Wszystkie drogi prowadzą do Jinju

Tagi: , , ,

 

Ależ… ależ tak! Tak! Przecież.. no tak! Ty jesteś SMOCZYCĄ! – powiedział Osioł a smok jak się okazało rodzaju żeńskiego zawachlował w zachwycie długimi rzęsami i po chwili przesłał mu dymny całus w kształcie serca.

Przypominacie sobie tą scenę z pierwszej części Shreka?

Ostatnio poczułam się właśnie jako ta smoczyca, gdy pewien przechodzień z pieskiem spacerujący po parku w nadmorskiej miejscowości Saczeon, w którym rozstawiałam namiot (no dobrze, rozstawiałam go tam po raz trzeci, bo to moja wina, że zaciągnęło deszczem?) powiedział piskliwie: Ależ tak! Tak! Ty jesteś kobietą! (Yes, yes! You are female!). Na szczęście obyło się bez dymnego całusa.

No, jakżeby inaczej proszę pana, od urodzenia, nieustająco.

Nie byłem pewien jak Cię tu wcześniej widziałem.. O nie! Ona naprawdę to robi!!! Będziesz tu spać??

z emocji podskakiwał a jego podniecenie i piskliwy głosik już mnie zaczynały irytować.

O.. nie! to takie niebezpieczne!

Doprawdy? Co jest takie niebezpieczne?

Tego już pan nie potrafił mi wyjaśnić. Ale powiedział, że przyjedzie sprawdzić, czy mi się nic nie stało. Przyszedł po pól godzinie :). Za to ja musiałam my wytłumaczyć, że spanie w wiatach nie jest bynajmniej typowym polskim zachowaniem i co więcej – w Polsce nigdy bym się na to nie zdobyła. Ale nie jestem w Polsce, a Korei Południowej. Jest bezpiecznie, a doba w motelu kosztuje 50 USD, mój pięciodniowy budżet.

„Przywiatowywanie” jak nazwałam tą formę noclegu bardzo lubię, no bo sucho i pod dachem, czuję się bezpiecznie, bo żmije tu nie docierają i charakteryzują się tym, że występują tu głównie w formie przejechanej.. no, ale wiata też swoje mniej urokliwe strony. No bo należy się nastawić na to, ze przestrzeń będziemy dzielić nie tylko ze świergocącymi rano ptakami, ale kilkucentymetrowymi pająkami. Na szczęście o tym przekonujemy się dopiero rankiem. Nad ranem też, kiedy temperatura spada do kilku stopni powyżej zera (jesień panie, jesień!) i chce mi się siku to czekam z nadzieją, że mi się cofnie.. ale się nie cofa.. i trzeba wyjść z namiotu.. brr!

Bywają tez zdarzenia cokolwiek zastanawiające. Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna wiata miło położona nad rzeką z dala od zabudowań. Noc, jakaś 1-2 nad ranem. Budzi mnie … dźwięk puzonu. Wyglądam z namiotu – nie widać nic, mgła jak mleko biała.. ale gdzieś blisko słyszę puzon! Klimat był. Pan przyjechał sobie pograć. Po prostu. A gdy w końcu pojechał, około 3-4 nad ranem zaczęły się regularne wystrzały z broni palnej. I tak do świtu.. Nie odkryłam w pobliżu poligonu i pozostałam ze znakiem zapytania w głowie – o co chodziło z tym strzelaniem?

Że wszystko układa się jak po maśle? Dla żądnych krwi mam dobrą wiadomość! Nie wszystko.

Po ponownym noclegu w parku w końcu niebo się przetarło i wichura ucichła, zatem poczyniwszy zapasy godne planowanego pobytu w nadmorskim parku narodowym ruszyłam przed siebie. Coś tam jednak mi nie pasowało w rowerze…. Staję, patrzę i oczom nie wierzę. Urwał się hak od sakwy.

Usiadłam. Myślę. Dumam. Niedobrze panowie i panie.. , niedobrze. Co robić, jak żyć? Jak jechać, co robić??

Traf chciał, ze stało się to przed posterunkiem policji. Pytam panów funkcjonariuszy o sklep rowerowy w tej mieścinie.. nie, tu nie ma dobrego sklepu. Myślę, dumam dalej….. bingo! – sklep rowerowy w festiwalowym Jinju i Kim, jego tak życzliwy mi właściciel dał mi na początku swoją wizytówkę.. ja przez niepogodę wciąż jestem blisko tego miasta. Może pomoże mi sprowadzić jakieś nowe albo naprawi to co się popsuło? Jakoś tam dotrę, do tego Jinju. Grzebię, szukam wizytówki – mam! Proszę policjantów, by zadzwonili do Kima.

Dwie minuty później słyszę – Ewa, nie przejmuj się, zaraz przyjadę. Poczekaj godzinę – powiedział zanim zdążyłam zareagować rozłączył się a ja pozostałam ze szczęką na trotuarze. Nawet by mi nie przyszło do głowy go fatygować te kilkadziesiąt kilometrów..

Nie dało rady dokonać naprawy na miejscu, postanowiliśmy zatem, ze wrócę do Jinju. Ponownie nieśmiało zapukałam do drzwi franciszkanina ojca Johna, który bez problemu pozwolił mi przez kilka dni waletować w swoim biurze, w którym to nocowałam kilka dni wcześniej. I który zaprosił mnie potem na herbatę i powiedział, że bardzo się ucieszył na mój widok.

Trzy dni w Jinju. Jinju bez festiwalu, ale to własnie to Jinju pozostanie w moim sercu. Godziny spędzone w sklepie Kima, do którego wieczorem schodzą się znajomi, panuje rwetes i z którego nie chce się wychodzić. „Obowiązkowe” wyjścia na kolacje na miasto. Wszystko pyszne i wszystko „na krzywy ryj”, choćbym nie wiem ile protestowała. Żarty i ważne rozmowy, choć kulawym angielskim. Gesty i uśmiechy, bo nie wszystko da się powiedzieć.

Po raz pierwszy poczułam, ze nie muszę jechać dalej, bo już dojechałam.

Dodano 4 myśli na temat “Wszystkie drogi prowadzą do Jinju

  1. Jestem tego samego zdania co moja poprzedniczka. Niesamowita historia. Łza ze szczęścia się w oku kręci, że są jednak LUDZIE na świecie. I zawsze będą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *