Niezbędnik czyli co mi się przydaje w podróży?

Tagi: , , , ,

P1100445

Gdy wybierałam się w pierwszą rowerową podróż nic nie było dla mnie oczywiste. Co się przyda a co nie, jak to przymocować do roweru i gdzie upchać? Przyznaję ze wstydem, że suszarka do włosów w gorącej Grecji nie za bardzo zdała egzamin.. A jaki kolor śpiwora wybrać? Nie, to nie moje pytanie (na szczęście), ale takowe kiedyś mi zadano i jedyna odpowiedź jaka mi przyszła do głowy to „a jaki lubisz”?

Ponieważ od czasu dyskutuję z innymi podróżnikami na ten temat i zawsze każdy ma swój „naj-niezbędnik” postanowiłam zrobić spis swojego. Nie zamierzam opisywać całego ekwipunku, ale rzeczy, które naprawdę się sprawdzają w podróży. Może komuś się przydadzą moje „patenty”?

KATEGORIA „RÓŻNE”

1. Grzałka (i oczywiście do niej kubek lub mały garnek)

P1100496

Rano nie wiem jak się nazywam i w rozszyfrowaniu tej cyklicznej zagadki pomaga mi herbata i kawa. Nie ruszę się z miejsca jak nie zjem śniadania i nie napiję tych – jakby nie było – używek. Mam kuchenkę, ale często zdarza mi się nocować w miejscach z dostępem do prądu – wtedy do zagotowania wody wystarczy mi grzałka elektryczna. Tylko w Korei Południowej nie mogłam jej za bardzo używać – wywalała korki L

Spotkałam wielu podróżników, którzy żałowali, ze nie mają grzałki i nie mogli jej kupić w trasie. Kawa czy herbata „na mieście” kosztują dużo więc mając swoje sporo zaoszczędzamy a grzałką na upartego i makaron da radę ugotować. Warto mieć!

2. Stopery do uszu

P1100465

Nie mogę się bez nich obejść. Remedium na wszelkie, szczególnie azjatyckie hałasy (choć czasem i stopery nie dają rady). Polecam takie do formowania ręcznego, szczególnie firmy APTEO CARE (dobrze się ucha trzymają ;)

3. Gąbka do mycia

Kto by pomyślał, że to taki niezbędny gadżet. A jednak! Gąbka absorbuje wodę i dzięki niej mycie w przysłowiowej szklance wody jest wykonalne – przynosi uczucie świeżości, jakbyśmy to właśnie się wypluskali pod prysznicem. A taka z jedną ostrzejszą stronę rano poprawia krążenie i wieczorem lepiej domywa brudy. Uwaga – w Azji nie do kupienia (!).

4. Klapki czyli flip-flopy

Ileż to razy dzięki nim byłam w ogóle w stanie skorzystać z azjatyckiej „łazienki”. Ba – czasem i pokoju, który szmaty i wody od miesięcy, albo i nigdy nie widział! O dziwo mam problem z kupnem naprawdę lekkich flip-flopów w Polsce, ale w Azji kupić je można na każdym rogu.

5. Plecaczek zwijany Quencha (Decathlon)

P1100501

Kosztował niecałe 20 PLN, można spotkać podobne np. firmy Tatonka, ale wielokrotnie droższe. Wielkości pięści po zwinięciu, waga może 100 gram. Dla mnie rewelacja – trzymam w nim dokumenty i kasę oraz potrzebne drobiazgi. Całość wkładam do przedniej torby na kierownicę (Ortlieb). Gdy gdzieś się zatrzymuję nie zdejmuję torby tylko wyjmuje plecaczek. Przydaje się także po prostu do zabrania ze sobą np. na zwiedzanie czy zakupy, gdy nie jestem rowerem.

6. Poduszka dmuchana Quencha (Decathlon)

P1100495

Można powiedzieć, że wożenie poduszki to już burżujstwo.. Dotychczas tego nie robiłam, pod głowę podkładając zwinięte ciuchy, ale ta małą lekka dmuchana poduszka szybko polubiłam.

7. Nieduża kłódka

P1100507

używam jej do zamykania worka Ortlieb podczas transportu lotniczego (info poniżej) i do zamykania namiotu, gdy jestem gdzieś dłużej lub zwyczajnie na kempingu. Wiadomo – jak ktoś chce coś ukraść to bez problemu znajdzie sposób, ale ryzyko, że zgarnie coś „bo właśnie tamtędy przechodził” jest już dużo mniejsze.

8. Komputer – netbook, I-pad czy inne

P1100500

Dla tych, którzy piszą np. bloga lub pracują w sieci podczas podróży rzecz niezbędna. Kafejki internetowe w niektórych miejscach zanikają (np. Japonia), korzystanie z nich nie jest wygodne a korzystanie z poczty czy stron banków niebezpieczne. Dostęp do wifi jest w wielu miejscach już powszechny. Niestety, sprzęt stanowi spore obciążenie bagażu.

9. Telefon na dwie karty sim czyli „dual sim”.

Mój niestety jest słaby (Sony Xperia), ale sama opcja posiadania slotu na drugą kartę sim bardzo się sprawdza – jedna to karta polska a druga karta miejscowa. Nie trzeba ciągle przekładać etc.

10. Smartfon w ogóle

Wyruszając w podróż nie miałam smartfonu, ale szybko zorientowałam się, ze pomaga w podróży i zakupiłam na Filipinach najtańszy model. Choć moja znajomość sprzętu jest ciągle w powijakach, to nie wiem co bym zrobiła bez map np. Google Maps czy Locus Pro, które pokazują mi dzięki nawigacji satelitarnej gdzie jestem. Dzięki nim nie błądzę (lub mało błądzę), znajduję istotne obiekty na mapie, sprawdzam odległość. Nie wspomnę już o wielu innych, przydatnych aplikacjach.

11. Inne – taśma mocująca, zipy bardzo się przydają do szybkiej naprawy np. sakw. Czasem taka prowizorka trwa i trwa..

KATEGORIA „ROWEROWE”

1. Torba do przewozu roweru „self-made”

P1100510

Wykonana metodą chałupniczą przez sąsiada, materiałem jest bodajże plandeka ogrodnicza (niezbyt trwała, ale lepszego nie mogłam dostać – materiał musiał być lekki, bo torbę wiozę na rowerze). Wcześniej miałam przez kilka lat podobna, uszytą przez kaletnika z dwóch największych ruskich toreb w kratę. Obie były szyte na wymiar, wg mojego pomysłu. Wymiar 150 x 100 x 30 cm. Podstawa to mocne uszy, które tworzą taśmy przeszyte przez spód torby.

Torba głównie przydaje się w trakcie transportu lotniczego, ale czasem też kolejowego (np. we Włoszech nie można było zabrać roweru do pociągu szybkobieżnego, a już w torbie i owszem). Choć się staram, to nie zawsze jestem w stanie skombinować karton. Mając torbę wystarczy znaleźć kilka mniejszych kartonów, folię bąbelkową, opakować rower i w włożyć go torby. Dzięki uszom jestem w stanie sama taka torbę nieść na krótkich dystansach np. po lotnisku.

Drugie zastosowanie – często stosuję ją jako plandekę pod namiot. Torbie nic nie jest, namiot mniej się niszczy, nie wilgotnieje od spodu i przy okazji robi trochę za przedsionek.

Zastosowanie ekstremalne – gdy jeszcze miałam gorszy tj. nie tak ciepły śpiwór i przymarzałam w nocy ostatnia deska ratunku była torba, którą się przykrywałam. Stało się tak jedynie kilka razy, ale naprawdę trzymała ciepło :)

2. Torba Ortlieb na bagażnik – największy wymiar tj. 150 cm długości i najcieńszy materiał (są bodajże dwie grubości)

Jest jak to Ortlieb nieprzemakalna i na co dzień wiozę w niej na bagażniku namiot i torbę na rower choć miejsca jest dużo więcej. Przydaje się wtedy, kiedy trzeba przetransportować zgrabnie sakwy – głównie w trakcie transportu lotniczego. Wrzucam tam 3 sakwy i namiot, roluję i zamykam na kłódkę, czasem wzmacniam taśmą i nadaję.

Oczywiście w tym celu może być użyta chociażby ruska torba czy zwykły parciany worek – robiłam tak przez wiele lat. Teraz mam Ortlieba i tez sobie chwalę.

3. Nóżka do przedniego kola roweru

P1100509

No bo to, że nóżka do roweru jest przydatna jest dla mnie jasne jak słońce! Rower kupiłam z tym dobrodziejstwem inwentarza i jest to dobrodziejstwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Rower mogę postawić gdzie chcę, przednie koło obciążone sakwami się nie buja – a wcale nie jest tak, ze wszędzie można szybko znaleźć dlań jakieś oparcie. Wiem, wiele osób uważa to za zbędny balast, ale ja uwielbiam ten gadżet.

Tyle rzeczy przychodzi mi do głowy. Jeśli ktoś ma swoje ulubione podróżnicze gadżety i rozwiązania – chętnie je poznam. Pozdrower!

Dodano 21 myśli na temat “Niezbędnik czyli co mi się przydaje w podróży?

  1. Lista bardzo ciekawa, zwłaszcza że sama zabieram tylko dwie z wymienionych rzeczy – gąbkę (koniecznie!) i smartfon, choć tylko na jedną kartę. Na mojej liście są natomiast:

    – Torba na kierownicę Ortlieba. Pierwsze miejsce na liście, bo bez niej nigdzie się (na rowerze) nie ruszam. Ostatnio dokupiłam wkład foto – bardzo przydaje się po rozmnożeniu sprzętu fotograficznego;

    – Moskitiera na głowę – nie raz i nie dwa ocaliła mnie przed szaleństwem, no i oczywiście przed hordami krwiożerczych (lub nie) bestii. Na Islandii prawie codziennie zakładałam moskitierę na kask jeszcze przed wyjściem z namiotu, a zdejmowałam ją dopiero wieczorem, już w namiocie. Założona na kask z daszkiem, moskitiera zupełnie nie przeszkadza w czasie jazdy, momentalnie przestaje się ją zauważać. Polecam zieloną moskitierę, bo w czarnej wygląda się nieco upiornie – ale lepsza czarna niż żadna! Moskitiera nic nie waży, zajmuje tyle miejsca, co nic, a cenniejsza jest niż złoto;

    – Lusterko rowerowe – jestem do niego tak przyzwyczajona, że po powrocie z wyprawy, gdy np. idę ulicą i chcę spojrzeć do tyłu, patrzę w stronę lusterka zamiast odwrócić głowę :)

    – Duża szczotka do włosów, a konkretnie do rozczesywania tego, w co po dniu jazdy na rowerze zamieniają się moje włosy. Grzebień nie miałby najmniejszych szans;

    – Pokrowiec wodoodporny na kask – bardzo przydatny zwłaszcza dla kogoś, kto jak ja ma dziwną skłonność do jazdy po deszczowych regionach i do przyciągania chmur deszczowych. Dzięki niemu wieczorem szczotka do włosów ma trochę (niestety tylko trochę) ułatwione zadanie;

    – Wymieniona przez Ciebie gąbka, do której dodałabym jeszcze takie oczywiste oczywistości jak nożyczki do paznokci i pęsetka, patyczki do uszu, nić do zębów, krem z filtrem, krem do rąk, pomadka i oczywiście sporo kosmetyków (ultralight jest dla cieniasów:)

    – Pokrywka do garnka z dziurkami – używam jej jako sitka. Z niezrozumiałego dla mnie powodu nie ma jej w w wielu zestawach naczyń turystycznych – na przykład w Polsce nie widziałam takiej w żadnym sklepie;

    – Kundel, czyli czytnik kindle – idealnie mieści się w torbie Ortlieba. Mój ulubiony gadżet elektroniczny w podróży;

    – Zwykłe bawełniane legginsy – prawie nie używam na wyprawach innych spodni. Lekkie, szybko schną, są długowieczne – od pięciu lat używam tych samych kilku par;

    – Dwie zapasowe baterie do aparatu – oj, przydają mi się;

    – Okulary przeciwsłoneczne – zwykłe, nie żadne specjalne rowerowe. Nawet w pochmurny dzień chronią oczy przed wiatrem i robakami. Wiem, że niektórzy jeżdżą bez okularów lub o nich zapominają, ja sobie tego nie wyobrażam;

    – Duże torby z IKEA i sznurek – do transportu lotniczego sakw. Żadna kłódka nie jest potrzebna – nie tylko dlatego, że do rozplątania sznurka trzeba wielkiej cierpliwości, ale przede wszystkim dlatego, że nikomu nie przeszłoby przez myśl ukraść tak okropnej torby :)

    Pozdrawiam i szerokiej drogi!
    Janus

  2. Janus! Bardzo dzięki za twoją listę!

    Niektóre rzeczy z wymienionych przez Ciebie mam, tylko nie zaliczyłam ich do „gadżetów” np. torba na kierownicę Ortlieb, okulary przeciwsłoneczne (u mnie dodatkowo optyczne bo jestem krótkowidzem),
    Zapomniałam o kundlu, przyjacielu podróżnika czyli czytniku.
    Moskietiera – będę pamiętać jak mnie zagna tam gdzie Ciebie. Do tej pory z latającym paskudztwem było ok.
    A – też wożę dwie baterie do aparatu fotograficznego. Nawet miałam nieprzyjemność jedną zgubić w Bangkoku i choć to duże miasto niełatwo było kupić drugą.
    O przykrywce z dziurkami faktycznie pierwsze słyszę.
    No a sznurek do torby Ikei ok, ale już do Ortlieba kłodeczka musi być.

    Pozdrower!

    1. Hej!
      Masz rację, sporo pozycji na mojej liście to nie gadżety – sugerowałam się bardziej słowem „niezbędnik” :)
      Do torby na kierownicę nie mam kłódki, gdzieś zgubiłam :) Ale zawsze mam torbę ze sobą, nigdy nie zostawiam jej na rowerze. No, w Norwegii zdarzyło mi się kilka razy… Raz na przykład zostawiłam przy jakimś wodospadzie rower z otwartą torbą na kierownicy, a w niej dokumenty, kasa, telefon, wszystko na wierzchu. Wzięłam tylko aparat. Był to park narodowy, mało uczęszczany szlak, Norwegia… Jakoś nie przyszło mi do głowy, że jakiś złodziej zapuściłby się w takie miejsce. Gdy wróciłam do roweru po jakichś 10 minutach, zobaczyłam, że stoi przy nim spora grupa turystów, jak się okazało, z Izraela. Okazało się, że postanowili popilnować mojego roweru, sądząc (poniekąd słusznie), że niechcący zostawiłam cenne rzeczy :)
      Do tej pory podróżowałam głównie po Skandynawii. Wielokrotnie zostawiałam na noc czy na czas zakupów nieprzypięty rower, zdarzało mi się nawet zostawiać na cały dzień rozstawiony namiot z całym ekwipunkiem w środku i rowerem odpoczywającym obok na trawie. Razu pewnego chętnie przystałam na propozycję jakichś turystów, żeby podwieźli moje sakwy samochodem kilka kilometrów do góry (zostawili je na rozstaju dróg). Obawiam się, że podróżowanie po tak bezpiecznym regionie trochę mnie rozbestwiło i będę musiała bardziej uważać, gdy wybiorę się gdzieś indziej :)

      Pozdrawiam!

      PS Przykrywki z dziurkami można kupić osobno w Szwecji. Mają specjalne wcięcie na rączkę do garnków. Drobiazg, a naprawdę ułatwia biwakowe życie…

      1. Ty lepiej się nie przyzwyczajaj. Po dwóch miesiącach w Danii pojechałam do Niemiec i nad rzeką zostawiłam rower z dobytkiem jedzeniowym (na szczęście tylko). Może z 15 minut zajęło mi wino z koleżanką nad brzegiem pięknej rzeki. Nawet mapę z bagażnika mi ukradli. Skandynawia to inna bajka. Tam portfel nie raz zostawiałam w przyczepce rowerowej i nikomu nie przyszło do głowy żeby mi go ukraść :P

    2. Nic dodać nic ująć w „niezbędniku” Ewy i Janus .To są bardzo doświadczone osoby ,profesjonalistki długich i krótkich wypraw rowerowych. Moim ulubionym od zawsze było i jest usterko rowerowe ! A od kilku lat zamiast ręcznika kupuję gazę w aptece / ta super lekka gaza schnie szybko zajmuje minimalnie miejsce w sakwie i jest b.tania.
      Z pozdrowienia z życzeniami i Udanego Dobrego Nowego Roku. Pięknej dalszej Drogi Ewo
      Andrzej z zakopca

      1. Andrzej, Janus .. aż mi wstyd prawie, no bo ja lusterko miałam, ale się zgubiło i zamiast tego kręcę głową dość intensywnie muszę przyznać.
        Trąbka do trąbienia też mi się zgubiła była.
        Ręcznik pominęłam, ale mogę dodać, że mam ten szybkoschnący. Jakbym wiedziała ile tu podobne kosztują w Azji to bym nigdy nie kupiła, choć go lubię. Za to jako mały ręczniczek służy mi ściereczka do naczyń Jan Niezbędny za 3 złote.
        Andrzej, Tobie również życzenia wszystkiego naj, naj! Cieszę się, ze tu zajrzałeś.

          1. Ja właśnie wolę uniknąć tych wymiernych skutków odwracania głowy podczas jazdy rowerem ulicą :)

            W czym może przeszkadzać lusterko?

  3. Ileż ja się dzisiaj dowiedziałam ciekawych rzeczy !!!! Zaraz sobie gdzieś zapiszę te cenne rady.Dzięki dziewczyny. Co prawda moje podróże rowerowe bardziej przypominają obecnie wczasy FWP ( starsze pokolenie wie o co biega) niż szkołę przetrwania, ale kto wie czy kiedyś nie pojadę gdzie oczy poniosą i skwapliwie z w/w rad skorzystam.
    Pozdrawiam Andrzeja z Zakopca, którego poznałam, tak jak ciebie Ewo, na mojej pierwszej WSPANIAŁEJ wyprawie na Litwę i Łotwę w 2008 r.. Pomysł gazy jako ręcznika też wydaje się nowatorski.

  4. Mi owa grzałka była mocno przydatna. W komunistycznej Polsce, spółdzielnie – sklepy na wsi – miały nad wejściem żarówki oświetleniowe. Do grzałki stosowało się „złodzieja”, gniazdko na kablu z cokołem E27 – bo żarówki były wysoko. Raniutko na schodkach sklepu wykręcało się żarówkę, wkręcało złodzieja, do niego grzałkę i kawusia, herbatka, zupek w ten czas nie było.

    1. Jak to – zupek nie było? Może za Bieruta.
      Potem, a na pewno w latach 70-tych i 80-tych były!!!
      I to jakie, smaczne, pożywne, na naturalnych składnikach, nie sama chemia, jak teraz. Wprawdzie (coś za coś) trzeba je było dłużej gotować (10-15 min, niektóre 20), ale warto było.
      Obecne produkty nie umywają się nawet do takiego np. krupniku polskiego z mięsem albo ogonowej.

  5. O raju grzalka, wzruszylam sie ;-) kiedys nie bylo mowy o wyjezdzie bez grzalki. A teraz chyba trudno ja gdziekolwiek kupic? Zdarzylo mi sie gotowac przy pomocy grzalki jajka :-)

  6. No grzałka do gotowania jajek oczywiście też stosuję. Ale Ireneusz zdradź w jakim celu musialaeś się fatygować do sklepu i wykręcać żarówkę – nie lepiej to podłączyć grzałkę w domu? ;)
    Widać, że grzałka króluje. Właśnie dlatego umieściłam ją na pierwszym miejscu bo ostatnio sporo ludzi spotkałam co sobie w brodę pluło, ze nie ma.
    A kupić można w takich sklepach z mydłem-powidłem AGD, a przy placu Unii Lubelskiej w Wwie jest nawet grzałkowy sklep!

  7. Dla mnie numer jeden to kindel. Ileż on mi wieczorów umilił! Wożę też to, co i Wy – poduszeczkę, grzałkę, okulary… Pomysł z gazą zamiast ręcznika świetny, dotąd nie słyszałam. Ręczniki szybkoschnące mają ten feler, że szybko zaczynają wydzielać nieświeży zapach, mimo suszenia. Następnym razem wykorzystam. No i moskitiera.

    1. Twój przyjaciel rumak KOGA z tym całym niezbędnym ekwipunkiem prezentuje się na tym zdjęciu wspaniale .Podziwiam wytrzymałość materiału i Twoje siły.Jestem wiernym czytelnikiem tego bloga tak samo jak Mira z Łodzi. /dzięki za pamięć Miro;) Pozdrawiam serdecznie /A Tobie Ewuniu życzę radosnej szerokiej i bezpiecznej Drogi dnia codziennego.

  8. „w jakim celu musiałeś się fatygować do sklepu i wykręcać żarówkę – nie lepiej to podłączyć grzałkę w domu?”
    W jakim domu? Nocowało się w namiocie na tyłach sklepu. W owych czasach, turysta to podejrzany element, na wsiach w odludnych terenach, przyjmowany był z rezerwą. „Złodziej” to cokół żarówki E27 z kablem zakończonym gniazdkiem. W sklepie energia była za darmo „państwowa”, nikt nikomu łaski nie robił, nie fatygował. Sklepowa jak przychodziła, to jeszcze co lepszego sprzedała. W one czasy przemierzałem polskie ziemie z buta. Wyglądał człowiek na włóczęgę. Niepewny element. Pojęcie turysta nie funkcjonowało.

  9. A propos torby rowerowej: moja towarzyszka ostatniej podróży również się nią przykrywała, kiedy cała odzież była już na „korpusie” i wciąż było zimno. Na koniec zaś wpadła na pomysł, aby się w nią zapakować i zapiąć. Śpiwór bis!
    Ja wożę również składany poddupnik z pianki. Do gotowania wody kompaktowy Jetboil – mały i szybki (na gaz bo prąd jest zawsze w deficycie). Pudło Ortlieba na kierownicę doskonale sprawdza się jako torba podręczna, mieszcząc smartphona, ipada, kindla, aparat kompaktowy, kasę, dokumenty i jeszcze kilka innych drobiazgów. Cały ten bałagan zawsze w niej trzymam, więc przy każdym oddaleniu się od roweru wystarczy wypiąć, zarzucić na garb i sumienie spokojne, że nic się wartościowego nie zostawiło.
    Do mycia w szklance wody – małe ręczniczki japońskie, lekkie i schnące w sekundę.
    Do pakowania sakw na transport lotniczy i kolejowy stosuję torbę na przednie koło (była w komplecie z torbą główną). Spinam to taśmami i robi się z tego zgrabny tobołek dźwigany za rączki sakw. Torbę tylną (namiot i mata do spania) wnoszę do samolotu jako podręczny.
    Lampko-latarka ledowa.
    Nie ruszam się bez amuletów :))) Dwie buddyjskie bransoletki, figurka Jizo – opiekuna podróżnych i żabka Kaeru (kaeru – po japońsku: powrót do domu)

    Ewo, życzę Ci kolejnych wspaniałych przygód!

Dodaj komentarz