Urumqi, Xinjiang. Wszyscy jesteśmy kurczakami

Tagi: , , ,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cztery miesiące! Tak, dziś mijają cztery miesiące mojego pobytu na dalekim chińskim zachodzie. Nie będę ściemniać, że jest miło, łatwo i przyjemnie – owszem bywa, ale nie za często, najczęściej było zwyczajnie ciężko. Przyznaję jednak że wraz z wydłużaniem się dnia, zwiększeniem ilości promieni słońca i stopnieniem śniegu sytuacja ulega poprawie. W domu wyłączono ogrzewanie, domu utłukłam pierwszego komara (ale żeby na pustyni komary..?) a nawet udało mi się wyskoczyć na rower przed pracą. #idziekulepszemu?

Już mniej więcej w połowie tego okresu miałam dość. Czas wypełniony niemal w 100% pracą, której zupełnie nie znałam i związany z tym stres, a do tego brak możliwości odreagowania tak jak to ja lubię, czyli w ruchu (bo rower popsuty, bo mrozy, bo nie ma alternatywy) przytłoczyły mnie zupełnie. Kończenie pracy o 22.00 po 9 godzinach spędzonych na najwyższych obrotach, codziennie (ba, nawet w ciągu dnia) zmieniający się grafik – to wszystko wysysa energię i uniemożliwia życie prywatne. Powtarza to każdy pracujący w mojej szkole nauczyciel i jeden po drugim odchodzą.

I choć teraz się przyzwyczajam i jest już dużo lepiej ja też o tym myślę. Ba, ja o tym wręcz marzę.

Ze jestem w superciekawym zakątku świata? Jestem. Czy mam go kiedy poznawać? Nie. Czy nauczyłam się chińskiego choć trochę? Niemal zupełnie nic. Jak na osobę, której pasją była nauka języków obcych to słabo, słabieńko, w zasadzie to wstyd.

Więc myślę, kombinuję, nieco nawet działam nie ukrywam, by stan obecny zmienić. Scenariuszy jest kilka. I choć nigdy, przenigdy nie myślałam o pracy w przedszkolu, to wizyta w jednym z nich, w małym milionowym miasteczku 40 km od Urumczi trochę namieszało mi w głowie. Miejsce, z którego po kilku latach odchodzi kolega i szuka kogoś na swoje miejsce wydało mi się miłe i przyjazne. Warunki pracy i płacy naprawdę dobre, do tego długie wakacje. Na pracy z dziećmi się nie znam, ale byłam tam dwukrotnie i z sukcesem poprowadziłam lekcję pokazową. Usłyszałam nawet, że widać, że mam duże dośiwadczenie ha ha J Ale faktem jest, że z dziećmi to ja w życiu za wiele do czynienia nie miałam, swoich nie mam, suma summarum niezłe wyzwanie.. Jeszcze dam sobie momencik na zastanowienie. Ale ciągnie wilka do mniejszego lasu, jakim jest miasto Changji, oj ciągnie.. do dużych, szerokich ulic z alejami dla rowerów i spokojnie przechadzających się ludzi. Do niższych kosztów życia i cen w sklepach. Ciągnie , by wyskoczyć z kurnika.

Bo Urumczi to wielkie miasto, za duże dla mnie. Duże i zatłoczone. Nazywam je miastem „ogłupiałych kurczaków’. Widzieliście jak kurczak ucieka, gdy się go goni? Truchtem, bezmyślnie lawirując slalomem? Tak właśnie wyglądają ulice Urumczi i tak właśnie się czuję codziennie. Jak rąbnięty kurczak co się najadł szaleju.. Aby zrozumieć, o co chodzi, spójrzmy na ulice. Ulice te wąskie i te szerokie są zakorkowane. Dziesiątki wąskich i zakorkowanych ulic. Setki próbujących się nimi przecisnąć pojazdów. Nie da się ulicą to może da się chodnikiem? W końcu to bez znaczenia którędy. Ulice oraz chodniki służą właścicielom pojazdów wszelkiej maści – od motorynek po dwusuwy – do rozjeżdżania kurczaków. W Urumczi wszyscy jesteśmy kurczakami. Biegamy truchtem lawirując pomiędzy pojazdami, jako ostanie ogniwo w łańcuchu uczestnikow ruchu drogowego. Ostatnie, nieważne, niewodoczne. Nieważne, że na przejściu dla pieszych jest zielone światło – i tak nikt się nie zatrzyma. Nigdy, przenigdy! Nie zasygnalizuje, że skręca i w która stronę. Ruszy z miejsca w momencie, gdy mijasz go rowerem spychając na środek jezdni pod koła innego szaleńca, który jedynie ze złością naciśnie na klakson. Wyjedzie na pełnym gazie z podporządkowanej. Dostało się takim petentom ode mnie niejednokrotnie, oj dostało. Wiązanką polską i walnięciem w blachę pojazdu. Nie wiedzieli o co chodzi tej blondynce. Przecież wszystko jest w porządku.. ?

Smog. Wyglądasz Panie przez okno a tam .. zawiesina. Gdzieś tam ledwo przebija się słońce. Góry, wspaniale pasmo cztero i pięciotysiecznikow Tianshan oddzielające miasto od olbrzymiej pustyni Taklamakan są na wyciamgnięcie ręki, ale tak rzadko je widać. Stężenie smogu często przekracza normy o … ponad 2000 %. Słownie dwa tysiące. Gdy zimą w Polsce krzyczano, by nie wychodzić z domu bo smog tu liczby były dwukrotnie, trzykrotnie wyższe. Urumczi to jedno z 10 najbardziej zasmogowanych miast ŚWIATA. Nie tylko Chin, świata. Położone w kotlinie pomiędzy pasmami górskimi, pozbawione wiatru zatrzymuje unoszące się w powietrzu wyziewy. W gardle mam dziwny posmak a z nosa zimą nieustająco cieknie.. katar z krwią.

Na szczęście z nastaniem wiosny niebo odzyskało swój błękitny kolor. Tak, teraz robi się pięknie.

Ogromnym problemem miasta jest też woda – w tym skalno-pustynnym otoczeniu jej niewiele, a ludzi przybywa. Wyrastają kolejne wieżowce, za pracą przybywają Chińczycy ze wschodniego wybrzeża. Woda ma odczyn zasadowy, jest tez porządnie zanieczyszczona. Odsetek ludzi umierających na raka układu pokarmowego i wątroby jest tu dwukrotnie wyższy niż w innych częściach Chin. Wodę gotuję, jedzenie tez sobie gotuję w domu bo tutejsza kuchnia raczej mi nie pasuje, a i tak toaletę odwiedzam dużo częściej niż to miałam w zwyczaju.

Przepraszam za te intymne zwierzenia, ale może ktoś przeczyta i rozwieje to jego romantyczne obrazki. Tak, Urumczi, Chiny północno-zachodnie to nie eldorado. Nie spotkałam nikogo, kto by twierdził, że lubi to miasto.

Ale z drugiej strony są oni – tutejsi mieszkańcy i moi uczniowie. Tyle się od nich i o nich codziennie dowiaduję i uczę.

Chińczycy i Ujgurzy to niebo a ziemia. To dość pouczające i zabawne ich obserwować.

Chiński nastolatek (w 80%, są wyjątki) w czasie lekcji często nawet nie podniesie wzroku. Siedzi cicho jak mysz pod miotłą, odpowiada niemal bezgłośnie a gdy poproszę o powtórzenie (często wymowa Chińczyków jest naprawdę zła) wbije wzrok w stół i już się nie odezwie. Gdy dam do zrobienia jedno ćwiczenie na kartce, automatem leci i robi wszystkie na raz, zanim się obejrzę. Testy, egzaminy, testy – to znają doskonale. „Wszyscy w szkole jesteśmy tylko liczbami. Liczbą punktów otrzymanych w teście, nic innego się nie liczy. Masz zły wynik w teście, jesteś nikim” usłyszałam od jednego z uczniów niedawno.

Ujgur (także w 80%) będzie patrzył się prosto w oczy, z ciekawością, czasem wręcz zadziornie. Ujgur jest DUMNY i HARDY. Ma własne zdanie i nie obawia się go wygłosić. Lubi zażartować, zbić z pantałyku, gdy tylko jest po temu sposobność. Na lekcji gadatliwy, chętnie i ku uldze nauczyciela poprowadzi dyskusję. Nie mówiąc już o tym, że co starsiejszy ma ochotę popodrywać nauczycielkę – w końcu szkodzi spróbować, prawda? Zwłaszcza, że wie jeden z drugim, skubany, że jest najzwyczajniej w świecie cholernie przystojny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Serce mi rośnie, gdy widzę, jak rozjaśniają się twarze wielu uczniów (głównie dziewczyn i kobiet), gdy wchodzę do klasy. Gdy mówią, że cieszą się, ze to ja prowadzę lekcję. Gwoli wyjaśnienia dodam, że uczniowie nigdy nie wiedza, przynajmniej nie powinni, który nauczyciel będzie prowadził zajęcia, to tajemnica. Siedzą w klasie i czekają, kto wejdzie. Taki system, system podwójnych niespodzianek – dla nas i uczniów.

Są też rozczarowania. Lekcja o narodowościach, językach i krajach to początek kursu dla początkujących. Uczyłam ja przynajmniej 10 razy i wciąż nie mogę powstrzymać zdziwienia dla niemal zupełnej ignorancji większości uczniów (w tym dorosłych) w tym względzie. W jakich krajach mówi się po angielsku? (wszystkich europejskich, to najczęściej słyszana odpowiedź). Hiszpańsku? Jakie miasto jest stolicą USA? Francji? Co to jest Bangkok? Jakie kraje sąsiadują z .. Chinami? Nie, nikt? Naprawdę..?

Niedawno trafiły mi się lekcje z angielskiej intonacji i wymowy, na różnych poziomach nauczania zresztą. Przed pierwszą z nich ręce i nogi mi opadły.. ja, Polka, która zdecydowanie ma inny akcent ma uczyć poprawnej angielskiej intonacji i WYMOWY! Nie to, żeby moja była najgorsza, no, ale rodzima tez nie. Do tego plan lekcji przewidywał jakieś beznadziejne powtarzanie za nauczycielem, katastrofa, nuda, czarna rozpacz i zgrzytanie zębami. Co ja z tą lekcją mam zrobić? Poszłam jak na skazanie, a tu – zonk! Wbrew moim obawom lekcja przebiegła całkiem sprawnie. Chińczycy (w klasie byli tez dorośli) powtarzali za mną chórem jak marzenie. Jak armia przewodniczącego Mao. Razem, donośnie, głośno. Miałam wrażenie, że zaraz zaczną maszerować. Tak właśnie się uczą w tutejszych szkołach – powtarzają za nauczycielem. W klasach, gdzie ilość uczniów wynosi 60-70 osób raczej nie da się inaczej.

Nauka nauką, praca pracą, a za dwa tygodnie mój majówkowy wytęskniony tydzień urlopu. Bezpłatnego dodam, ale co tam.. Do września nie ma szansy na drugi (o ile tu zostanę) bo w wakacje każdy tu.. się uczy i chodzi na angielski. Super, super-busy! Usłyszałam. Tak trudno planować, jak wszystko by się chciało zobaczyć. Tak trudno zaplanować rowerową pętlę przy tych odległościach, jakie tu są. Ale powolutku coś tam się w głowie układa.. byle uciec z miasta, byle wybiec z kurnika a już będzie dobrze.

Dodano 10 myśli na temat “Urumqi, Xinjiang. Wszyscy jesteśmy kurczakami

  1. Niezła szkoła życia i patrzenia na świat i ludzi. Tłumy wszędzie, depczące po sobie własnie jak drób i tak samo bezwzględnie domagające się przestrzeni i racji dla siebie, to może być ponad siły zwyczajnego człowieka. Przy tym przedszkole może wydać się rajem i wyzwoleniem od przytłoczenia, zgiełku i odległości. Coś na miarę zwyczajnego człowieka w wielkich Chinach. Powodzenia i cierpliwości.

  2. W pamir wjedziesz? :)
    Niby blisko, ale przy takim grafiku pewno ciężko się będzie wyrwać.

    PS. W jaki sposób można się przygotować do lekcji skoro nie wiesz… kogo będziesz uczyć? Kosmos!

    1. W najbliższym czasie zapewne nie, na pewno nie podczas tygodnia urlopu, ale zdecydowanie jest to plan na przyszłość – podczas wakacji, gdybym miała miesiąc, albo po zakończeniu pracy tutaj. Ale wiesz, tu jest dookoła tyle atrakcji i takie odległości, że nie wiadomo w którą stronę..
      co do lekcji – niektóre z nich już znam, powiedzmy połowę, bo się powtarzają. Co do tego kogo będe uczyć – o ja nawet nei wiem do ostatniej minuty CZY BĘDE UCZYĆ (choć to sie rzadko zdarza) – tu jest taki system,, ze uczniowie mogą rezerwować klasy do ostatniej minuty, albo i po. Nacięłam simę ostatnio dwukrotnie, że mam w systmie zero studentów na przypisana mi lekcję, po czym radośnie ktos pojawia sie za moimi plecami gdy juz wkladam buty, by iść do domu. Albo radośnie przychodzi, i oznajmia, ze zapomniał zarezerwować lekcję, ale on właśnie przyszedł.. Mam ochotę udusić, ale mam obowiazek uczyć Dziś pokazuje mi na pięć lekcji dwie klasy, gdzie jest zero studentów.. zalozę się, że się dopiszą potem i będę miała kogo uczyć.
      No i własnie – kogo? To jest najgorsze, jak w klasie mam dwunastolatkow i czterdziestolatkow.. gdy mam podobny wiek to jakoś dostosuję aktywności, już trochę to ogarnęłam, ale jak mam rozmawiać o problemach życiowych, pracy, weselach i innych takich (co przewiduje plan lekcji) z kilkunastolatkami to ręce opadają.. Albo jak plan lekcji przewiduje gry i zabawy, a ja mam na sali dorosłych.. Eh..
      A moja szkoła to jedna z największych chińskich sieciówek za duuuże pieniądze.

  3. Jestem pełna uznania Ewo,ze się przystosowałaś do takiego stylu uczenia i życia w warunkach jakie opisujesz. I wiem, że „przystosowanie” nie jest równoznaczne z” zadowoleniem” ale mimo wszystko chylę czoła.. Po prostu szkoła życia.Już nic Cie nie złamie.Powodzenia i wytrwałości.

Dodaj komentarz