One good man. Rowerem przez chiński Tianshan

Tagi: , , , , , , , , ,

Wyjazd z Urumqi to tyleż radości co niepewności. Oddaję klucze koledze, który przeprowadza się do mojego mieszkania z rodzina, jeszcze pierożki w moim ulubionym osiedlowym sklepiku, jeszcze to, jeszcze tamto.. po czym lawiruję między samochodami a myśli bombardują głowę – jak mi będzie w drodze po tych 8 miesiącach, co ja mówię, po 10 w zasadzie.. no i czy ja w ogóle jeszcze tak umiem? Co z noclegami, co z policją, tymi wszystkimi check-pointami.. no i jak to wszystko się ułoży? Droga wspina się i długo trwa, nim zostawiam za sobą miasto. Ciągnie się przez okoliczne wioski, by zmienić się w kamienisty szutr, po którym prychając z wysiłku jadą wypchane jakimś gruzem ciężarówki. One przejadą, ja zostaję w tumanie oblepiającego kurzu i pyłu, po kilku godzinach można zapomnieć, że kiedyś byłam czysta. Dookoła suche pokryte skąpą roślinnością wzgórza, czasem jakieś osady przy czymś w rodzaju kopalni odkrywkowych. I surprise, surprise- miejsce oznaczające środek kontynentu azjatyckiego! Tak jest właśnie tutaj, ciekawe czy powstało na użytek chiskich tuyrstow, czy jest ich więcej?

Przed zachodem słońca niejako na osłodę zjazd malowniczym kanionem, jakich nie brak w okolicy. Udaje mi się znaleźć zaułek za skałami i rozstawić namiot. Nic się nie zmieniło, ze znajdowania kryjówek na noc mam na szczęście celujący. Ciszę zakłóca jednak dochodzący z oddali pomruk… uh! Może jednak mi się wydaje? Oh nie, te błyski na horyzoncie.. Burza! Cóż, trzeba mieć farta, to pierwszy deszcz od wielu tygodni a ja jak zwykle takiej sytuacji dygocę w namiocie ze strachu. Tak, grzmoty i błyskawice – to oblicze natury, przed którym mam respekt, który sprawia, ze serce wali jak oszalałe, bo w końcu czymże ja jestem w tym nędznym namiociku? Po kilku godzinach wszystko ucicha a ranek ponownie raczy mnie promieniami słońca. Droga jednak wciąż się pogarsza a napotkany chiński wędrownik rowerowy na migi potwierdza – tam jest okropnie, nic tam nie ma, nie jedź tam! Jest tak umorusany i wymęczony, ze nawet nie musi mi dużo tłumaczyć. Zmieniam plan – nie wjadę tędy w góry Tianshan, to wspaniale pasmo kilkutysięczników, które od miesięcy podziwiałam z okien pracy, gdyż część terenu okazuje się być zamknięta (obszar wojskowy) o czym na szczęście dowiaduję się korespondując z kolegą. Na szczęście dowiaduję się o tym zanim zacznę tudzież nawet pokonam przelęcz powyżej 4000 m. (czyli nie szybciej niż po kilku dniach). Postanawiam zatem pojechać jakieś 250 km drogą główną i odbić w góry później drogą 217, która uchodzi za jedną z najbardziej malowniczych na świecie.

Wcale na szczęście nie muszę sunąć autostradą.. są takie bezimienne, bez śladu cienia, krzaczków na siusiu, przydrożnych stoisk – udaje mi się znaleźć drogi poboczne, jadę i widzę zupełnie inny Xinjiang. Co ja mówię – po 8 miesiącach w mieście widzę Xinjiang w ogóle! Mijam zadbane miasteczka z szerokimi ulicami i alejami dla rowerów, starszych i młodszych, którzy z nich korzystają, skwery pełne kwiatów, nowe domy, place zabaw dla dzieci.. miejsca, gdzie parki nie są ogrodzone i brak wszechwładnych, działających na nerwy dwóch jednakowych propagandowych piosenek puszczanych w Urumqi (nakaz rządowy) w każdym publicznym miejscu, ciurkiem na okrągło.. i myślę sobie, że w takim miejscu chciałabym mieszkać i pracować! Czyli nawet w Xinjiang może być tam inaczej. To część równinna, po obu stornach pola uprawne, uginające się pod ciężarem gron winnice, sady pełne jabłek i brzoskwiń, pola melonów i arbuzów, niespotykanych rozmiarów i kształtów – od malutkich po olbrzymy, które uchodzą za jedne z najsłodszych na świecie – absolutnie się z tym zgadzam. Ujgurzy uwielbiają arbuzy i jedzą je przez cały rok – doprawdy nie wiem jak się je przetrzymuje, ale nawet zimą na ulicy można było dostać pokrojone na cząstki owoce.

W Shihezi, sporej miejscowości leżącej u podnóża gór chcę wynająć pokój – umyć się porządnie, oprać, odpocząć od upału przed dalszą wymagającą drogą. A zatem przystępujemy do akcji – hotel! Na mapie mam ich sporo, ale jak się okazuje, w mieście są jedynie trzy uprawnione od przyjmowania obcokrajowców i na sam ich widok ręka trzyma się portfela – toć to istne Marriotty, kogo na to stać! Może dlatego, że to sierpniowa sobota a teren uchodzi za bazę wypadową w góry – wszystkie hotele są w pełni zarezerwowane. Obsługa recepcji ostatniego z nich chce mi pomóc fakt jest po 22.00 – a może by tak zadzwonić na policję, bo co tu Pani zrobi? Na policję? Proszę bardzo – myślę sobie, niech się policja w obliczu tych durnych przepisów wykaże. I wykazuje się. Nie wiem, po co przyjechały aż trzy samochody, ale ta błyskająca niebieskimi lampeczkami kolumna przecinając miasto odeskortowała mnie do lokalnego hotelu, który za cenę dla Chinczyków (ok 15 USD) na ich życzenie mnie musiał przyjąć. Taka powtórka z Birmy.. zostałam na dwie noce.

Tianshan na horyzoncie.. kilka dni zajmuje mi wepchanie (bo wjazdem tego nie nazwę) na przełęcz 3500 m npm. Choć należy mi się medal za #notforspeed, czyli zrobienie tego w najdłuższym możliwym czasie, to i tak jestem z siebie dumna! Miejscowości ani żadnego sklepu nie ma przez ponad 100 km (czyli 3 rowerowe dni) – jak zaopatrzyć się w wodę? Oto nowy pomysł. Drogą jedzie całkiem sporo samochodów, z których wystają głowy rządnych robić foty Chińczyków. Gdy takowy zatrzyma się i chce robić zdjęcie zabłąkanej na rowerze blondynce proponuję wymianę – fotka za butelkę wody, co wy na to? Alez oczywiście, nawet dwie!

Przez ok. 80 km jadę wzdłuż urokliwego, coraz głębszego kanionu.. Niebo ma kolor błękitu, jak tylko w Azji Centralnej bywa – żadnej chmurki na niebie, kocham ten region za to wszechpanujące słońce! Gdy któregoś ranka siedzę w postawionym na brzegu kanionu namiocie i przyrządzam śniadanie całym czuję, jakby stał on na zwodzonym moście, po którym przejeżdża ciężarówka. Zastanawiam się, czy to mi się może zakręciło w głowie .. ? Po chwili wszystko jest już spokojne, ale nad wodą w rzecznym kanionie wysoko unosi się kłąb pary, woda w rzece wzburzona. Trzęsienie ziemi o sile 6.6 w skali Richtera tego ranka nawiedziło prowincję i dołączyło od grona kilku bardziej poważnych trzęsień ziemi, jakie nawiedziły Chiny tego lata. Na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach. Moje pierwsze w życiu, do tego ze skałami nad głową.

Często wieczorem wiatr wzmaga się i ledwo można jechać. Akurat wtedy, kiedy czas iść spać.. miejsca pod namiot mnóstwo, ale ten szalejący wicher.. dwukrotnie postanawiam skorzystać z noclegu w przydrożnych jurtach (góry Tianshan to już Kazachski Region Autonomiczny – żyją tam głownie Kazachowie). W górach nikt nie pyta się o to, skąd jestem i nie wyciąga ręki po paszport. Tak jak podczas kręcenia po południowych Chinach w 2014 roku, czy też w większości krajów dajesz pieniądze do ręki i to wszystko, czego chce od Ciebie właściciel noclegowni. Kwota? Płaciłam od 3,5 do 7 dolarów. Przydrożne noclegownie są tanie i mają jedną wspólną cechę – łóżko i brak jakiegokolwiek miejsca od umycia się. Oczywiście, że z butelką wody, czy nawet termosem gorącej wody na herbatę jaki czasem dostaje się tu w gratisie do pokoju jestem w stanie sobie sama doskonale poradzić, jednakowoż gdzieś z tyłu głowy pojawia się pytanie czy taka potrzeba, to znaczy potrzeba umycia się tutaj nie występuje..? Tzw. wychodek czyli dziura w ziemi roztacza wokół tak intensywny smród, że końmi mnie tam nie zaciągnie.

Chińczycy także zdają się nie rozumieć meldunkowych absurdów w prowincji Xiniiang – gdy po kilku dniach spania pod chmurką ponownie chcę wynająć pokój w hotelu okazuje się, że jedyny w tej miejscowości noclegowy przybytek nie może przyjmować obcokrajowców, co wyjaśnia mi łamanym angielskim tamtejsza recepcjonistka. Chciał-nie chciał wychodzę i myślę ile to czasu zajmie mi znalezienie odpowiednich krzaków na nocleg w dość zaludnionym miejscu, w którym się niestety znalazłam po całym dniu pedałowania po bezdrożach. Wszak prawo Murphego obowiazuje.

To gdzie pojedziesz teraz? zaintrygowana moim losem recepcjonistka wychodzi przed hotel. Może pójdziesz na policję i się spytasz czy u nas można? Może pozwolą? Poczekaj, pójdę z Tobą

Faktycznie posterunek jest tuż obok hotelu, jego obsługę stanowią młodzi chłopcy w mundurach, w które pewnie z braku innych perspektyw dali się weń wcisnąć, ale raczej nie bardzo wiedzą co tam robić – gapią się w swoje telefony tudzież przysypiają na stole. Nie podejmują się też podjąć decyzji w mojej wyjątkowo trudnej sprawie, jakieś śmichy-chichy ukrywające zakłopotanie, jakaś prośba o wspólne zdjęcie, ale nie, nocować w hotelu nie można, takie jest prawo, trzeba jechać 60 km dalej. Wyobraźnia, a raczej jej brak jakoś im nie podpowiada, ze rowerem się tak szybko nie da a zmrok już zapada.

Dziękuję recepcjonistce za pomoc, pakuję rzeczy na rower po czym słyszę od niej – to co teraz zrobisz? I od razu pada odpowiedź – wiem – będziesz spała u mnie! Mam nocną zmianę i nikogo nie ma w domu, ale zaraz zadzwonię po siostrę, to Cię zaprowadzi.

Aby zrozumieć poziom tego szaleństwa chciałam przypomnieć, że jako obcokrajowiec nie mogę ot tak sobie spać po czyiś domach w chińskiej prowincji Xinjiang. To zabronione, a policja wszak pozwoleństwa nie dała, obie o tym wiemy.

Siostra wkrótce się pojawia, wolno sunę za jej skuterkiem, jakieś boczne uliczki, ukłony sąsiadów, po drodze jeszcze wstępuję do niej bo czuje w obowiązku mnie nakarmić pysznym kurczakiem z ryżem po czym jedziemy pod dom jej siostry, dostaję klucze do domu i już. Rządź się!

Brama prowadzi na nieduże podwórko i dom. Trzy pokoiki, pomieszczenie kuchenne, kibelka nie udaje mi się namierzyć (znajduję go dopiero rano). Chodzę, oglądam, patrzę i.. Trochę mnie wszystko przeraża. Z jednej strony wdzięczność i ulga, że mam gdzie się podziać, z drugiej onieśmielenie i zakłopotanie. Jest brudno, kosmicznie brudno. To nie jest taki domowy rozgardiaszyk, do którego jestem przyzwyczajona- lekki kurz, ciuchy porozwalane, parę garnków w zlewie… oj jestem ekspertem od domowego nieporządku. Tu w zasadzie brzydzę się dotknąć czegokolwiek. Jakieś wiaderka z wodą przy wejściu, miski, ogryzek podszarzałego mydła, szczoteczka do zębów nie pierwszej młodości. Lóżka rozgrzebane, pościel raczej prania tygodniami nie widziała, z szaf się wywala. Wszystko przykryte warstwą kurzu. W kącie podwórka przywiązany mały piesek trochę warczy, ale bardziej patrzy na mnie ze strachem w oczach, ale szybko go dobrucham kawałkiem chleba Po kątach walają się pety i butelki po piwie, stoją torby ze śmieciami.. Jedyne miejsce, gdzie uważam, ze mogę się położyć to stare żeliwne łóżko na podwórku przykryte dyktą i wysłużonym materacem, który przykrywam torbą na rower i potem moszczę sobie legowisko. Wstydzę się swoich myśli, bo ktoś mnie ze szczerego serca przygarnął, a ja tu tak wybrzydzam i oceniam.. Ale to tez jest doświadczenie, sytuacja, jakiej doświadczam nie po raz pierwszy głównie w Azji i z nią konfrontuję swoje myśli – zastanawiam się jak można w takim czymś funkcjonować. Bo dla mnie bieda to jedno, a syf i brud to drugie, i jedno z drugim jakoś się ma, ale wcale nie wzrasta wprost proporcjonalnie. Noc jest ciepła i wysypiam się jednak świetnie, a gdy rano jestem gotowa do wyjścia przyjeżdża moja recepcjonistka – zadbana, czysta, uśmiechnięta, jakby pochodziła z innego świata. Przywozi jeszcze bułeczki na śniadanie, coś szybko przegryzamy, dziękuję serdecznie i odjeżdżam. Naprawdę nie wiem jak jej dziękować.

Chińskie drogi, nieważne w jakim zakątku kraju to jest, mają jedną wspólną cechę – są w permanentym remoncie. Na remontowanym odcinku długości 10-20-50 km nawierzchnia zrywana jest całkowicie (tak sobie myślę, ze może warto by zostawić jeden pas..?), pozostawiając jadącym pojazdom piaszczysto-kamienisty grajdół. Jadące nim pojazdy nie zmniejszają bynajmniej swojej prędkości, zatem widoczność spada do kilku metrów a ty nieszczęśniku na rowerze przemieszczając się tumanach kurzu nie jesteś po godzinie w stanie rozpoznać swojego oblicza w lustrze. Pozostawiłam zatem drogę do Nilka, zjeżdżając na nieco większej, równoległej 218 i nią dotarłam do ostatniej już miejscowości przed granicą z Kazachstanem – Yining, zwanej wdzięcznie Illi. Miasto i jego okolice uchodzi za jedno z bardziej urokliwych miejsc w prowincji, a Chińczycy wymyślili, żeby okalające go góry, pastwiska i rzeki to nie jedyna atrakcja okolicy – zostały nimi … tadam! pola lawendy! I tak właśnie okolic Illi w dużej mierze pokrywają pola pachnących liliowych kwiatów, które służą głównie jako miejsce do robienia pamiątkowych romantycznych zdjęć. Domy i płoty wzdłuż drogi pomalowane są uroczy liliowy kolor i choć bardzo mi się to podoba, to mam nieoparte wrażenie, że tak właśnie, ten odcień farby nakazała władza.
Illi okazuje się być sporym, lecz nie zakorkowanym, przyjemnym miastem w którym spędzam 3 noce – na szczęście jest tam hostel i może przyjmować obcokrajowców. Ujgurska dzielnica, choć niewątpliwie jest odpicowana na użytek chińskich turystów jest bardzo urokliwa – ocienione rzędami pobielonych drzew ulice, wzdłuż nich biały mur, w którym wejścia do otoczonymi krużgankami domów strzegą będące dziełami sztuki bramy, woda wartko płynie w przydrożnych kanałach, biegające dzieciaki obojętnie przyglądają się przejezdżajacym na bryczkach wycieczkom Chińczyków a ja dostają od nich dodatkowe fory, życie toczy się tam jednym słowem… No i przede wszystkim KOLORY. Kolory domów, bram, wszystkiego! – pomarańcz, turkus, seledynowa oczobijna zieleń, orcha, żółty.. te wszystkie, które zalegałyby w magazynach polskich sklepów z pewnością znalazłby szybki zbyt na zachodnim skrawku Chin.

Od Illi jedynie 90 km dzieli mnie od granicy z Kazachstanem. Pedałuję powoli rozglądając się dookoła w tym liliowym krajobrazie.

-Hello! Zaczekaj! Wait! Czekam tu na Ciebie
Biały samochód i stojący przed nim młody mężczyzna przygląda mi się z zainteresowaniem. Zatrzymuję się
– Czy mówisz po chińsku?
Niestety nie.. jak zwykle, gdy to przyznaję, jest mi trochę wstyd, że się nie udało przez te miesiące niczego niemal nauczyć

-Mam na imię Hamit, jestem Ujgurem mówi a ja tylko śmieję się no, bo przecież wiem, bo widać..
– I don’t speak English.. Wyjmuje komórkę i włącza translator
..Widziałem Cię na drodze, postanowiłem tu na Ciebie poczekać. Skąd jesteś? Dokąd jedziesz? Pada parę standardowych pytań. Jestem nauczycielem WF w gimnazjum tu w miejscowości nieopodal. Moja żona uczy tam angielskiego. To tylko 10 km. Dodaje Może chciałabyś zjeść ze mną kolację?

-Dziękuję, to miłe, le muszę już rozglądać się za noclegiem... Kolacja brzmi dobrze, ale zmrok zapadnie za niecałą godzinę – planowałam szukać przysłowiowych krzaków jakoś jeszcze przed miastem. Jak zwykle w takich sytuacjach mam dylemat, ale coś dobrego patrzy mu z oczu.

– Możesz spać u mnie

– Hmmm.. a ty z kimś mieszkasz?

– Tak, mam rodzinę, żonę i dwójkę dzieci. Moja zona będzie szczęśliwa, gdy przyjedziesz, jest bardzo gościnna. Mamy duży dom, na pewno będzie miejsce. Pewnie ponieważ wciąż na mojej twarzy widać wahanie dodaje

– Don’t worry, I am a good man. Nie martw się. Jestem dobrym człowiekiem.

– Och , tak.. to miłe, dziękuję, ale może jednak zadzwoń do niej dobrze?

-Tak tak, na pewno.. to co, spotkamy się koło rzeki? będę czekał na Ciebie

Zanim docieram do rzeki już jedzie mi naprzeciw, tym razem na skuterku. Po drodze gdzieś dzwoni, dość długo rozmawia, potem w lokalnej knajpie jemy kolację – olbrzymia porcja kluch langman i szaszłyki, zmieścić tego nie mogę. Gdy kolacja się kończy słyszę „teraz pójdziemy do hotelu”

Nie wiem co o tym myśleć. Czemu hotel? Jak to? Kto ma płacić? Staram się oponować, ale „Don’t worry, I pay”.. i myślę, że pewnie żona jednak nie jest tak ochocza do nie zapowiedzianych odwiedzin.

Hotel jest duży i czysty, dostaję kartę do pokoju a Hamit dyskretnie płaci i żegna się słowami – odpoczywaj, przyjdę po Ciebie jutro rano. Zjemy sniadanie i odprowadzę Cię na drogę wyjazdową z miasta.

-Śniadanie, droga.. po co, dam sobie radę.. nie kłopocz się ..

-Do zobaczenia rano

Rano gdy jeszcze jestem w pieleszach Hamit puka do drzwi

– czekam na Ciebie na dole

-Ale.. ja.. jeszcze muszę się umyć włosy i się spakować musze.. Kro mnie zna wie, że nie jestem rano super szybka.

-It doesn’t matter odpowiada spokojnie. To niewazne, poczekam

Pól godziny poźniej jestem na dole. Wydaje mi się jakiś inny, czyżby zdenerwowany? Coś czuję, że chyba narobił sobie domowych kłopotów.. śniadanie jest świetne, jak zwykle dostaję więcej niż mogę pomieścić. Telefon służy za tłumacza. Trochę o życiu, tu i tam, trochę o mojej podróży..

– Myślę, że to co robisz, jest wspaniałe

– Też tak myślę Hamit

– Nie jesteś sama, masz dla siebie cały świat i wszystkich wokół. Odszyfrowuję słowa w odpowiedzi na pytanie o moją rodzinę. Ujgurom i nie tylko im trudno uwierzyć, że można jej mieć tak mało

– Tak, wiem

– Skonczyłas? No to chodźmy

Jego motorek się psuje, więc idziemy pieszo. Potrzebujesz chleb? Ile? Trzy, cztery sztuki?

– Nie, jeden tylko!

Dostaję dwa. Jabłka. Bierze ze dwa kilo. Jesteś szalony! Smieję się, bo więcej naprawdę na rowerze nie udźwignę. Wodę masz? Mam, naprawdę już nic nie chcę

– Teraz musisz jechać tam, to tylko jakieś 20 km Skrzyżowanie, ostatnia prosta do granicy.

– Jestem bardzo wruszona twoją pomocą Hamit – stukam w tłumacza telefonu

– Poczekaj chwilę

Znika w pobliskim sklepiku i przynosi mały błękitny pakuneczek.

– To na pamiątkę. A moja żona przeprasza.. mamy małego bobasa, pewnei by nie dał Ci spać..

– Znów stuka coś telefonie.. „To było dla mnie bardzo ważne, będę o tym spotkaniu pamiętał całe życie”

I wtedy znowu pojawiają się one, zawsze, gdy ich nie chcę, mokre, szczypiące w oczy, wypływające spod okularów, obcieram je rękoma, czekamy oboje w zakłopotaniu, aż przestaną a wcale nie chcą, trzeba coś z tym zrobić, „thank you so much and good-bye” odpycham się od ziemi, rower zaczyna się toczyć, nie oglądam się wcale, teraz już lecą strumieniem przez kilka kilometrów, na granicy oczy całe zapuchnięte.. tyle podobnych spotkań, ale ten szacunek w oczach, nie spojrzenie w dekolt, nie pytanie ile mam lat, dlaczego nie mam męża i dzieci, nie pytanie ile przejechałam kilometrów czy o cenę roweru i po co to.. ale, że to wspaniałe, co robisz. ONE GOOD MAN.

Dodano 6 myśli na temat “One good man. Rowerem przez chiński Tianshan

  1. Przeczytałam z zainteresowaniem. Podziwiam Pani odwagę. Jestem starszą osobą w wieku emerytalnym, kocham podróże i widzę, ile człowiek traci nie zdobywając się na odwagę i ryzyko. Obawia się niebezpieczeństwa, którego tak naprawdę można nie spotkać… Można zwiedzić świat na rowerze bez specjalnie dużych pieniędzy. Ma Pani zawsze coś wyjątkowego z sobą: ogromną siłę charakteru, silę osobowości. Z tego wyzwala się siła fizyczna. Wiem to… Pozdrawiam serdecznie i życzę na drodze bardzo wielu serdecznych, pomocnych ludzi

    1. Pani Wiesiu, to naprawdę bardzo miły komentarz – serdecznie dziękuję 🙂 To fakt, że często nie próbując wiele się traci no a co do osbowości czy charakteru to cóż.. rodzice powiadali, że mam „charakterek” – można to interpretować po swojemu, ale fakt, że podróżując samej trzeba czasem przywdziać zbroję, a kiedy ktoś się przez nią przebije to się przechodzi na zupełnie inny biegun. Ale to tez jest cenne.
      Pozdrawiam i odwagi życzę!

      1. Zwiedzam świat w miarę swoich możliwości. Najbardziej żałuję, że nigdy nie wezmę udziału w wyprawach pielgrzymkowych „Idzie człowiek” – czyli pieszo do poszczególnych krajów. (Kobiety też chodzą) W młodości nawet nie przyszło mi do głowy, że tak można. Trzeba było mieć wizy, dewizy, zaproszenia, pozwolenia i różności. Z chęcią jednak uczestniczę w różnych spotkaniach z podróżnikami i wtedy mocno przeżywam ich doświadczenia. Pozdrawiam i cieszę się, że mam dostęp do Pani wrażeń na FB 🙂 i na blogach 🙂

  2. Witam Cię Ewa, przeczytałem dwukrotnie i jeszcze raz przeczytam. ….a końcowy fragment wzruszył mnie bardzo, aż wstyd się przyznać, że oczy mi się zaszkliły. …. pozdrawiamy Cię serdecznie – Stanisław i Danuta

  3. Pięknie piszesz Ewo.
    I tak jak Pani Wiesia czytam , podziwiam ….. i zazdroszczę tych Azjatyckich klimatów .
    Życzę jak najwięcej pięknych dni i dobrych ludzi spotkanych w Drodze .

    A co do odwagi i wolności to przypomniał mi się kiedyś zapisany cytat.

    „…Nie opowiadaj ludziom o górach, bo obudzą się więźniami w swoich betonowych domach… Ci zaś nieliczni, którzy odważą się wyruszyć na górską wspinaczkę, skazani są na Drogę, która nie zna kresu, bo gdzie kończą się marzenia…? I nikt, i nigdy nie odbierze im radości wędrowania, gdzie wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie i to, że większość granic i lęków to tylko ułomność naszego umysłu, poza którą zaczyna się wolność. Ale nie mów o tym ludziom… wolność jest dla nielicznych…
    Pozdrawiam .Szerokości na drodze
    Andrzej

  4. Ewa, ja oczywiście też siedzę i ryczę bo dotarłam do końca historii. Jesteś niesamowita i bardzo dzielna 🙂
    Prawdziwa bohaterka 🙂
    P.S. Ten pomysł: butelka wody za zdjęcie – szacunek! Świetny!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *