Kirgistan. Żyjesz tylko dla siebie

Tagi: , , , , , , , , , , ,


Na przejściu granicznym Chiny-Kazachstan w Korgas, jednym z największych w Azji Centralnej spodziewałam sznura tirów, wijącej kolejki „mrówek”, czyli ludzi zajmujących się handlem w rejonie przygranicznym, przepychania, trąbień, nawolywań, pakunków w kraciastych ruskich torbach… Miejsce, które przypominało powyższy opis znalazłam dość szybko a tu zonk! To nie żaden tam terminal tylko centrum handlowe. W dzisiejszych czasach miejsce pierwszej potrzeby. Tablice informacyjne owszem były, lecz informowały jedynie gdzie jest punkt widokowy na .. Kazachstan (czyli majaczący w oddali step) a tez i za stosowną opłatą można było tez wykupić wycieczkę meleksem, którego trasa prowadziła wzdłuż siatki pasa ziemi niczyjej dzielącej oba kraje. Widok musiał być powalający, bo chętnych na wycieczkę nie brakowało. Słowo daję, nie jest trudno zadowolić turystę z Chin a marketing turystyczny nie musi opracowywać skomplikowanych strategii – wystarczy coś wymyślić, postawić kiczowate rzeźby, namalować strzałki i już jest atrakcja turystyczna za niemałą opłatą.

Change money, change money! Młody cinkciarz w końcu wskazuje mi drogę do terminalu i zachęca jeszcze raz.. „change money?. No dobra, to może jakąś kwotę wymienię, podobno po drugiej tronie nie ma takiej możliwości. Cena ustalona, chłopak coś tam liczy i wręcza mi zwitek pieniędzy. Chwilka chwilka! Zatrzymuję jego rękę wyciągniętą po moje pieniądze i zaczynam liczyć. I tu młodzieniec odwraca się na pięcie, biegnie do stojącego nieopodal kolegi i przybiega dając mi jeszcze jakiś banknot. A potem jak widzi że liczę do końca dodaje jeszcze dwa mniejsze. Stojący niedaleko starszy kolega po fachu śmieje się i niemal klepie mnie po plecach „Ot, molodiec dziewoczka! Parieszyła, mołodiec! (No, brawo dziewczyno, patrzcie no, policzyła!).

Terminal okazał się być wielkim, pustym holem w którym byłam jedyną odprawianą osobą. Po dostarczeniu odrobiny rozrywki pogranicznikom chińskim udaje się na drugą stronę. Do terminalu kazachskiego prowadzi 7 km drogi niczyjej ze wstążką ustawionych w kolejce tirów. I tak, jadąc wśród ich pozdrowień po ponad 8 miesiącach, trochę z żalem trochę z ulgą opuszczam Chiny.

I docieram do innego świata.

Fascynuje mnie niezmiennie, jak na przestrzeni kilku zaledwie kilometrów oddzielającej dwa kraje może zmienić się otoczenie – a w przypadku Chin takie doznania są gwarantowane. Począwszy swojskiego terminalu granicznego w stylu lat 80tych i kibelka z haczykiem w Kazachstanie niemal wszystko wydało mi się już swojskie. W pierwszej napotkanej wiosce i pierwszym napotkanym sklepiku napawam oczy znanymi mi wiktuałami – pojawił się chleb, w tym razowy i przetwory mleczne, słodkie bułeczki, oranżada, lodówki pełne piwa i półki pełne wódki. Dlaczego do diabła nie szło tego kupić kilka kilometrów dalej w Chinach ? Co prawda mam na myśli produkty z początku listy (w Urumczi jak chciałam twaróg to musiałam sobie zrobić sama), czy tez jak chciałam kupić wódkę na moją imprezę pożegnalną to tez się nachodziłam – chiński odpowiednik tego trunku to paskudne świństwo. Nieco później w knajpie zjadłam obiad składający się z kaszy gryczanej z gulaszem i surówką, pogadałam z miejscową ludnością wygrzebując z pamięci rosyjskie zwroty i myśląc z ulgą, ze przynajmniej w kwestii komunikacji i jedzenia teraz to już będzie z górki.

Kazachstan to dla mnie teraz jedynie tranzyt, niecałe 300 km – przecinam rożek tego olbrzymiego kraju i podążam do Kirgistanu nad jezioro Issyk kul póki jeszcze jest pogoda. Płaska jak stół droga, przy ktorej przez kilometry nic się nie dzieje daje przedsmak podróżowania po kazachskich stepach, ale tu na południu kraju jest lepiej, bo na horyzoncie majaczą góry. Czasami.

Na mało uczęszczaną, lokalną, otwartą jedynie w sezonie letnim granicę kazachsko – kirgiską w dolinie Karkary docieram już po zachodzie słońca – wieść gminna niesie, że choć granicę zamykają o 18.00, to można tam rozbić namiot i przenocować – „Nu, kanieszna, można” (pol. można oczywiście) odpowiada mi młody pogranicznik wskazując miejsce za ogrodzeniem, na tyłach budki strażników.


Po kilku minutach przychodzi pytając, czy może w czymś pomóc.
– Niee tam, w czym tu pomagać, dziękuję bardzo. Codziennie to robię
– Ale ja pomogę się rozbić. A może wody goracej przynieść w czajniku? Czaj zaparzyć można, umyć się.. my tu zawsze takim podróżnikom pomagamy, dużo tu takich nocuje
– A no to dobry pomysł faktycznie, proszę przynieść ten czajnik! I z góry dziękuję!
Woda i czajnik wraz z pogranicznikiem pojawia się niebawem
– A co tak sama? Nie straszno tak?
– No normalnie. Ja tak lubię, zresztą już przywykłam. A uważać trzeba zawsze, jak to w życiu wszędzie chyba
– A przyjaciela żadnego nie ma? Męża?
– No nie ma jak widać
– A co, boi się pani mnie? Nie ma czego!
– Dlaczego mam się bać? Nie boję się. Lampy świecą, ludzi sporo, żołnierze.. co mam się bać?
– To dobrze. To ja przyjdę po ten czajnik trochę później
Po pół godzinie zjawia się znowu
– No i co tam, w porządku? Czaj wypiła?
– Tak, wypiła, umyła się tez.. można zabrać, dziękuję
– A no to dobrze. A co się pani mnie boi?
No rzesz… Co on z tym baniem się. Jak jest czego czy kogo to się boję, ale dziś to nie jest ten przypadek w ogóle!
Mówiłam już że się nie boję bo nie ma czego. Dziękuję za wodę.
– A nie ma za co, rano tez przyniosę.
Teraz oględzinom zostaje poddany mój namiot.
A on to jedno czy dwuosobowy?
– Dwu! W sam raz dla mnie i moich rzeczy. Dobranoc! Odpowiadam, chowam się i głośno zasuwam suwak. Zaproszenia do środka nie będzie mój drogi chłopcze

Nie doczekałam się zapowiadanego na rano czajnika z gorącą wodą. Najwyraźniej nie zasłużyłam. Rano młodzieniec otworzył mi jakby nigdy nic szlaban, uśmiechnął się i już byłam w Kirgistanie.

Do jeziora Issyk kul dzieli mnie jakieś 130 km. Prowadząca od granicy droga doliną Karkary to absolutna uczta dla oczu i uszu, które oprócz rżenia koni nie mają okazji słyszeć wiele więcej no i męczarnia dla mięśni i roweru walczącego z kamienisto-szutrową nawierzchnią. Szutr ma wiele oblicz i akurat ta kirgiska nie należy do „bike-friendly” – spore, ostre i luźne kamienie sprawiają, że rower nie chce się toczyć – czasem wolałam go poprowadzić, a 50 kilometrów do asfaltu zajmuje mi cały dzień i utwierdza w przekonaniu, że to prawdziwa zmora mogąca skutecznie popsuć radość z innych doznań wzrokowo-dżwiękowych..

Gdzie nie spojrzysz na zboczach wzgórz pasie się bydło – owce, krowy, konie. Koni w Kirgistanie na pewno nie żal – maja to, co doceniam w życiu najbardziej – wolność. Kirgiz pomimo temu, co napisał kiedyś mistrz Kapuściński rzadko schodzi z konia i wyłania się na nim znikąd w momencie, gdy jest się przekonanym, ze nikogo nie ma w okolicy. – ileż to razy jestem pewna, że jestem w danym miejscu sama a potem dosłownie znikąd i do tego cichcem bo wszak koń nie ma ryczącego silnika, pojawia się koń z właścicielem na grzbiecie.

31 sierpnia w Kirgistanie przypadka Święto Niepodległości – tego dnia w 1991 po rozpadzie Związku Radzieckiego ogłoszono powstanie niezależnego państwa. Tęsknoty do czasów radzieckich są wciąż duże zwłaszcza wśród starszej ludności (A bo Rosjanie to wykształceni ludzie i chociaż trzymali tu porządek), ale ostatni dzień sierpnia to czas festynów i zabawy, tradycyjnych tańców i jedzenia.. żadnych tam pochodów z racami w ręku. Jestem akurat w Karakolu, jedynym z większych kirgiskich miast no to idę na obchody!

Może serniczka? Mniam!

Jezioro Issyk Kul to jedno z pierwszych miejsc, które kojarzyłam z nazwą Kirgistan. A kojarzyć zaczęłam.. no cóż, całkiem niedawno, kiedy to na jednym z festiwali podróżniczych obejrzałam pokaz zdjęć brata Damiana – jezuity służącego w Kirgistanie. Zapamiętałam tez, że jest tam, na południowym brzegu jeziora dom gościnno-rekolekcyjny, zbudowany przez Polaków jezuitów właśnie a że było po drodze postanowiłam go odwiedzić. W sezonie letnim dom w domu organizowane s ą obozy dla dzieci i młodzieży, ale rok szkolny za pasem i młodzież właśnie wyjechała.

Jednakże w ostatnią sierpniową noc dom także był pełen – pełen życzliwych i ciekawych ludzi. Spotkałam tam kilkuosobową grupę Polaków i nieco większa Uzbeków, głównie Rosjan z Uzbekistanu a nawet jednego Amerykanina Davida, którego marzeniem było zobaczyć Azję Centralną, wszyscy przyjechali porozmawiać o sprawach ważnych. Korzystam zatem.. z możliwości rozmów w języku ojczystym, ze słońca i błękitnego nieba, kąpieli w krystalicznej i zimnej wodzie Issyk kul czy wspólnej wycieczki w okoliczne góry. To był czas ważnych spotkań i rozmów a nasze kontakty bynajmniej się nie urwały, dzięki nim także moja podróż po Uzbekistanie była taka, a nie inna.. ale o tym w następnym wpisie).

Widok z plaży na dom wypoczynkowo-rekolekcyjny nad jeziorem Issyk Kul

Droga południowym brzegiem jeziora uchodzi za spokojniejszą, mniej turystyczną i bardziej malowniczą – początkowo po wyjeździe z Karakol dość wąska i zatłoczona potem się rozluźnia i uspokaja. Blisko jeziora biegnie jedynie na odcinku kilkudziesięciu km i są to z pewnością jedne z najpiękniejszych kilometrów tej podróży. Długie na 170 km, szerokie na kikanaście jezioro ciągnie się po horyzont i sprawia wrażenie morza. Pasma górskie 3-4 tysięczników, w które jest wciśnięte odbijają się od tafli wody a tutejsze zachody słońca to zwyczajny odlot w odcieniach purpury. Termin podróży również wydaje się być optymalny – początek września, kiedy to tłumy wczasowiczów wyjechaly, na plażach zwijano ostatnie parasole, ale jest jeszcze naprawdę ciepło.

Issyk Kul jak morze
w barwach jesieni
wymarła miejscowość wypoczynkowa
zachód słońca nad jeziorem Issyk Kul

Bokonayevo to spora miejscowość w centralnym miejscu południowego brzegu jeziora, tyleż znana co paskudna. To jedno z kirgiskich centrów turystycznych a tak naprawdę większa wioska z parterowa zabudową, połamanymi płytami chodnikowymi, kurzem wzbijanym na drodze przez pędzące marszrutki, a do tego nie ma dostępu do brzegu, zatem nie zamierzałam tu nawet się zatrzymywać – ale to ja zostałam zatrzymana. Uśmiechnął się do mnie miło i zagadał Haye – jak się okazało motocyklista z Holandii w solowej podróży po Azji. Fajnie jest czasem pogadać, więc skusiłam się na zostanie w w tym samym guesthousie, a gdy jeszcze się okazało, ze nazajutrz będzie niedaleko tzw. Birds of Prey Festival (można przetłumaczyć na Festival Ptaków Łownych) zwany tu Salbuurun szybko przekonałam siebie, ze droga nie zając, nie ucieknie.

Salbuurun to pokazy tradycyjnych technik i gier łowieckich, do których wykorzystywane są zgodnie z kirgiską tradycją ptaki drapieżne (orły i sokoły), konie i charty. Dla dobra obserwatorów obecnie jako przynętę wykorzystuje sie sztuczne zwierzęta (np. wypchanego lisa, który ciągnięty jest na sznurku przez jeźdźca na rozpędzonym koniu a tresowany orzeł nurkuje z powietrza i go porywa czy też walki drużyn na koniach, gdzie trofeum jest oryginalnie zabite zwierzę – najczęściej owca, w przypadku festwalu również wypchana). Gromadzący zarówno miejscowych jak i turystów festiwal wspominam z łezką w oku – ogromne wrażenie wywarły na mnie olbrzymie dostojne ptaki, które można było podziwiać z bliska, a szczególnie ich związek z właścicielami, którzy wychowują je od pisklaka. Wychowanie ptaka to długi proces, proces długiego oswajania ptaka z człowiekiem zanim nauczy się go odpowiednich zachowań. Obserwowałam młodych chłopców trzymających swoje młode ptaki i głaszczących ich z czułością. Festiwal to także pokazy wyrobu tradycyjnych tkanin, zaplatania włosów, budowania jurty czy też przewijania dzieci. Popatrzcie!

[

budowani jurty na czas

Było tez co zjeść! Spróbuj, czy nie za mało słone..?

Droga w kierunku Biszkeku prowadzi w dół malowniczym kanionem rzeki, a ja męczę się przy każdym obrocie pedałami – wiatr w twarz, który niemal nie dalej posuwac się do przodu do tego stopnia, ze chce się płakać z bezsilności. Udaje mi sie w ostataniej chwili dotrzeć do Biszkeku, gdzie w kościele katolickim (prowadzonym przez polskich Jezuitów własnie) ponownie spotkałam się z częścią grupy znad Issyk Kul i zabieram się z nimi do Kazachstanu, do Almaty – tylko tam mam możliwość wyrobienia nowego paszportu bo w starym miejsce na wizy i inne stempelki zwyczajnie się skończyło. Przyjdzie się po niego stawić za kilka tygodni, ale to juz zdecydowałam wcześniej opracowując trasę.

Po dość skąpym w wizualne doznania Biszkeku (wieczorem nie wychodźcie bez latarki, oświetlenie ulic niemal nie istnieje) leżące po drugiej stronie granicy kazachskie Almaty (dawne Alma – Ata) robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Almaty to powiew cywilizacji w Azji Centralnej. Nie za duże, nie za małe miasto, tyleż nowoczesne co tradycyjne z Warszawą ma wspólny mianownik – ilość mieszkańców (mniej więcej) i niedawno otwarta linię metra. No dobra, w Warszawie są już dwie, ale też budowano ją 20 lat z okładem. Najpiękniejsze jednak w Almaty są góry – te same tysięczniki pasma Tian Shan. Misja specjalna w Almaty odnosi sukces – wyjeżdźam zeń ze złożonym w ambasadzie wnioskiem paszportowym oraz świeżą wizą do Uzbekistanu. Bo tam właśnie postanowiłam pojechać w październiku.

Almaty

*Wiza do Uzbekistanu nie należy do najtańszych, choć wyrobienie jej już takim kłopotem nie jest. To kosztowny „interes” – w przypadku Polaków należy najpierw zaopatrzyć się (czytaj wykupić) zaproszenie w jednej z agencji za „skromną” kwotę kiludziesięciu dolarów a potem z tym papierkiem i następnymi 75 Euro udać się do ambasady po wizę. Uzbekistan to także wiele innych formalnych „atrakcji”, ale o tym będzie w następnym wpisie.

Kirgistan to także pierwsze od tygodni spotkania z rowerzystami. Całkiem ich tu sporo. Dróg z północy na południe jest niewiele – w zasadzie są dwie. Przydrożne pytania zapoznawcze mają dość przewidywalny charakter: skąd jesteś? Wyjechałaś z Pamiru czy dopiero tam jedziesz?

Nikt nie chce wierzyć, że do Pamiru (pasmo górskie w Tadżykistanie) nie jadę. Że październik, choć to słoneczny i suchy miesiąc jest już w moim, może laickim przekonaniu za zimny na eskapadę długości 2000 km po średniej jakości drogach w górach na wysokości ponad 3 – 4 tys. Km. I ze przejazd przez Pamir, miejsce z pewnością niezwykłe i będące na liście moich marzeń, nie jest obowiązkiem każdego rowerzysty. Nie byłam nań przygotowana fizycznie, mentalnie ani sprzętowo. Tylko tyle i aż tyle.

– A co ty tam wieziesz w tych sakwach? Dopytuje napotkana na podjeździe solo rowerzystka z Holandii. Podczas, gdy ja pcham rower zatrzymując się co chwilę by złapać powietrze, ona chop-siup mnie dogania i wyprzedza… jej rowerowy ekwipunek spełnia standardy modnego ostatnio backpackingu – żadnych sakw, jakieś przytroczone do roweru paczuszki i jeden większy pakunek na bagażniku…
– No… same potrzebne rzeczy.. odpowiadam
– Czyli co konkretnie? wzrokiem ogarnia zjawisko, jakim jestem. Ile masz par butów? Jakie konkretnie? A koszulek? Jestem odpytywana z zawartości sakw. Ja mam dwie, spodnie długie, jedne buty.. kontynuuje. Patrzę na jej ciężkie obuwie w ten gorący letni dzień i robi mi się słabo.. no fakt, jest trochę ciężko z przewożeniem jedzenia, ale bez zbędnego bagażu ma się taki wolny umysł! tłumaczy koleżanka po fachu. No bo jak można wieźć kilka koszulek chociazby. Czy spodenek. Nie zawsze jest możliwość prania.
No właśnie, nie zawsze jest możliwość prania. Ja wiozę kilka, żeby mieć czyste.
No w sumie można, ale to jest.. i tu się zawiesza
– No właśnie, ale to jest co..? jakie to jest? Głupie? Zapewniam Cię, że mój umysł jest również absolutnie wolny.. Jeśli jadę z tym od lat kilku to znaczy, że te rzeczy są mi potrzebne. A to ze muszę potem to wszystko dźwigać to fakt, dość przykra konsekwencja, ale co zrobić.
– Przepraszam, trochę głupio wyszło. Będę jechać..
– ok, a ja sobie dalej popcham
– Ale ze co, za stromo?
– Dokładnie tak! Dla mnie za stromo

Spotkania z rowerzystami właśnie takie są – różne, tak jak różni są ludzie. To nie tylko wymiana grzecznościowych formuł czy tez porad. To oglądanie swoich bicykli i wyposażenia. Nie daj Boże, by był większy niż ustawa przewiduje! Otrzymasz wtedy szereg rad, jak to coś, co masz wcale nie jest Ci potrzebne. Że możesz zakupić jedną koszulkę np. z wełny merino, bo ona po kilku dniach noszenia nie śmierdzi – coś z tego, próbowałam, nie dam rady tego nosić, szczególnie w upale, nie mówiąc już, ze nie znoszę obcisłych koszulek. Tak samo jak nie znoszę rowerowych koszulek w ogóle, bo sztuczny materiał, z którego są wykonane wręcz mnie parzy. Że spać można w dresie.. owszem, praktykuję, ale w gorącym klimacie dres odpada i mam zboczenie, by po umyciu się wskoczyć wtedy w swój najcieńszy jaki można było dostać bawełniany zestaw piżamowy. Mam wtedy namiastkę domu, oddzielam dzień od nocy. Itepe, itede. So… Leave me alone!!!

A tak na marginesie, bo to bardzo w powyższym temacie – właśnie dziś Heike Pringurber, czyli Pushbikegirl opublikowała wpis na temat optymalizacji swojego sprzętu na wyprawę, gdzie i ja dodałam swoje trzy czy pięć groszy – zachęcam do przeczytania TUTAJ (po angielsku i niemiecku).

Na przejazd przez Kirgistan, z północy na północ z Biszkeku do Osz pozostaje mi jakieś 12 dni, ok 600 km i trzy przełęcze ponad 3 tys km. Po powrocie z Almaty jadę jeszcze na plebanię odebrać rower.

– To dokąd teraz? pyta brat Damian.
– Ano do Osz
– O! ja do Osz jutro jadę samochodem. Może podrzucić? Ale co ty potem na fejsbuka wrzucisz? Żartuje
– Ja fejsbuka poinformuję o popełnionym przestępstwie, proszę się nie martwić

Tak moi drodzy, popełniłam przestępstwo. Dałam się podrzucić na pierwszą przełęcz, a nawet drugą! I była to naprawdę świetna decyzja. Od dawna myślałam o tym, by pierwszy odcinek głównej droga z Biszkeku do Osz pokonać jakąś komunikacją – to że to wjazd z 600 metrów na ok. 3500 przełęcz Too Ashu potraktowałabym w kategoriach wyzwania i tyle. Najgorsze jest to, że szczególnie na tym właśnie początkowym odcinku to droga bardzo ruchliwa i wąska bez możliwości kempingowo-noclegowych do samej pierwszej przełęczy.. potem się już zdecydowanie luzuje. Obserwując toczące się tam wolno pojazdy cieszyłam się, że nie muszę wdychać tych śmierdzących spalin i odskakiwać co chwila na bok na dźwięk klaksonu. Najgorsze dla rowerzysty czyha jednak na samej przełęczy – to ok 3 kilometrowy tunel, który był najgorszym, jaki w życiu widziałam. Wąski, nie oświetlony, kompletnie bez pobocza – po wypadku, kiedy to kilkanaście lat temu zderzyły się w nim samochody blokując ruch, poziom spalin stał się tak duży że kilka osób się w nim udusiło – przejazd rowerem jest niemożliwy. I dobrze – nawet nie próbujcie! Horror.

Brat Damian zostawia mnie na przełęczy a ja nie nadążałam wkładać na siebie ubrań, taka pizgawica. Trzeba czym prędzej stoczyć się choć trochę niżej i znaleźć miejsce na nocleg. Na szczęście nie jest to trudne. Polowa września to czas, kiedy pasterze zwijają tzw. jaloo – czyli miejsca koczowania pasterzy podczas letniego wypasu owiec. Gdzieniegdzie jeszcze składają jurty – swoje prowizoryczne domy i pędzą stada niżej, gdzie zwierzęta mają szansę przeżyć zimę. Ślady jaloo to okrągłe wydeptane klepiska, ścieżki, ślady palenisk, zwierzęce odchody.

kemping na opustoszałym jaloo

Zalew Toktogul

Wzdłuż rzeki Naryń

Któregoś dnia wiatr jest zbyt silny, by rozstawiać namiot, ale udaje mi się dotrzeć do wioski pytając o jakiś nocleg. A tak, jest tu taka jedna, ona turystów już nocowała u siebie – zaraz zadzwonię! przydrożny sklepikarz wyciąga sfatygowany telefon. Po pól godzinie siedzę w cieplej kuchni. Młodziutka gospodyni miesza w garnku, gdzie pyrkają kartofle z baraniną, co chwila też zrywa się dolewając do czarek herbaty, którą kirgiskim zwyczajem słodzi się konfiturami tudzież miodem. Przy stole siedzi przeuroczy 2-letni maluch, którego twarz nieustannie rozświetla uśmiech, zwłaszcza gdy dostaje do oblizania łyżeczkę słodkości. Po drugiej stronie pól siedząc-pół leżąc zerka to na mnie to na telewizor gospodarz. Pada zestaw stałych pytań…
– A czemu sama?
– Ano tak.. bo tak lubię
– Mąż musi być, dzieci też. Kto potem na starość pomoże?
No to prawda. Ale u nas w Europie to dość powszechne. Dziewczyny nie pchają się do wychodzenia za mąż i coraz częściej nie chcą mieć dzieci. Ze mną jest podobnie
– Tak, słyszałem. też znam taką jedną.. nasza dziewczyna, ale w Europie mieszkała. W głowie jej się tam poprzewracało. Ona też nie chce męża, ani dzieci. A ja swoją porwał i co – źle jest? (W Kirgistanie wciąż żywy jest zwyczaj porywania swoich przyszłych małżonek). Porwał, założył białą chustkę na głowę i moja jest. Trojkę dzieci mamy – dwoje tu, jedno u dziadków w Naryniu – tam jest przedszkole. Życie się toczy.

Tu zacytuję fragment książki Ludwiki Włodek „Wystarczy przejść przez rzekę”…..:„Region issykkulski znany jest bowiem w całej Kirgizji z największej liczby porwań kobiet. Chłopcy, zamiast iść do dziewczyny i prosić ją lub jej rodziców o rękę, organizują kolegów i kradną wybrankę. Porwania różnią się w detalach, ale scenariusz jest podobny: dziewczynę napada się znienacka na ulicy, siłą wsadza do samochodu i wywozi do domu mężczyzny, który upatrzył ją sobie na przyszłą żonę. Na miejscu kobiety z jego rodziny przekonują ją, żeby zgodziła się za niego wyjść. Namawianie trwa czasem kilka godzin, czasem nawet wiele dni, ale prawie zawsze na koniec dziewczęta mówią „tak”. Wtedy odbywa się wesele…”

Patrzę na małżonkę. Ładna, szczupła dziewczyna. Chustka dość dokładnie zakrywa jej włosy.
– Ile pani miała lat? pytam
– 18 gdy porwał, 19 gdy się pobraliśmy
– No, a jakby go pani nie chciała, no jak dziewczyna nie chce mężczyzny, co ja porwie, to co może zrobić?
– nic nie może – odpowiada wciąż uśmiechając się młoda gospodyni
Patrzę na malucha i myślę sobie, że naprawdę wyglądają na szczęśliwą rodzinę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pan domu kontynuuje:
– jakby tu te wasze zwyczaje dotarły to też by tak u nas się porobiło – męża by nie chciały. Co to za życie bez rodziny. Kto pani na starość pomoże? czuję na sobie karcący wzrok. Dla kogo pani żyje – dla siebie. No tak, dla siebie tylko. Co to za życie.

Dodano 3 myśli na temat “Kirgistan. Żyjesz tylko dla siebie

  1. Witaj Ewo,po długim „niewidzeniu”- przeczytałam ten wpis z dużym zainteresowaniem. To jednak niezwykłe doświadczenie tak podróżować jak Ty to robisz. Chylę czoła i zazdroszczę determinacji i odwagi.

Dodaj komentarz