Uzbekistan, ach te kolory!

Tagi: , , , , , , , , , ,

Uzbekistan, ach te kolory! Zachwycała się barwami kobiecych strojów Elisabeth, sakwiarka z Południowej Afryki, którą spotkałam na trasie w Kirgistanie. W październiku, tak, to byłby najlepszy czas na ten kraj. My w lipcu umieraliśmy tam z gorąca westchnął inny napotkany podróżnik jadący przez Kazachstan.

Wyjeżdżając z Chin jakoś nie myślałam o wizycie w Uzbekistanie w tym roku. Słyszałam tez coś o trudnościach z uzyskaniem wizy, chorych kontrolach bagażu na granicy… wstępny plan zakładał podróż po Kirgistanie i Kazachstanie no i być może ostanie tam na zimę. Jak już wiecie ten plan tez się dewaluował.

Po tych rekomendacjach i wiele godzin spędzonych w internecie dalej wiedziałam już, że Uzbekistan to jest dobry pomysł na październik, należało jednak jak najszybciej rozpocząć formalności co zajmują trochę czasu i wymagają nieco zachodu. Były one dwie: uzyskanie zaproszenia koniecznego do zyskania uzbeckiej wizy (stan na 09/2017) oraz uzyskaniu samej wizy w tym wyborze miejsca, gdzie najlepiej to zrobić. Do tego doszedł jeszcze ból głowy związany z faktem, ze kończyły mi się wolne strony w paszporcie (czy mogliby szkolić pograniczników we wszystkich krajach świata, żeby nie przystawiać pieczątek gdzie popadnie, tylko ładnie po kolei zapełniać strony paszportu??. Potem takiej strony ze stempelkiem nie można użyć do wizy). O wjeździe do Tadżykistanu jesienią nawet nie myślałam bo jestem zmarzluch, potem dopiero się dowiedziałam, ze to także bardzo dobry czas na Pamir, bo słonecznie, sucho, nie ma obsuwisk błotnych.. Ale nie da się zaplanować wszystkiego idealnie czasowo. W połowie września dojechałam do Biszkeku, zostawiałam tam rower i pojechałam 200 km dalej do Kazachskiego Almaty załatwiać wizę a dwa tygodnie później po przejechaniu kirgiskiego Tienshanu znalazłam się na granicy kirgisko-uzbeckiej w Osh.

Oczekiwałam najgorszego. Wieść gminno-internetowa niesie, ze w oparciu o przepisy prawa pogranicznicy mają prawo skontrolować cały bagaż podróżnego, dokładnie sprawdzić stan apteczki z lekami (wiele leków jest w Uzbekistanie zabronionych np. przeciwbólowe leki z kodeiną z których także czasami korzystałam), przejrzeć telefon czy laptop w poszukiwaniu obscenicznych zdjęć.. To jak zachowają się w stosunku do Ciebie to loteria a jeśli cos znajda grozi Ci wysokie kary. Spędziłam dużo czasu przeglądając apteczkę, wyrzucając niemal wszystko, żeby nie było problemu. Zastanawiałam się nad antybiotykiem, ale nie mogąc znaleźć informacji postanowiłam zaryzykować i go zostawić.

Zgodnie z prawami loterii i ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu całość przebiega bardzo sprawnie. Na granicy w Dostyk niedaleko Osz kłębił się dziki tłum Uzbeków, ale to właśnie oni poinformowali mnie, żebym poszła do pogranicznika to otworzy mi osobne drzwi i przepuści z rowerem. Trochę mi było głupio tak na krzywy ryj przechodzić, ale w sumie to nie był nawet mój pomysł. Przeszłam do sali głównej, gdzie najpierw wypełniłam deklaracje, w której należało określić wszystkie wwożone wartościowe rzeczy oraz gotówkę. To bardzo ważne, bo deklaracja sprawdzana jest podczas wyjazdu. Następnie kazano mi zdjąć wszystkie bagaże, które prześwietlono skanerem i.. już. Witamy w Uzbekistanie. Nikt nic nie kazał otwierać, pokazywać telefonu i komputera i nie sprawdzał. Wyjazd z kraju już taki łagodny i łatwy nie był – patrz wpis o obowiązku meldunkowym.

Wjechałam do Uzbekistanu z Osz do wciśniętej miedzy Kirgistan i Tadżykistan oraz okoliczne pasma górskie doliny Fergańskiej. To najżyźniejszy jeden z najżyźniejszych terenów w Azji Centralnej, a jednocześnie jeden z najbardziej zapalnych na tle etnicznym. Ostatnie zamieszki w największym mieście regionu tj. uzbeckim mieście Andijan to rok 2005. Skierowane były przeciwko polityce rządu, zginęło wtedy około 200 osób. W roku 2010 zamieszki na tle etnicznym Uzbecy-Kirgizi w niedalekim kirgiskim Osz i Jalalabadzie spowodowały zamknięcie granic o odcięły od siebie wiele członków rodzin. Granice otwarto dla nich we wrześniu 2017 roku czyli tuż przed moim wjazdem, na fali zmian wprowadzanych przez nowego prezydenta Uzbekistanu, który zastąpił poprzedniego, Islama Karimova, który rządził krajem ponad 30 lat. Nowy prezydent nareszcie rozpoczął reformy na wielu płaszczyznach, ułatwienia dla turystów są jednym z nich choć tam jeszcze długa droga by było naprawdę dobrze. Długo by pisać, a sama przecież tego też nie ogarniam.

Jedną z nowości są chociażby nowe banknoty oraz możliwość wymieniania waluty w każdym banku po cenie rynkowej. Niby sprawa oczywista, ale Ci, co byli w Uzbekistanie wiedza, że dotychczas podróżowało się tam z grubymi plikami banknotów wartości 1000 SUM czyli równowartości kilkudziesięciu groszy. Wartość 100 USD zajmowała pol sakwy. A ja wjeżdżam do kraju, idę do pierwszego lepszego banku, gdzie pani kasjerka z uśmiechem na ustach wymienia dolary dając mi świeżutkie piękne banknoty 50 000. Nie trzeba szukać i uważać na oszustwa cinkciarzy. Jeszcze niedawno, w banku kurs wymiany wynosił polowe tego co można było dostać u cinkciarzy właśnie.

Choć po kilku dniach w Osz byłam wypucowana i oprana a sprzęt na ładowany mogłam rozejrzeć się za spaniem pod chmurką tu mam opory. Wciąż nie wiem jak działa ten cały obowiązek rejestracyjny, o którym tyle czytałam. Każdy mówi co innego, jeden żeby przestrzegać bo sprawdzają, większość, ze to wymóg tylko na papierze i żeby inni żeby olać, ale w sumie to nawet nie za bardzo mogę namierzyć skrawek wolnej przestrzeni w tym gęsto zaludnionym terenie więc w Andijanie udaję się przydrożnego hoteliku. Rosjanka? Pyta recepcjonistka. Nie, ja z Polski .. Aha – odpowiada i po czym bierze kartonik z cennikiem noclegów i sprawnie przewraca go na drugą strone. „Ceny dla obywateli innych krajów” czytam. Dwukrotnie wyższe. No tak L. W tym przypadku i tak nie jest źle bo wychodzi jakieś 13 USD.

W Ferganie odnajduję kościół katolicki, prowadzony przez polskich Franciszkanów. Żaden to kościół, jaki znamy – w zasadzie kaplica urządzona w domu, obok dom parafialny i część zakonna. Tak samo zresztą było w kirgiskim Biszkeku, Jalalabadzie, Osz. Z kaplicy wychodzi .. tak Rita! Pamiętam Ritę doskonale z Kirgistanu, piękna kobieta, Rosjanka, jest tutaj organistką. Ewa, jednak przyjechałaś! Słyszę i witamy się serdecznie. A co tu się dzieje? Slyszę po polsku. To ojciec Józef, Franciszkanin posługujący w Ferganie właśnie przygląda się naszym uściskom. Pojawia się tez brat Marian, za chwilę będzie msza. Tak jak inni duszpasterze w Kirgistanie i Uzbekistanie także Ci to mili ciepli ludzie, takie uosobienie osobowości zakonnej.

Na podwórzu trwa remont, praca wre – to przeróbka znajdującego się tu domu dla potrzebujących. Przez wiele lat parafia w Ferganie przygarniała potrzebujących – głownie dzieci z trudnych rodzin, zapewniając im dach nad głową, posiłek, miejsce, gdzie czuli się dobrze. To dzieci równych narodowości i wyznań – dla wielu jest domem a dla niektórych jedynym domem, a przede wszystkim parafia jest alternatywnym miejscem dla nich wobec ulicy. Kilka lat temu władze uzbeckie cofnęły pozwolenie na działalność domu, jednak za rządów nowego prezydenta kraju ponownie pojawiło się światełko w tunelu. Za kilka dni parafię miał nawiedzić ważny człowiek z organizacji zajmującą się swobodą wyznań na świecie. O dziwno władze uzbeckie przejęły się wizytą i zapewniły swoją pomoc w jej organizacji. Ja też zostaję przygarnięta na noc i nieco pomagam w tłumaczeniu przemówienia. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że mój pobyt na terenie parafii tez może przysporzyć im kłopotów. Piszę o tym, bo kompletnie nie byłam tego świadoma.

I choć może nie jest to dobry temat na dzisiejsze czasy, kiedy to religie i wiara nie wzbudzają pozytywnych skojarzeń to na mnie działalność braci zakonnych w Azji Centralnej, szczególnie Uzbekistanie robi ogromne wrażenie, bo wymaga dużo wysiłku i determinacji.

Kościół katolicki w Kirgistanie i Uzbekistanie działa głównie dzięki polskim zakonnikom – jezuitom w Kirgistanie i Franciszkanom w Uzbekistanie. To kraje muzułmańskie, choć islam tam a islam tu gdzie jestem teraz czyli na półwyspie arabskim ma inne oblicze – w Azji Środkowej podejście doń jest jednak dużo mniej restrykcyjne, ale wciąż jest to religia obowiązująca. Wspólnoty wiernych w każdym z kościołów, które odwiedziłam – czy to Biszkek, Jalalabad i Osz w Kirgistanie, czy to Samarkanda, Bukhara, Fergana i Urgencz czy Taszkient w Uzbekistanie liczą po kilkadziesiąt osób. Głownie Rosjan, jednakże zdarzają się nawróceni Uzbecy i Kirgizi, dorośli i młodzież. To dość niezwykłe, bo po pierwsze to wiara przyjęta świadomie w wieku dorosłym a praktykowanie jej bardzo utrudnione. Na mszę niedzielną przychodzi po kilka-kilkanaście ewentualnie podczas świat kilkadziesiąt osób, w tygodniu często nie zjawia się nikt. Właśnie w tak małych wspólnotach więź jest naprawdę ogromna.

Szczególnie trudna jest sytuacja kościoła w Uzbekistanie. Dość dobrze jest ona opisana w artykule „Uzbekistan, chodzimy po krawędzi” ojca Piotra, który obecnie urzęduje w Samarkandzie i jest od 20 lat w tym kraju. Zachęcam do przeczytania całości, a ja zacytuję tylko kilka zdań:

Prawo religijne, które jest w Uzbekistanie zatwierdzone i podpisane przez prezydenta, jest prawem, które łamie Konstytucje Uzbekistanu i wszelkie prawa międzynarodowe. Żeby zachować twarz na zewnątrz (Uzbekistan jest 8 krajem na świecie jeśli chodzi o prześladowania i łamanie praw człowieka) władze starają się budować wizerunek państwa wolności i demokracji.

Trzeba wyraźnie podkreślić, ze nie chodzi tu o islam. To nie tak. Muzułmanie mają większe pole działania, bo to religia najbardziej rozpowszechniona, ale tez doświadczają działań władzy.”

„Chrzescijanami mogą być Ci, którzy nie są Uzbekami. Bo prawdę mowiąc, żadnej wolności religijnej nie ma. Jeśli Uzbek chce zostać katolikiem, to musi liczyć się z konsekwencjami. W stosunku do siebie i parafii. (…) Jeden ze znajomych miał taką sytuację, ze został zatrzymany w metrze z religijną ksiażką i musiał wyjaśniac przez kilka godzin dlaczego czyta i skąd ją ma..”. itp., itd.

W Ferganie ponownie wraca paskudna pogoda a niebo to ściana deszczu, w sumie jestem tam 3 noce w kościele oraz u Rity. Tuż przed wyruszeniem dalej coś mi tam w głowie zaczyna świtać, ze to dolina fergańska, miejsce zapalne, że ścisły obowiązek rejestracyjny tzn. każdego dnia w hotelu trzeba spać a ja od kilku dni nie mam rejestracji… to może ja zadzwonię do tego hostelu w Taszkiencie co mi zaproszenie wystawiał..? Dzwonię.

– Kiedy przekraczałąś granice? słyszę w słuchawce

– 1 pażdziernika.

– A gdzie potem spałaś?

– No.. pierwszą noc w hotelu w Andiżanie, a potem no.. u przyjaciół.

– Fuck! Słyszę po drugiej stronie słuchawki.

Znaczy się, ktoś się bardzo zdenerwował i ja w związku z tym zdenerwowałam się także.

Dziś jest 5 października, od 3 nie masz meldunku. Przyjeżdżaj natychmiast. Pociągiem. Jeśli ktoś po drodze zechce sprawdzić twoje karty meldunkowe powiedz, ze nie masz bo zostawiłaś w Taszkiencie, dziś przyjechalas na wycieczke do Fergany. Bo inaczej wszyscy będziemy mieli kłopoty.

Wystraszyłam się. No, chyba to poważniejsza sprawa niż myślałam. Nie miałam wyjścia, tylko pedałować na najbliższą stację kolejową z nadzieją, ze pociąg zabierze mój rower. Gdybym chciała pokonać te 300 km (po drodze przełęcz ponad 2000 m npm) rowerem żaden hotel w okolicy, nie mówiąc już o hotelu w Taszkiencie by mnie nie przyjął.

Udało się i rower ląduje w nowiuśkim pociągu relacji Andiżon – Taszkient. To nowa linia oddana do użytku 2-3 lata temu, jeszcze niedawno trasę tą pokonywały tylko marszrutki. Elegancja-Francja, klima, muzyczka w tle, nawet podwieszane telewizory i ciepła herbatka albo zimny soczek. Pięć godzin zachodniego komfortu w wydaniu uzbeckim.

Właściciel hostelu w Taszkiencie przywitał mnie słowami „to ty jesteś ta, co złamała prawo?”. Wystawili mi jednak kwitek rejestracyjny za wszystkie noce, kiedy mnie tam nie było i kazali zapłacić za nie zapłacić. Zgodziłam się na połowę tej sumy.

Koszmar z rejestracyjnymi kwitkami prześladował mnie do samego końca pobytu w Uzbekistanie, bo akurat w miejscach, gdzie przebywalam bardzo zwraca się na to uwagę. Przy wyjeździe z Taszkientu nastąpił następny koszmar, bo miałam wypadek choć dobrze się skończyło – mi nic się nie stało, ale trzeba było naprawiać rower, musiałam zmienić swoje plany i okroić rowerowe szaleństwo na uzbeckich drogach.

No, ale wróćmy do kolorów właśnie. Zaczyna się jesień. Pełna paleta kolorów. Słońce na full, ale nie za gorąco. Tu w tym pustynnym kraju czas, gdy można w końcu odetchnąć chłodniejszym powietrzem, temperatura w ciąg dnia to jakieś miłe 25 stopni a na polach jak okiem sięgnąć trwają zbiory największego wciąż bogactwa kraju czyli bawełny. Roślina, której uprawa została wprowadzona przez Moskwę w latach 60-tych wydrenowała z wody morze Aralskie, bo to roslinnka wyjątkowa na wodę łasa. Morze Aralskie praktycznie już wyschło pozbawiając miejsca życia i pracy tysiące osób a przede wszystkim powodując katastrofę ekologiczną (polecam książkę Bartka Sabeli „Morze może wróci”). No, a teraz w pazdzierniku białe puszki fruwają w powietrzu, ludzkie plecy uginają się do ziemi po ciężarem wypełnionych worków, które ładują na ciężarówki. Do zbiorów bawełny zaganiani są wszyscy obowiązkowo.

No więc jadę w stronę Samarkandy przez te niekończące się pola bawełny poprzecinane tysiącem kanałów. Przez pierwsze kilkadziesiąt km droga to koszmar – jest zdecydowanie zbyt ruchliwa i głośna. Pierwszej nocy błądzę w ciemnościach przez ponad 2 godziny i w labiryncie kanałow, upraw i piachu nie mogę znaleźć skrawka miejsca na namiot. Ale oto pojawia się hotelik. Czysty, nowy, tani. Pani recepcjonistka prosi o kwitki rejestracyjne, przegląda je skrupulatnie i t pada pytanie.. „a gdzie pani była w nocy z 12 na 13 pazdziernika..? Niestety, musi mieć pani kwity na każdy dzień, nie mogę pani przenocować” to jedynie ciag dalszy noclegowych kłopotów. Wychodzę z hotelu skręcam w pierwszą szutrową alejkę, znajduję jakiś kawałek pola i rozbijam się 200 metrów za hotelem uważając jedynie, by nie postawić namiotu na krowim placku.

Przejechanie 300 km do Samarandy zajmuje mi niecałe 5 dni i nie należy do zbyt przyjemnych. W drodze powrotnej będę jadę już innymi, spokojniejszymi i przyjemniejszymi drogami.

I cóż oni mają w tym Uzbekistanie.. U nas piękna natura, góry, zwierzęta.. u nich kilka meczetów powiedziała mi pewna Kirgiska słysząc dokąd się wybieram. Kirgizi i Uzbecy nie przepadają za sobą mówiąc delikatnie.

To prawda. Kilka madres i meczetów. Ale jakich!

plac Registan w Samarkandzie

 

Samarkanda to było moje marzenie od lat. Jest w tej nazwie coś błękitnego, szmaragdowego, niebieskiego, coś co przenosi mnie w wyobraźni w baśnie 1001 nocy. Do głównego placu Registan, zabytku UNESCO otoczonego z trzech stron madrasami dojeżdżam nietypowo bo od tyłu i wchodzę przez uchyloną furtkę (nieświadomie, potem okazuje się, ze obowiazuja tam bilety). Stoję i mam szczękopad. Jest absolutnie piękny, kolorowa majolika ścian, błękitne kopuły meczetów, symetria. Architektura Jedwabnego Szlak w czystej postaci. Za jakiś czas widząc podobny styl w Bucharze czy Chiwie no a potem w Zatoce perskiej już nie zrobi to na mnie aż tak dużego wrażenia, ale ten pierwszy raz zawsze będę pamiętać.

W Samarkandzie zostawiam rower i jadę dalej pociągiem – na perypetie z naprawą roweru straciłam tydzień, odleglosci są duże, miejsc do zobaczenia też i czasu brak. Takie podróźe bez roweru mają dla mnie jeszcze inny wymiar – nagle trzeba sobie poradzić z przemieszczeniem się z miejsca na miejsce, bo na codzień wszak mamy rower. W Uzbekistanie w kwestii transportu mamy do wyboru pociągi, dzielone taksówki, autobusy, marszrutki – tych dwóch ostatnich unikam. Aby kupić bilet na pociąg należy udać się na stację (można tez do biura podrozy, ale kosztuje to dwa razy więcej) i dać sobie na to minimum godzinę i nie liczyć na to, ze będą jeszcze bilety na najbliższe połączenie.

Aby kupić bilet należy mieć dokument tożsamości i anielska cierpliwość. Stać w kolejce przylepionym do pleców osoby przed wami, bo gdy tylko zrobimy przerwę 30 cm na utrzymanie standardowego środkowoeuropejskiego dystansu natychmiast znajdzie się ktoś, kto to wykorzysta i się tam wepcha. „Ja tu stoję” powiedziałam do jegomościa, który zastosował taki wlaśnie trik w stosunku do mnie. „Dobrze, no to stóc” odpowieda chamsko nie odrywając wzroku od swojej komórki. Powstymując gest zdzielenia go w pysk spytałam tylko wspinając się na wyżyny mojej znajomości rosyjskiego, czy kulturę zostawił w domu, czy nigdy nie poznał znaczenia tego słowa, więc może niech sprawdzi w słowniku a gdy tylko odsunął się trochę odbierając telefon weszłam ponownie na swoje miejsca. Jak Kuba Bogu.. etc. Gdy tak myślicie, ze już nadeszła wasza kolej i za kilkanaście minut wyjdziecie z gotowym biletem jest duże prawdopodobieństwo, ze przyjdzie ktoś o fizjonomi pracownika służby bezpieczeństwa, wepchnie swoje 4 litery i grube karczycho przed ludzką ciżbę, machnie tam jakaś legitymacja i kasjerzy pokornie zajmą się wlaśnie nim i jego skomplikowanym zamówieniam na polączenie do Samarkandy z 4 przesiadkami, miejscem przy oknie po prawej stronie wagonu pierwszej klasy. Czy jakie tam ma pan zyczenie, ale pewne jest ze następne pół godziny macie do tyłu. Kupowałam trzy razy to wiem, prosba do nowego prezydenta by tez zrobił z tym porządek i wprowadzil zakup przez internet tak jak w Kazachstanie.

Taksówką jak już wspominałam we wpisie o wypadku może być każdy samochód osobowy, trzeba tylko ustalić kierunek i cenę. Taksówki z powodzeniem funkcjonują w miastach jak tez pomiędzy nimi. „Do centrum nie płać więcej niż 3000 sum!” ostrzegała Natasza w Bucharze. Taka sama stawka obowiązuje w Samarkandzie, chyba, ze się jedzie dalej.. Ja w Nukusie to nawet 1000 sum płace, nie dam więcej dodaje Sasza. Nikt nie lubi przepłacać, ale gdy uświadomimy sobie, ze cena dolara to 8000 sum oznacza to ze za kurs taksówki płacimy jakies 1,50 PLN. Autobus to wydatek 700 sum czyli 35 groszy. Takie ceny obowiązują lokalsów ale można być pewnym, ze jeśli jesteście obcokrajowcami to cena będzie nawet 10 krotnie większa, co i tak oznacza, ze dla nas będą to małe pieniądze. Taksówkarze w Uzbekistanie kantują strasznie, ja jednakże wyposażona w tą wiedzę płacę ceny lokalne bo też nikt ode mnie więcej nie wymaga. Czasem tylko spytają skąd jestem bo akcent inny.

Co, kupielnym będziesz jechać? Znajomy Sasza zatyka sobie nos ręką. No to się przygotuj.. Z gestu wnioskuję, ze doznania węchowe z gatunku tych nie najlepszych mam zapewnione. No jadę „kupilenym” czyli kuszetką i nie nastraja mnie to zbyt optymistycznie do długiej, 10 godziinnej podrozy, ale co zrobić – na nocny relacji Samarkanda – Urgencz kupiłam ostatnie miejsce. I tak jest dobrze, w sezonie letnim bilety trzeba kupować dużo wcześniej. Gdy wchodzę do wagonu nie uderza mnie żaden przykry odor a ludzie śpią. Okna są jednak na stale zatrzaśniete i myślę, ze latem, gdy temperatura wynosi powyżej 40 stopni i nie ma klimatyzacji ta podróż jest makabrą. Moje miejsce to ostatnie na końcu wagonu czyi super- nikt mi się nie plątał przed nosem, wysypiam się na wszystkie boki.

Rano robi się trochę gwarniej, ludzie przecierają oczy. Naprzeciwko mnie sympatyczna kobieta około 60-ki poprawia makijaż. Może herbaty? pyta. Zaraz ktoś przyniesie. Jeden z mężczyzn z kuszetki obok zrywa się, bierze mój kubek i biegnie do bulgoczącego samowara na początku wagonu. Dobre te nasze uzbeckie chłopaki mówi kobieta poprawiając chustkę.

Chłopaki, a tak naprawdę młodsi i starsi mężczyźni wracają z Rosji na zimę do domów. Chyba połowa uzbeckich mężczyzn jeżdzi do Rosji na saksy – język znają, wiza do roku as nie jest wymagana no i zarobić można. Tu, w Uzbekistanie wyciągają może 100 dolarów na miesiąc, kobiety często polowę tego. Wyobrażacie sobie życ za 300-400 na miesiąc?

W Urgenczu odebrała mnie Zofia. Tak, też ją poznałam w Kirgistanie. To tam wlasnie od niej dowiaduję się, że nasza polska piosenkarka Anna German, którą uwielbiała moja mama właśnie tam, w uzbeckim Urgenczu się urodziła a dzieciństwo spedziła w Uzbekistanie. Nie miałam o tym pojęcia! Zofia prowadzi jej fanclub, organizuje koncerty, zbiera książki i materiały o utalentowanej śpiewaczce. Do domu Zofii wieczorem przychodzą znajome, Rosjanka i Uzbeczka, gotują razem plov. To nieśmiertelnym i podstawowym tutaj, a do tego smacznym i pozywnym uzbeckim jedzeniem. Plov to ryż z mięsem – wołowiną, baraniną oraz innymi dodatkami – marchwią, cebulą, grochem, jajkiem. Choć różne odmiany plovu pod różnymi nazwami towarzysza mi w drodze od Chin to właśnie tu, w Uzbekistanie smakuje najbardziej. Plov jada się ręką, nabierając porcję i ugniatając ja w kulkę przed włożeniem do ust. Mi jednak zawsze potrzebna jest łyżka.

Na stole lądują też sałatki. Ludzie, co to za sałatki! Uwielbiam je i Uzbekistan zawsze już będzie mi się kojarzył z sałatkami właśnie. Na bazarach zawsze znajdzie się sekcja sałatkowa – całe rzędy mis z kopiastymi, kolorowymi górami sałatek. To głównie kiszonki z lekkim słodkim posmakiem, ilości wariacji na temat trudno jest wymienić.. od podstawy czyli marchwi w długich paskach, wiele odmian kapuściano-ogorkowych po odmiany na ostro z paskami mięsa wołowego i makaronem ryżowym. Swojska kiszona kapusta z dodatkiem papryki jest tu lepsza od polskiej.. nie tylko odpowiednio kwaśna, ale tez zachowuje chrupkość. Gdy tylko będziecie w Uzbekistanie skuście się koniecznie na sałatki! Można, a nawet należy przed kupnem spróbować, ja często pochłaniałam swoje jeszcze na bazarowej ławce.

najlepsze sałatki na bazarze w Bucharze są u Koreanek
specjalność regionu Buchara – solone pestki moreli

No i tutejszy chleb czyli lepioszki. Najlepiej takie wyciągane gorące z glinianego pieca, ale te uzbeckie są przy okazji piękne. Okrągłe. Błyszczące. I niemal każde miasto ma swoją odmianę, te w Urgencz są bardzo duże i płaskie, te z Samarkandy ciężkie i zbite, smakują mi najmniej. Przy drogach i na bazarach stoją ludzie sprzedając dziesiątki świeżych lepioszek.

Urgencz to miasto przelotowe na drodze do pobliskiej Chiwy, miasta-zabytku, perły Uzbekistanu. Architektura byłej stolicy chanatu to dla mnie kwintesencja wyobrażeń o jedwabnym szlaku i baśni z 1001 nocy. Z drugiej jednak strony brakuje mi w Chiwie autentyczności i życia, które wyniosło się za mury Iczhan Kala czyli starego miasta. Tak jak brakuje mi jej często w wielu innych miejscach wpisanych na listę dziedzictwa Unesco. Odrestaurowanych, wyrównanych, pokolorowanych, pachnących niemal nowością i zastawionych dziesiątkami straganów. Mało kto tam jeszcze mieszka, wiec to takie miasto-muzeum. Choć było pięknie pochodziłam po Chiwie jedno popołudnie. No dobrze, miałam też problemy z kręgosłupem, więcej się nie dało bo boli.

 

•W Bucharze

Do Buchary bezpośredniego pociągu nie ma, zatem decyduje się tak jak większość nie tylko turystow na dzieloną taksówkę na trasę Urgencz – Buchara (80 00 SUM czyli 10 USD za ok 600 km!) i mknę przez pustynię. Za nic bym nie chciała tędy jechać rowerem, co za nuda.

– „Ucitielnica” (ros. Nauczycielka) Napisz teraz ten wyraz 20 razy.

– Proszę pani, mogę tylko 10? Bardzo proszę.

– Jak dobrze przeczytasz ten tekst to dobrze, niech będzie 10 razy. Ale musi być naprawdę dobrze!

– „U-ci-tiel-ni-ca” słyszę sumienne sylabizowanie chłopca, że aż nieco mi się chce śmiać. Chłopiec ma siedem lat i przychodzi codziennie na dwie godziny dodatkowych zajęć z języka rosyjskiego do Nataszy. Natasza mieszka a Bucharze i jest Rosjanką, jedną z nielicznych, którzy pozostali w Uzbekistanie po rozpadzie Związku Radzieckiego. I jedną z uczestniczek polsko-uzbeckiej grupy rekolekcyjnej, której uczestników poznałam nad jeziorem Issyk Kul w Kirgistanie kilka tygodni wcześniej. Podróżując od miasta do miasta wciąż spotykam poznane tam osoby, które niemalże przekazują sobie mnie z rąk do rąk. W Uzbekistanie czuję się absolutnie zaopiekowana.

Mały Salid jest Tadżykiem, tłumaczy Natasza. Bardzo mu trudno. W domu mówi się po tadżycku (język z grupy perskich), w szkole po rosyjsku i uzbecku. Idzie do szkoły i nic nie rozumie. Musi się szybko nauczyć języka dlatego mu pomagam.

Azja Centralna to wielki etniczny mix. Granice republik radzieckich wyznaczone w latach 30-tych jeszcze przez Stalina niekoniecznie odzwierciedlały faktyczny podział miejsc, zamieszkiwanych przez poszczególne grupy. I tak, w Uzbekistanie około 30% populacji to Tadżycy, w Kirgistanie wciąż mieszka dużo Uzbeków, w Tadżykistanie również. Tadżycy to jedyna grupa etniczna wywodząca się z Persji, obecnego Iranu, zatem ich język przypomina Farsi. Tadżycy wciąż stanowią około 30% ludności największych miast w Uzbekistanie tj. Samarkandy i Buchary właśnie, ale ilość szkół z językiem tadżyckim spadła z ponad 300 w samej tylko Samarkandzie 20 lat temu do kilku obecnie. Gdy tadżyckie dziecko idzie do szkoły zaczyna się problem, tak jak w przypadku małego Salida.

Dwa dni spędzam w Bucharze, która ma dość fajny klimat – centrum jest zapełnione turystami, ale wystarczy wyjść nieco poza i zycie toczy się w starych murach. Wracam do Samarkandy, wsiadam na rower i kieruję się ponownie do Taszkientu.

Kilka dni później ląduję na noc u tadżyckiej rodziny. Robiło się już ciemno, spytałam idącego drogą mężczyznę o drogę i tak jakoś wyszło. Niech pan tylko uprzedzić żonę – proszę przed wejściem na podwórko. Wieczorem rozpalają w piecu bo wieczory są już chłodne, jest niezwykle miło, choć w obejściu ubogo. My Tadżycy, ale stąd słysze. Za nic nie chcielibyśmy do Tadżykistanu. Tam nie bezpiecznie, Afganistan blisko!

W domu jest 13 letnia dziewczynka. Jest bardzo przejęta moją wizytą. Nie mowi po rosyjsku, ale bardzo lubi uczyć się angielskiego. Yes, yes odpowiada z poważną miną na moje pytania. Przynosi mi swoje książki. Patrzę na to jak na zbawienie, przecież to za trudne! To nie jest podręcznik dla poczatkujących, a ty uczysz się pierwszy rok mówię. Wcale nie jest za trudne mów dziewczynka i czyta fragment z książki choć widzę, ze niewiele z tego rozumie.

Przydałby się słownik dodaje babcia. My tu nic nie mamy, nawet biblioteki nie ma. Chcę podarować dziewczynce stary smartfon z wgranym słownikiem, ale okazuje się, ze zostawiłam go w Almaty razem z częścią innych rzeczy. Choroba, tak chciałam jej to dać! Wziełam adres, może wyślę.

W drodze powrotnej do Taszkientu staram się znaleźć boczne drogi i pobłądzić po wioskach. Ponownie pojawia się wizja znalezienia hotelu żeby po dwóch dniach w terenie zarejestrować się i wypelnić ten cholerny obowiązek meldunkowy. Gdy pojawiam się w dużym mieście Jizzax, choć hoteli dużo w żadnym nie ma nawet pół miejsca. Wchodzę do ostanitego, nazwa Grand Hotel i wygląd już od razu sprawiają ze trzymam się za kieszeń, no, ale tu tez nie ma miejsca. Recepcjonistka Nina jest bardzo przejęta moją sytuacją. No i co ty zrobisz? Pyta zmartwiona. No namiot gdzieś rozibję. Poczekaj! Mówi i łapie za telefon. Obdzwania wszystkie hotele w okolicy a gdy nie znajduje miejsca dzwoni do … swojej siostry. Ja dziś pracuje na nocną zmianę, ale u siostry będzie Ci dobrze mowi, a ja znowu nie wiem jak dziękować, dlaczego to i skąd to ta ludzka życzliwość i bezinteresowność się bierze (w Chinach 3 miesiace wcześniej miałam identyczne zdarzenie). No, ale kwitka meldunkowego brak.

W Taszkiencie związku z tym oczywiście żaden hotel nie może i nie chce mnie przyjać, więc pukam pokornie do drzwi plebani przy Taszkienckiej katedrze, gdzie urzędują polscy zakonnicy i biskup. Wiem, że to nie hotel i nie miałam tego w planach, ale nie mam wyjścia. Rano jadę już tylko na granicę z Kazachstenem, której przekroczenie nie jest już takie proste. Ludzka ciżba napiera na rower, osobnego przejścia nie ma. Pogranicznik skrupulatnie sprawdza moje karty meldunkowe z ostatniego miesiąca a ja mam już przed oczami wizję zapłacenia mandatu.. W końcu jednak w paszporcie ląduje upragniona pieczątka wyjazdowa i jestem w Kazachstanie czuję powiew wolności ciągnący z wiatrem ze stepu.

[

Uzbekistan, ach te kolory! Kolory kobiecych strojów i chust, kolory ceramiki zdobiących ściany i kopuły madres i meczetów, kolory kilimów i dywanów, kolory pysznych sałatek.. żywe barwy Uzbekistanu równoważą surowy i jednostajny pustynny krajobraz. Uzbekistan pozostał głęboko w moim sercu, a jest tam do zobaczenia znacznie więcej. To nie jest mój ostatni raz, zapewniam.

Dodano 2 myśli na temat “Uzbekistan, ach te kolory!

  1. Ewo, jeżeli kiedykolwiek pojadę do Uzbekistanu to tylko dlatego, by pojeść sobie tych sałatek warzywnych. Ślina cieknie…….. Ale tak na poważniej, to moja główna refleksja – po przeczytaniu ostatnich postów z FB i tych tutaj, jest taka, co ja wiem o świecie, gdy znam tylko kawałek Europy? Chyba niestety nic……i chyba tak zostanie…..
    Powodzenia!

  2. Fantastyczne zdjęcia. Oglądałam je z zapartym tchem, bo uwielbiam poznawać nowe kultury. Na razei palcem po mapie, ale jak przyjdą wakacje, to poszaleję 🙂

Dodaj komentarz