Good morning Vietnam

Tagi: , , ,

„Czaj?” – spytałam wskazując na przykryty garnek w przydrożnej garkuchni gdzieś przy drodze prowadzącej przez górzyste tereny Wietnamu za laotańską granicą. To był mój drugi dzień w tym kraju i jak to w takich przypadkach bywa uczyłam się tutejszych zwyczajów. Wygląda na to, że z głodu tu nie zginę, a do dodatkowych bonusów należy zaliczyć garnek z herbatą, który jest obowiązkowym wyposażeniem każdej jadłodajni.

„Da, zielionyj” odpowiedziała kobieta

Spojrzałyśmy na siebie orientując się, że nieoczekiwanie konwersacja zaczęła przebiegać po rosyjsku. Odetchnęłam z ulgą – wyciąganie z zakamarków pamięci obcych słów uczonego jeszcze w szkole języka jednak było prostsze niż pokazywanie wszystkiego na migi. Nie zdawałam sobie sprawy, że język rosyjski może mi się przydać w tym zakątku ziemi.

I nie było to pierwsze spotkanie z tym językiem. Już w Laosie podróżując jeszcze z Chiragiem po złapaniu gumy skorzystaliśmy z pomocy mieszkającego nieopodal człowieka. Gdy zorientował się, że jestem z Polski spytał „Gawarisz pa ruski?” i dzięki temu nawiązaliśmy nić porozumienia, która skończyła się kolacją i noclegiem w jego domu.

Kilkakrotnie jeszcze miałam okazję porozumieć się w języku naszego Wielkiego Brata ze wschodu z zupełnie nieoczekiwanych sytuacjach. Tak, wiedziałam, że zarówno Laos jak i Wietnam to kraje komunistyczne, ale jakoś nie spodziewałam się ujrzeć krajobrazu rodem z Polskiej Kroniki filmowej. Powiewające na wietrze czerwone flagi z gwiazdą tudzież sierpem i młotem, przydrożne plakaty z cyklu „Budujemy nowy dom”, „kobiety na traktory” i tym podobne. Rankiem o 5-tej rano budzi mnie wylewająca się z megafonów muzyka z cyklu „do roboty, do roboty!” a o 6-tej słychać podkład do porannych ćwiczeń. Okazuje się też, że wielu Wietnamczyków i Laotańczyków żyło i pracowało w Rosji.

„Dlaczego jeździsz sama?” spytał funkcjonariusz policji kończąc notowanie mojego nazwiska w zapisanym gęsto notesie, gdy zatrzymałam się na nocleg w przydrożnym kościółku w domu pastora. Pozwolił mi tam zostać, ale kilkakrotnie w podobnej sytuacji, w domach prywatnych tudzież kościele musiałam sobie pójść.

W stolicy Laosu Vientiane, chciałam przenocować w tamtejszym kościele. Jedyny kościół katolicki w okolicy, jeden z bodajże trzech na terenie kraju. Na moją prośbę ksiądz proboszcz zadumał się, podrapał w głowę i powiedział „to nie takie łatwe. Co wieczór przyjeżdża policja skontrolować teren kościoła. Nikt obcy nie może tu przebywać, jeśli tak się stanie będziemy musieli zapłacić karę. Sam nie mogę podróżować na północ kraju. Jesteś z Polski, u was było podobnie – liczę na to, że zrozumiesz. Kościół to wróg systemu, mamy związane ręce”.

Oczywiście, ze rozumiem, choć jest to dla mnie szok. Niewątpliwie podróż wciąż mnie czegoś uczy.

W Vientiane rozstaliśmy się z Andrew, a ja jeszcze przez dwa dni kontynuowałam drogę na północ Laosu z Chiragiem, powtarzając jedyny raz podczas tej podróży ten sam odcinek drogi w Laosie, który przebywałam w ubiegłym roku w tym samym czasie. Ponownie pchałam rower pod górę, ale nie było wyjścia – chciałam dotrzeć do słynnej Równiny Dzbanów (Plain of Jars). To płaskowyż w północno-wschodniej części Laosu, pokryty skupionymi w kilku miejscach kamiennymi urnami, których pochodzenie nie jest wciąż potwierdzone. To jedno z miejsc, które było na liście moich marzeń, odkąd prrzeczytałam ksiażkę Kingi Choszcz „Prowadził nas los”. Spacer o zachodzie słońca pomiędzy dziesiątkami kamiennych urn będzie jednym z najlepszych wspomnień z Laosu.

Z Chiragiem spotkamy się jeszcze w Wietnamie. To niezwykle pozytywnie zakręcony chłopak i świetny towarzysz podróży. Myślę, że zna mnie już lepiej (i vice versa) niż niejeden znajomy.

Wietnam przywitał mnie deszczem i długim zjazdem. Zaatakował zielenią, której tak bardzo brakuje po drugiej stronie pasma górskiego. To jakiś przyrodniczy fenomen, ze ta część półwyspu indochińskiego przyciąga deszczowe chmury i to zapewne tez sprawa innej organizacji pracy, że w Wietnamie pola ryżowe się zielenią podczas gdy zaledwie 100-200 km dalej w Laosie zamiast pól ryżowych widzę suche rżysko.

Wietnam jest zielony. Chyba nic nie jest w stanie konkurować z bijącą w oczy jaskrawą zielenią pól ryżowych. Są piękne.

Nic też, chyba nawet Chiny nie są w stanie konkurować z ogłuszającym i wwiercającym się w głowę rykiem klaksonów, który dopadł mnie na wietnamskich drogach. Przekroczenie granicy z Laosem przenosi mnie w inny świat. W Wietnamie żyje około 70 milionów obywateli, Laos zamieszkuje tylko 6 milionów. W Laosie nikt się nie spieszy, w Wietnamie każdy pracuje świątek-piątek i pędzi gdzieś rozdzierając powietrze rykiem tysięcznego skuteru i trąbieniem setnej ciężarówki, która ani myśli przepuścić rower.

Sprzedająca pomarańcze przy drodze kobieta przywołuje mnie gestem i szerokim uśmiechem. Dobre pomarańcze, spróbuj! Próbuję – dobry, to może kupię ze dwa, na dużo nie mam miejsca. Cena? Kobieta z uśmiechem podaje cenę 50 000 dongów, co jest równowartością 2,5 dolara. Ponad dolar za jedną pomarańczę! Nie ma mowy, to jakiś żart. Eh, odjeżdżam z niesmakiem. Moja biała twarz winduje ceny kilkakrotnie.

Pomimo dziesiątek przydrożnych pozdrowień trudno mi już zorientować się, który uśmiech jest szczery.. Ludzie przywołują, łapią za ręce i namawiają, żeby coś od nich kupić. W przypadku odmowy mamroczą coś pod nosem z niezadowoleniem. Nie chcesz nic kupić to odjedź, nie zasłaniaj sklepu, ktoś inny może podjechać! Targowanie się nie jest moją dobrą stroną, a podawane ceny często są śmiesznie wysokie. Chcę gdzieś uciec od tych ludzi, ale nie bardzo jest gdzie.

„Możesz tu przenocować, nie chcę pieniędzy, pomogę Ci” powiedział młody człowiek z dzieckiem na ręku gdzieś w przydrożnej wiosce udostępniając mikroskopijny pokoik z ogromnym łóżkiem. Inny zaprosił na obiad. Pozwolono mi za darmo rozstawić namiot przy szkole, na terenie parku narodowego, przed guesthousem. Spotkane na ulicy dziewczynki zaciągneły na lekcję angielskiego i wciąz piszą do mnie przez fejsbuka. Kilkakrotnie nocuję na terenie parafii – w Wietnamie jest sporo katolików i sytuacja z kościołem wygląda dużo lepiej niż w Laosie (choć przy kolacji słyszę od księdza „policja w Wietnamie.. bardzo, bardzo zła”). Codziennie spotyka mnie mnóstwo przemiłych, przyjaznych gestów, które mieszając się z tymi mniej pozytywnymi wprowadzają zamęt w mojej głowie.

Podobnie jak Chiny, Wietnam jest krajem, który nie pozostawi nikogo obojętnym. Po dwóch tygodniach wiem, że to nie moje miejsce na ziemi. Nie taki był plan, ale trzy miesięczna wiza nie będzie jednak przydatna. Plany są po to, by je zmieniać. Ostatnio niestety zajmuje mi to dużo czasu i pochłania dużo energii.

Good morning i…. good bye Vietnam. Już wkrótce.

Dodano 5 myśli na temat “Good morning Vietnam

  1. Z Chiragiem spotkamy się jeszcze w Wietnamie…..napisałaś
    To co spowodowało,ze się rozjechaliście ? Gdzie on sobie pojechał?
    Jak jeździliście we trojkę byłam spokojna. W tych komunizmem zaprawionych państwach nigdy nie wiadomo co władzy strzeli do łba.
    Zdjęcia dzieci zawsze oglądam ze szczególną przyjemnością.Są radosne i szczęśliwe bez względu na ustrój i stan majątkowy.

    1. Gdzie on sobie pojechał 🙂
      On sobie pojechał swoją droga oblecieć Laos i Wietnam od północy, ja tam (w Laosie) juz byłam i chciałam zobaczyć Równinę Dzbanów. Poza tym ja wymiękam w tym upale w górach z tym cięzkim rowerem.
      W Wietnamie spotkalismy się znowu, znowu rozjechaliśmy, znowu się może zobaczymy za kilka dni… Nie ma się o co martwić, choć muszę przyznać, że przyzwyczaiłam się do towarzystwa. Fakt, że te komunistyczne kraje wciąż mnie zaskakują, ale przynajmniej jest superbezpiecznie!

Dodaj komentarz