Laos – Learn, live, love

Tagi: , , , ,

 

 

Gdzie mogę kupić osła? Takiego z ostrymi zębami.

Z rozbawienia łzy napływają mi do oczu. Tłumaczenie na migi zawiodło, zatem moi obecni towarzysze podróży, Chirag i Andrew sięgnęli po ukrytą broń czyli tłumacza google i tworzenie coraz bardziej bezsensownych zdań sugeruje przepalenie złącz w głowie. Zapadła już noc, jesteśmy zmęczeni i jedyne co nas interesuje to rozstawić namioty i paść na tą piaszczystą glebę na terenie jak nam się wydaje nieużywanej od dawna szkoły, ale nie, nie ma bata, grupka nastolatków oraz ledwo trzymający się z chmielowego zmęczenia lokals ani myślą odejść. Zwłaszcza jedna rezolutna osóbka wciąż coś do nas mówi i mówi, chyba o coś pyta, ale żadne z nas nie ma pojęcia o co. Zrezygnowani zaczynamy odpowiadać każde w ojczystym języku. Something like that jak zacięty dyktafon odpowiada na każde pytanie Andrew, Chirag zdaje się deklamuje poezję w języku hindi a ja powtarzam tabliczkę mnożenia po polsku. A poza tym wszyscy zdrowi myślę sobie. Najwyraźniej jednak nasz słowotok wydał się zapewne interesujący, bo po chwili w świetle latarki widzimy podręcznik do angielskiego. Teraz mamy już pełne pole do popisu – można chociażby wytłumaczyć nasz status rodzinny. Mi przypada rola matki (pięknej i grubej), Andrew to ojciec a Chirag, którego twarz okala całkiem długa broda zostaje naszą córką. Tak, tak, a poza tym wszyscy zdrowi.

Marzec. Nie, w tym zakątku ziemi nie pada i nie ma szaroburych chmur. Z dnia na dzień słońce coraz bardziej praży, a noce w namiocie bardziej męczą niż dają wytchnienie po całym dniu. Zaczyna się pora gorąca i powoli dochodzę do wniosku, ze z tego jechania to najbardziej lubię siedzieć w cieniu. Pedałowanie w stronę równika nie daje też perspektyw na poprawę sytuacji – tam będzie zwyczajnie jeszcze gorzej – goręcej, wilgotniej.

Gdy na to tajskie nicnierobienie przychodzi propozycja od Chiraga, poznanego kilka tygodni wcześniej w Tajlandii podróżnika rowerowego z Indii, żeby zmienić azymut, dołączyć do niego pedałującego przez Laos do Wietnamu na początku nie biorę tego poważnie i w myślach pukam się w czoło.

No bo:

– przecież ja jadę w zupełnie odwrotnym kierunku i zmierzam w stronę Malezji (w tym miejscu bardziej zainteresowanych odsyłam do spojrzenia na mapę)

– w Laosie już byłam

– nie chciałam nigdy przecież jechać do Wietnamu (mnóstwo ludzi, mnóstwo motorów, natarczywe klaksony, naciąganie białasów na kasę etc. )

– przede wszystkim to ja jeżdżę SAMA a nie w grupie, O!

Po czym zaczęło mi się w głowie przewracać.

I tak sobie leżąc na pustych tajskich plażach po raz pierwszy od wyruszenia z domu poczułam, że mój CEL gdzieś się zawieruszył. Bo nawet ta moja bezcelowość w podróży jakiś cel zawsze ma. I że trochę czasem mi smutno samej. I że jakoś wcale nie idzie mi obmyślanie planu dalszego. A potem, że Chirag to bardzo ciekawy młody człowiek podróżujący z CELEM właśnie (jego motto to Learn, Live, Love) i fajnie by było z nim trochę dłużej porozmawiać, bo po ostatniej rozmowie pozostał mi niedosyt. No i tak na dousprawiedliwienie kiełkującej w głowie decyzji, że przecież w południowym Laosie jeszcze nie byłam. I może by tak wcale nie odżegnywać się od tego Wietnamu, tylko wyrobić sobie własną o nim opinię. I że Wietnam to jedna z najlepszych miejsc, gdzie można zarobić jako nauczyciel angielskiego a mój następny etap podróży to zahaczenie się gdzieś do pracy, żeby podreperować fundusze. Przynajmniej taki jest plan na dzień dzisiejszy.

I w związku z tym dwa nocne pociągi i kilka dni pedałowania dalej

– jestem w Laosie

– jadę w duecie w porywach do tercetu, bo dołącza do nas Andrew

– właśnie wyrobiłam wizę do Wietnamu i tam się kieruję

Zastanawiam się jedynie, czy na pewno wszystko ze mną w porządku.

Laos jest leniwy. Laotańczykom zdecydowanie nic nie zabiera czasu tak bardzo jak przysypianie. To jakiś jednak inny typ lenistwa niż to tajskie nicnierobienie. I choć ludzie są mili mam wrażenie, że tutejsze lenistwo skutkuje bylejakością. Nie znalazłam drzwi, które by się domykały, zasuwki, które by się zasuwały, zlewy, które by nie ciekły. Choć ukształtowanie terenu jest podobne do Tajlandii niemal nie widzę upraw. „Chińczycy wykupują wszystko” słyszę. No cóż, ta nacja wie, jak się robi biznesy.

Dostosowujemy tempo do lokalnych zwyczajów, pory roku oraz do siebie. Chirag obiecał mi przejście z rowerowego „fly mode”, który najbardziej charakteryzuje jego rowerowe tempo na tryb bardziej umiarkowany co w praktyce oznaczało jechanie połowy swojego zwyczajowego dystansu. Andrew na szczęście tak jak ja nie jest w stanie jechać w upale w związku z tym mogę cieszyć się codzienną przerwą na odpoczynek w okolicach południa. Ja natomiast staram się przyspieszyć ruchy głownie rankiem, co róznie mi wychodzi, ale proszę mi wierzyć, że się staram.

Toczymy się razem dużą ilość energii inwestując w odpowiadanie na wszechobecne dziecięce pozdrowienia „Sabadee”, podbieranie wody z automatów na stajcach benzynowych oraz na… poszukiwanie jedzenia.

Nie ma co zjeść. No Sabadees, give me food! krzyczy Chirag do zdzierających w pozdrowieniach płuca dzieci. Jedyną dostępną potrawą zdaje się być w Laosie wszechobecna, znienawidzona, niezjadliwa, niesmaczna, niekaloryczna, nieśmiertelna „noodle soup” czyli zupa kluskowa (garść kluch ryżowych zalanych wodą, z kilkoma skrawkami chabaniny i kupą zieleniny). Nie możemy już na nią patrzeć, a ze cena też nie zachęca do zakupu po raz pierwszy odkąd jestem w Azji Południowo-Wschodniej zaczynamy własne kucharzenie. Ileż radości daje mi jajecznica z pomidorami na kluskach instant! Niebo w gębie! Pracujący (tak, czasem jednak zdarza się, że ktoś tu pracuje) nieopodal robotnicy podchodzą i z zazdrością zaglądają nam w gary.

Nocujemy głównie przy szkołach przyjeżdżając o zmierzchu i starając się zwinąć manatki zanim dotrą dzieci, co wcale nie jest proste, bo te potrafią zjawić się przed siódmą (szkołą zaczyna się o 8mej) w milczeniu obserwując spektakl zwijania naszego obozowiska. A że rano do szkól przyjeżdża też z gorącymi garami „pani zupa kluskowa”, żeby nakarmić dzieci często dosiadamy się do porannego uczniowskiego śniadania, które ma tą niewątpliwa zaletę, że jest tanie, w przeciwieństwie do wszystkiego innego w Laosie. Laos najzwyczajniej w świecie jest drogi.

Monotonię krajobrazu południowego Laosu (głównie równina) urozmaicają wysiłki moich towarzyszy, którzy robią wszystko, żeby zabić nudę. Stawanie na jadącym z górki rowerze, drogowe śpiewy karaoke (Chirag, zapłacę Ci, żebyś przestał), wyścigi rowerowych zaprzęgów, slalom czyli trening przed jazdą rowerem po Indiach i generalnie gadanie od rzeczy to mały wycinek ich repertuaru. Nie, nie nudzę się bynajmniej i choć droga bywa monotonna nie brakuje mi emocji. Szczęście, radość, podniecenie, smutek, gniew, lęk… cała paleta przetacza się przez mój umysł wyrywając zmysły z mojego singielskiego letargu.

Laos. Learn. Live. Love.

Laos. Ucz się, żyj, kochaj.

Wszystko w temacie.

Dodano 12 myśli na temat “Laos – Learn, live, love

  1. Ewo, w kupie zawsze raźnej. Wszak człowiek jest istotą społeczną- tak ujął tą prostą myśl Arystoteles.
    Epizod z towarzyszami podroży niech trwa jak najdłużej. Czego Ci życzę z okazji drugiego dnia Świąt.

  2. Ewo, cieszę się, że masz tymczasowych współtowarzyszy podróży i czekam na dalsze relacje 🙂 Wrocław pozdrawia!

  3. Ewo,miło się czyta jak się „turlacie na rowerze” do Wietnamu:) czekam na więcej.
    Andrew na fotce wydaje mi się znajomy.Chyba spotkałem go w lecie ubiegłego roku w IT na pięknym szlaku Ciclovia alpe adria.Powiedział,że jest z USA i wraca z Wietnamu.Pomógł mi swoim GPS-sem wrócić do innej miejscowości. Jeśli tak to pozdrawiam .A być może to tylko podobieństwo ,mogę się już mylić 🙂
    Pięknej Drogi życzę i pozdrawiam z zasypanej śniegiem stolicy Polski.

  4. Dziękuję wszystkim za życzenia 😉

    No cóż, w święta pchałam rower przez góry Laosu i nie dane mi było poczuć atmosfery. Kościołów tu też nie ma, jedyny jaki spotkałam, główny był w stolicy czyli Vietiane, gdzie niestety nie mogłam przenocować gdyż jak mi powiedziano policja co wieczor sprawdza czy ktoś niepożądany nie przebywa na terenie kościoła…jak jest to wlepiają karę. Niestety Laos to kraj komunistyczny, kościół jest represjonowany jak u nas 40 lat temu – wróg publiczny numer jeden.

    Andrej – to jednak nie ten Andrew, a do śniegu mi pomimo tutejszych upałów nie tęskno.

    Po 3 tygodniach towarzystwa jadę ponownie solo. Andrew wrócił do Anglii a Chirag pędzi w swoim zawrotnym tempie,bo został mu jedynie miesiąc do zakończenia podróży na południu Wietnamu.

    1. Mira, dziękuję za pamięć, wiem, wiem, znowu zaniedbałam.. jestem w Wietnamie od niemal dwóch tygodni i planuję jak tu szybko uciec.. ponieważ ponownie jadę w towarzystwie znowu jest problem z pisaniem.. w ciągu kilku dni nadrobie, obiecuję!

Leave a Reply