Ucieczka z krainy słoneczników

Tagi: , , ,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rodopy, Bułgaria. Na trasie od Adriatyku do Morza Czarnego z początkowej piątki została nas trójka – ja, Janek i szkocki Bob. Przełom czerwca i lipca roku 2010 to czas Mundialu – jak ktoś zna Boba to wie, że futbol to dla niego rzecz święta. Nie przegapi żadnego meczu. Nie przegapienie żadnego meczu podczas podróży rowerem to nie jest takie znowu hop siup. Trzeba kombinować, trzeba się poświęcać dla dobra sprawy, ale to już Bob ma nieźle obcykane – zawsze gdzieś się ten telewizor znajdzie, spod ziemi go wytrzaśnie, do ludzi się wprosi, piwem poleje – chętni się znajdą. Zadnych tam smartfonów czy innych GPS-ów nie posiadamy, papierowa mapa na której ciemniejszym kolorem zaznaczono wyższe partie górskie sugeruje, że nie będzie prosto i szybko. Góry są, to tak być musi i już. Janek powoli jedzie, ja jak to ja – głównie pcham rower, Janek na mnie czeka, Bob znika z serpentynowego horyzontu. Celem jest położone za przełęczą miasto Gocze Delczew a przede wszystkim mecz finałowy! Gdy około siódmej widzimy z Jankiem kierunkowskaz do położonego w wiosce guesthousu postanawiamy (no ok, ja wiodę prym w tej decyzji) odpuścić. Jest miła wioska, jest klimatyczny pensjonacik, jest telewizornia. Tylko Boba nie ma. Pojechał. Wiedziony myślą o obejrzeniu meczu naciskał usilnie na pedały, aż dotarł na przełęcz około 22.00 po czym po ciemku, ze szwankujacymi hamulcami sturlał się na przedmieścia miasta w sam raz na ostatnie minuty dogrywki. To się nazywa poswięcen ie, to się nazywa pasja! Zarówno ja jak i Janek w tym czasie pomimo szczerych chęci i kibicowania zasnęliśmy przed telewizorem. Bob wyprzedził nas jak się potem okazało o jakieś 50 km, spotkaliśmy się po kilku dniach w pięknym mieście Płowdiw. Pociąg zawiózł nas nad Morze Czarne, które było owszem czarne, ale od ilości moczących się w nim ludzi – z zaplanowanych 2,5 dni w Złotych Piaskach zdecydowanie wystarczyłoby by mi pół. (Galeria z podróży w 2010 r. jest tutaj)

I między innymi dlatego teraz nad Morze Czarne nie jadę. Bułgaria południowo-wschodnia, gdzie wjechałam teraz to zupełnie inna Bułgaria niż ta schowana w zielonych górach. Tu na nizinach upał nie słabnie, pola słoneczników i kukurydzy ciągną się po horyzont przeplatane jedynie dużymi połaciami nieużytków. Bryczki zaprzężone w konie mijają mnie licznie. Nie ma już sikawek z wodą, które przez całe dnia nawadniały pola uprawne w Grecji. Jest natomiast dużo biedy i ludzkiej życzliwości. Ludzie na mój widok są życzliwie zainteresowani – tu kawa, tam kawa, jakieś ogórki, pomidory, jakiś melon w podarunku. Ktoś pokazuje ujęcie z wodą (och, jak bardzo brakuje greckich wszędobylskich żródełek!), ktoś prowadzi do baru z domowym jedzeniem, gdzie jak widzę po kolejce stołuje się pól miasteczka. I gdzie za pyszny obiad zostawiam równowartość jakiś 10 zł.

Właściciel hoteliku, przed którym zatrzymuję się by złapać internet tez zaprasza na kawę. Miło by mu było, abym została, ale jest jeszcze przed południem, więc dziękuję i jadę dalej. Trochę szkoda, bo cena przystępna, jakieś 10 EUR. Jadę jeszcze jakieś 20 km i nadchodzi burza. Po trzech godzinach siedzenia na przystanku końca nie widać, miejsca do zatrzymania się również. Na to wszystko przychodzi pytanie od właściciela hotelu – gdzie jestem, czy wszystko w porządku? Może jednak bym u niego chciała przenocować? Może po mnie przyjechać. W głowie krążą mi tysiąc myśli, czy wypada i czy coś innego nie jest na rzeczy, po czym wygrywa wizja czystego suchego lokum a właściciel okazuje się być zakochanym górskim piechurem, co to w polskich Tatrach też bywał. Zostaję na dwie noce.

Otoczenie nader skromne. Czerwona cegła domów z rzadka pokryta jest jakimś tynkiem, co drugie okno w domu zasłonięte, dyktą zabite, ofoliowane. W ogrodzeniach trudno się często dopatrzeć spoiwa – kopnąć i się rozwali. Przez trzy dni widze jeden nowo wybudowany dom. Nie tak wyobrażałam sobie kraj od 9 lat należący do Unii Europejskiej. Widzę jakieś nowe boisko i modernizowanę linię kolejową na trasie Berlin – Istambuł, ale to wszystko. Straszą postsowieckie duchy upadłych fabryk, zakładów, sklepów, PGR-ów, wzrok ciągle natrafia na jakieś ruiny, na widok których nie mam nawet ochoty wyciągać aparatu. Przed domami swojsko – kilka grządek, tu pomidor, tu papryka, jakiś koń, osiołek, łazi kilka kur czy kaczek. Kiedyś dużo się tu działo, było dobrze powiadają napotkani ludzie.

Bułgaria czasy świetności, kiedy to luksusem w socjalistycznej rzeczywistości były wczasy nad Morzem Czarnym ma już niestety za sobą. Obecnie plaża w Słonecznym Brzegu staje się popularna jako miejsce taniej rozrywki wśród młodych przybyszów z zachodniej Europy i nie kojarzy się zbyt dobrze. Potwierdza to przewodniczka po Veliko Tarnowo – historycznym mieście, byłej stolicy kraju zanim przeniesiono ją do Sofii. Miejscu, do którego na szczęście udaje mi się dotrzeć i zobaczyć coś więcej niż tylko połacie słoneczników.

Zgodnie z informacjami wyczytanymi w przewodniku Bezdroży, po przekroczeniu pasma gór masywu Centralnego Bałkanu, który zgodnie z nazwa centralnie i horyzontalnie przecina Bułgarię wkroczyłam w strefę klimatu umiarkowanego. Noce stały się chłodniejsze, powłoka namiotu rano jest mokra od rosy, ale i temperatura w ciągu dnia w końcu sprostała moim życzeniom i spadła poniżej 30 stopni. Domom tez przybyło tynków a i obejścia jakby zasobniejsze od tych na południu.

Bułgaria malutki kraj. Niecały tydzień i jestem w Rumunii.

Ta dla odmiany zaskakuje mnie bardzo pozytywnie i w regionie, przez który jechałam nie zauważyłam żadnych większych różnic w stosunku do Polski – no, oprócz może od jeżdżacej wciąż dużej ilości bryczek i wozów drabiniastych – każdy we wsi zdaje się takowa posiadać wespół z jakimś dobrej marki samochodem. Są za to niezwykle ciekawe architektonicznie domy otoczone małymi arkadami – kolorowe, wesołe, obejścia zadbane. Przed domami na ulicy całe dnie przesiadują ludzie obserwując drogę, na ktorej niewiele się dzieje. Ot, takie normalne wiejskie obrazki.

Wszystkie drogi zdawały się prowadzić do położonego kilkadziesiąt kilometrów od granicy Bukaresztu a ja bardzo nie chciałam tam jechać. Nie bawi mnie wjeżdżanie i wyjeżdżanie z dużych miast, jakoś nie chciałam dać stolicy kraju szansy a ono nie chciało mnie wypuścić ze swojej orbity. Trzy dni krążenia a ja wciąż krążyłam jak satelita. Wiele rzek, niewiele mostów, tu drogę rozmyło, tam coś tam.. Do tego skończyły się drogi poboczne a główna krajowa międzynarodowa urywała głowę. a perspektywa pozostania na niej aż do granicy z Ukrainą była niezwykle przygnębiająca. To jest zupełnie niezgodne z moją wizją podróżowania i perspektywa pozostanie na tej drodze do granicy z Ukrainą nie była najweselsza.

Odkąd tylko podjęłam decyzję, że nie będę się bawić w żadne samoloty, żeby przyjechać do kraju we wrześniu stało się dla mnie jasne, że na jakimś etapie podróży będę musiała się podeprzeć – zgrozo! – pociągiem. I niestety stało się też jasne, że do Indii tak szybko nie dojadę. I też, że tam gdzie najciekawiej, czyli w Rumuńskie Karpaty muszę sobie teraz muszę odpuścić. Na szczęście już się tam trochę onegdaj pokręciłam.

Tego dnia ruszyłam wyjątkowo późno. Już drugi dzień męczy mnie żołądek i trzyma w poziomie do jakiejś 10tej. Wiatr wieje wyjątkowo silnie w twarz, ciężarówki śmigają na bogato a ja przeglądając po raz enty mapę zastanawiałam się jak temu zaradzić.

Mała miejscowość, mała stacja kolejowa. Hmmm. Wszelkie znalezione w necie informacje sugerują, że w Rumunii zabranie roweru do pociągu nie jest możliwe, ale się spytam. Na stacyjkę wjeżdża pociąg. Jakem wygodnicka, podoba mi się. Nieduży, niskopodłogowy (co w tutejszych warunkach stacyjnych oznacza próg na wysokości uda, ale nie nosa). Staram się dowiedzieć dokąd jedzie, ale nikt mnie nie rozumie. Pani w kasie na moje pytanie, czy mogę zabrać rower zaczyna gdzieś dzwonić.. w tym czasie dowiaduję się, gdzie jedzie pociąg i lokalizuję to miejsce – północ, super – miasto Barlad to mój azymut! Pani wciąż na słuchawce pokazuje mi palcem, ze odjazd za minutę a pociąg dodatkowo stoi na peronie drugim. Odpalam wrotki, żegnam panią szybkim machnięciem i „dziękuję”, wylatuję z budynku, łapię rower i .. na to wtacza się inny pociąg na peron 1 blokując przejście.Ręce mi opadają, ale widzę na końcu peronu jeszcze jedno odległe przejście po torach. Gdy się przez nie przeturluję pan w ładnym pociągu daje znak do odjazdu. I tu zwolnijmy nieco taśmę i obejrzymy sytuację jak w zwolnionym tempie – staram się jednocześnie biec, machać i ciągnąć rower krzycząc „nieeee, stooop, ja też do Barlaaaaad!”. Skutkuje. Działa jak mój wrzask na psy, którego się nauczyłam w Grecji a na który zamierają bez ruchu nie tylko psy, ale tez pół wioski patrząc kto się drze i dlaczego. Więc tu także, pan konduktor zamiera w bezruchu obserwując zjawisko, jakim jestem a ja w tym czasie dopadam pociągu. Siłami rąk kilku chłopa wracających z porannej zmiany bicykl zostaje umieszczony bezpiecznie w środku, mi udaje się wsiąść o siłach własnych. Odjeżdżamy. Konduktor po otrząśnięciu się z szoku wystawia mi bilet również na rower – czyli można! W ciągu 2,5 godziny zupełnie nieoczekiwanie znajduję się w Galati (pol. Gałacz) – mieście położonym na granicy rumuńsko-mołdawsko-ukraińskiej. Do Stasiukowego Babadag stąd blisko. Pograniczny Dunaj ma tutaj wysoki brzeg a pofałdowane zielone pagórki wyparły wypalone słońcem pola kukurydzy i słoneczników. Hurraaa! Gdy po noclegu gdzieś na macie za kościołem rankiem stawiam się ponownie na stacji z planem ogarnięcia się i skorzystania z netu (na większości stacji kolejowych jest wifi) widzę stojący na peronie… ładny pociąg z napisem Jassy, która jest byłą stolicą historycznego regionu Mołdawii (Mołdawii – kraju i Mołdawii – regionu obecnej Rumunii) i miejscem, które bardzo chciałam odwiedzić a się na to nie zanosiło – dalszego ciągu historii można się domyśleć.

Pozdrawiam z Jassy. Wciąż bardzo tu królewsko.

Dodano 8 myśli na temat “Ucieczka z krainy słoneczników

  1. Cześć Ewcyno! Twoje rowerowe podróże robią wrażenie, tym bardziej że nam, kobietom, często powtarza się, że nie powinnyśmy wyruszać w podróż same z uwagi na bezpieczeństwo. Musisz być mega odważna – tak trzymaj!

    1. Oj, dziekuję Ci, ja to pytanie i stwierdzenie słyszę codziennie i to nie raz. Im bardziej na południe i wschód tym częściej.
      Tak, trzeba uważać, ale mając pewien system / standard zachowań i mając szczęście, zmniejsza się to potencjalne niebezpieczeństwo jak widać nawet do zera :)
      Pozdrawiam i życzę bezpiecznych podróży.

  2. Myśmy byli 8 lat temu w Bułgarii, ok 2000km w 3 tygodnie. Ciekawostką wyjazdu była Kiszina koło Melnika. To wieś na wysokości ok. 800m. Wieczorem zabladzilismy i spalismy w lesie. Wg Wikipedii żyło tam kiedyś 300 osób, wtedy 4, ciekawe ile teraz? Najmłodszy „rebjonok” miał 65 lat. Stało tam kilkadziesiąt polepionych glina domków.
    Poza tym mnie podobały się kąpiele w polodowcowych jeziorach.

Dodaj komentarz