzie wyskoczyć za miasto i posłuchać przyrody.. Wróć! Posłuchać swoich tranzystorów i przekąsić barbecue zapijając dostępnym jedynie im piwem.

Al Qudra lakes

Nigdy nie zrozumiem po co, w miejscu takim jak to, gdzie można posłuchać przyrody, w tym wypadku tysięcy sprowadzonych tu, ale jednak prawdziwych i żywych ptaków, ludzie wolą nastawiać swój sprzęt grający na full.. W ciągu jednej nocy zmieniałam miejscówkę noclegową trzy razy, ostatni raz po 23 kiedy to okazało się, że wlaśnie o tej porze jakaś grupa anglojęzycznych ekspatów zapragnęla rozpalić ognisko i zrobić bibkę 100 metrów od mojego ukrytego w chaszczach namiotu. Ze łzami w oczach i niedowierzaniem ciągnęłam namiot przez piach jak najdalej od drogi. Pierwsze noce w Emirackim terenie uznaję za mało udane.


A potem było już normalnie. Normalnie czyli czerwono-pomarańczowe wydmy i przechadzające się gdzieniegdzie wielbłądy czy białe antylopy. Do granicy z Omanem klucząc pobocznym drogami toczyłam się jeszcze 2 dni. Panowie policjanci z posterunku który odwiedziłam w jednej z miejscowości tuz przed zmrokiem w nadziei na pomoc ze znalezieniem noclegu kiwali z brakiem zrozumienia w oczach głowami i nie byli w stanie nic poradzić. Tu niebezpieczne jest rozbijać namiot! Usłyszałam. Tu w okolicy, sami Pakistanczycy mieszkają.

 

W pobliżu posterunku tudzież na jego terenie jako solo kobieta nie miałam szans zostać (moje serce zawsze pozostanie przy Tobie Tajlandio, gdzie wszelkie posterunki policji stały przede mną otworem), ale na szczęście znalazł się jakiś pustostan o wymiarach 1,5 x 2 metry i uwiłam sobie tam gniazdko.


Na horyzoncie nareszcie pokazały się góry. Pasmo górskie Al Hajar, którego niewielka część leży w Zjednoczonych Emiratach Arabskich a większość w Omanie nadało krajobrazowi charakteru.

Pasmo górskie Al Hajar w Emiratach

Zanim przekroczyłam przejście graniczne w Hatta spotkałam Christine z Irlandii z Hinduskim chłopakiem.

Oman! Kocham ten kraj! rozemocjonowała się Christine. Jeździmy tam kiedy tylko można, choć ostatnio czterokrotnie zwiększyli koszt wizy. Zaraz napiszę Ci co warto zobaczyć i gdzie pojechać, choć tak naprawdę wszędzie jest ciekawie.

Z długą na całą kartkę A4 omańska litanią napisaną przez Christine nie rozstawałam się przez następne 2 miesiące spędzone w Omanie. A co to było i jak było w następnym wpisie!

Dodano 2 myśli na temat “Ze stepów Kazachastanu do oazy luksusu – Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman, rowerowy pomysł na zimę

  1. Ekstra! Gratuluję wyprawy i czekam na więcej. Nie ukrywam, że będę szukał u Ciebie inspiracji. Powodzenia i jak najmniej piachu pod kołami 🙂

Dodaj komentarz