Strawberry fields forever

Tagi: , , ,

A co u Ciebie?

Co u mnie? No… przyjechałam.

Na ile? Kiedy wracasz? Zdążymy się spotkać?

Tak właśnie. Nie „wróciłam” a „przyjechałam”. To jest odpowiedni czasownik.

Zadziwiające, że nikt nie formułuje pytania inaczej. Już mnie znacie.

Nie wiem jeszcze na ile. Tym razem bilet był w jedną stronę. Pewnie zejdzie się ze 2 miesiące. Albo i trzy, zobaczymy zresztą.. Załatwić parę pilnych spraw. Zaplanować przyszłą drogę. Odświeżyć spojrzenie na świat i siebie, złapać oddech. POROZMAWIAĆ.

Do płuc wpada rześkie, wiosenne powietrze. Może trochę zbyt rześkie jak na późnomajowe standardy, bo zaraz się przeziębiam, ale najważniejsze, że nareszcie można w ogóle oddychać. Maj. Najpiękniejszy miesiąc roku. Uświadamiam sobie, że od 4 lat nie było mnie w Polsce w maju. To niemal przestępstwo! Świat się odradza, tonie w świeżej zieleni, kwitną bzy, konwalie, wszystko kwitnie. Zdążyłam na kwitnące bzy!

A jak Ci tutaj?

Wgryzam się w truskawki, o smaku których jeszcze niedawno marzyłam, snując opowieści o tym, jak to tam, na azjatyckiej ziemi są wręcz absurdalnie drogie – jakieś 20 dolarów za kilogram!. Przed oczami przewijają się sceny z ostatnich miesięcy życia jak kadry z filmu. Kadry, w niektóre samej ciężko jest mi czasem uwierzyć siedząc na wygodnej kanapie. Ta zadziwiająca zdolność umysłu do odrzucania tego co gorsze, co złe. Wybiera te najpiękniejsze momenty i powtarza je w nieskończoność. Może nie zawsze?

Kadr pierwszy. Laos. Jak dostałam ten e-mail, list od Ciebie koleżanko przeczytałam go na jakiejś stacji benzynowej rozpływając się z gorąca, łzy napłynęły mi do oczu i starając się je powstrzymać wyszłam niby do wychodka gdzie już pociekły już ciurkiem i siedziałam tam nie chcąc wyjść i nie chcąc ich pokazywać światu i jemu, ale się nie udało. Umyłam twarz, wróciłam i pociekły znowu. Ty płaczesz? Co się stało? spytał a ja nie wiedziałam co powiedzieć. Siedzące nieopodal kobiety w milczeniu patrzyły się na tą niecodzienną scenę myśląc zapewne, że się pokłóciłam z towarzyszem podróży a on tez siedział zdezorientowany i trochę bezsilnie starając się mnie pocieszyć. Zaczęłam tęsknić.

Kadr drugi. Wietnam. Świat, który nieustannie głosem klaksonu spycha mnie na pobocze i obezwładnia gorącem. Z dnia na dzień jest mi coraz gorzej. Codziennie przeszukuję internet z nadzieją że pomoże mi podjąć decyzję i uniknąć tej szarpaniny. W końcu kupuję bilet, a nawet dwa – w Tajlandii zostawiłam trochę swoich rzeczy. Pożegnania, od których pęka serce. Samotność oznacza wolność? Wolność to dla mnie wartość nadrzędna, ale ostatnio nie wiem co wybrać, choć dotychczas stawiałam na wolność.

Kadr trzeci. Ponownie Bangkok. W środku nocy docieram do domu hosta o imieniu Toom, który prowadzi mnie na piętro domu do pokoju. Stoją w nim trzy łóżka, na jednym ktoś śpi. Kuchnia oblepiona jest dziesiątkami kartek, karteczek, karteluszek, pocztówek, rysunków i zdjęć ze słowami podziękowań. Wygląda na to, że to miejsce z tradycjami, które niejednego podróżnika przyjęło w gościnne progi. Rankiem budzę się, robię sobie herbatę, potem kawę, wygrzebuję jakieś ciastka na śniadanie. Nie widzę nikogo. Mija 10ta potem 11ta. Mija południe – bez zmian. Jestem sama? Dziwnie się czuję, nawet nie wiem dobrze gdzie jestem a muszę coś kupić, wyjść.. dziwne uczucie, sama w nieznanym, dużym domu. W końcu niemal o 13tej ktoś się wynurza z drugiego pokoju. To dwóch młodych Rosjan, których spotkałam w kuchni poprzedniej nocy popijając piwo. Nie wzbudzają jakoś mojego zaufania, ale na szczęście pojawia się i gospodarz.

W ciągu kilku dni, które spędzam w jego domu powoli przyzwyczajam się do panującego tu trybu życia. Twarze zmieniają się. Są jacyś Francuzi, którzy jakiś zabawny Hiszpan, który wybiera się do Birmy, parka spieczonych na raka Rosjan, przystojny Niemiec Alex, który od niemal 3 lat podróżuje po Azji i chyba nie spieszy mu się do Europy bo wygląda na stałego mieszkańca domu. Toom przyjaźnie zajmuje się każdym gościem, rozmawia, sprząta, zmienia pościel. Zastanawia mnie co pcha ludzi do tego rodzaju zachowań, do otwierania innym na oścież swojego domu i życia.

Obezwładniajaca duchota, która codziennie popołudniu kończy się potężną ulewą. Pot nieustająco spływa po twarzy mam wrażenie że wyżłobił już zacieki na twarzy i ciele, powietrze stoi, oblepia. Nie znoszę swojego mokrego od potu ciała, ale z tym nie można walczyć. Żeby nie ten wiatrak, który nieudolnie stara się je mielić chyba bym umarła. Jestem w stanie opuścić lokum najwcześniej o 16tej, zresztą wcześniej tez próżno szukać na ulicach ludzi – chowają się w domach a na ulice wychodzą dopiero wieczorem. Do popołudniu siedzę w pokoju z przerwami na wzięcie prysznica, staram się ogarnąć i zaplanować wirtualnie swoją przyszłość. I tak niemal przez dwa tygodnie.

Kadr czwarty. Polska. Wstawiaj ziemniaki, za pół godziny będę! Dzwonię z lotniska. Myśl o młodych ziemniakach prześladuje mnie już do wielu dni. Na pohybel ryżowi i kluskom! Będę jeść ziemniaki, dopóki nie pęknę! W sklepie spożywczym niemal trzęsą mi się ręce chcąc wrzucić do koszyka całość półek. Twaróg, mleko, kiszone ogórki, czekolada, chleb! I w ogóle wszystko bym zjadła.

Teraz kadry przesuwają się coraz szybciej. Spotkania, rozmowy, spotkania, rozmowy, spotkania. Spotkanie po latach z klasą z liceum – ludzie, tak się cieszę, jesteście super!. Wspólny wyjazd rowerowy ze starymi i nowymi przyjaciółmi z Crotosa. No i codzienne siedzenie w necie godzinami i poszukiwania pracy w .. Azji. Od września zaczyna się rok szkolny, pewnie potrzebują nauczycieli? Podobno potrzebują, a ja potrzebuję pracy.

Jesteś jeszcze? Boję się, że zaraz pojedziesz. Cieszę się, że jesteś.
Aaaaaa! :)

Jestem, ale, nie nasiedzę tak zbyt długo. Jeszcze tylko kilka dni. Doszoruję pięty i pojadę – tymczasem w Polskę. Tęsknię do podróżniczo-rowerowej rutyny i jednocześnie rowerowej niecodzienności, drzemek przy drodze, poranków w namiocie, zwijania się w pośpiechu bladym świtem, szukania noclegu wieczorem. Spotkań w drodze. Do nowych kadrów.

Living is easy wit eyes closed..
Strawberry fields forever (The Beatles)

ps. A to kilka słów więcej na temat mojej podróży po Azji u Heike, the Pushbikegirl (in English)

Dodano 4 myśli na temat “Strawberry fields forever

    1. W sumie to ja lubię pisać przecież.., ale jak pomyślę ile czasu mi zajęło napisanie tego posta to do napisania ksiażki musiałabym się zaszyć gdzieś na rok pewnie. Wierzę, że mi się uda :)

      1. Ewa , żałuję ,że nie będę mógł być w W-wie na Twoich opowieściach rowerowych z Azji……może kiedyś …wystartujesz na Kolosach w Gdyni…a książkę o swoich rowerowych podróżach na pewno kiedyś napiszesz – wierzę w to…pozdrawiam…

Dodaj komentarz