Grecja. Tu mieszkają boginie

Tagi: , ,

- Przepraszam, proszę pani, ja już dłużej nie mogę pilnować pani roweru. Muszę iść.

Moje oczy zrobiły się okrągłe jak talerzyki a szczęka zawisła nad butem, który miałam w ręku. Była końcówka lata a ja od mniej więcej pól godziny przymierzałam sandały w sklepie obuwniczym na Anielewicza. Kupić-nie-kupić-w-sumie-chciałam-taki-model-ale-czy-się-zaraz-nie-rozlecą-bo-pewnie-chińskie-ale-inne-trzy-razy-droższe-kupić-nie-kupić-w-sumie-fajne-i-mój-rozmiar-ale-ten-kolor-granatowy-do-niczego-mi-nie-pasuje-to-przymierze-raz-jeszcze-przejde-się-znowu-po-sklepie.. (niech mnie ktoś spróbuje przekonać, że dla kobiety kolor nawet wypłowiałego podkoszulka na pustyni Atacama jest nieważny..)

- Ale przecież mój rower stoi przypięty przed sklepem…?

Ogarniało mnie zaniepokojenie i trochę zrobiło mi się gorąco.

- To niech Pani sama zobaczy, czy jest przypięty.

Zaniepokojenie przeszło w lekką panikę, porzuciłam sandał, którego kolor nie zaprzątał mi głowy i jak strzała wybiegłam ze sklepu.

Jest! Uffff. Stoi. Owszem stoi, ale OBOK metalowej barierki od której MIAŁ być przypięty. Przypięłam rower spinając ramę z .. ramą. Czyli zawiesiłam zapięcie na rowerze, nic więcej. „Brawo”!!!
Dziękowałam starszemu panu gnąc się w ukłonach jak rasowy Japończyk i prawie-prawie bym go w mankiet ucałowała. Co za człowiek! No a ta ulica.. Anielewicza, nie lubię tego miejsca. Sto metrów dalej na rogu jest sklep rowerowy i to sprzed niego właśnie kilka lat temu ukradli mi rower. Zostawiłam go w drzwiach bo jakos nie smiałam wejść z nim do środka a nie było go do czego przypiać.. weszłam tylko kupić gazetę, stałam 3 metry dalej przy kasie i zerkając co chwila w stronę drzwi. Za którymś razem jednak roweru już tam nie było. Gdy wybiegłam widziałam tylko migającą z tyłu lampkę i jakiegoś szczyla, który się na nim z prędkością światła oddalał. Nie dogoniłam. Nie życzę nikomu takiego uczucia, gdy wiesz, że straciłeś dwukołowego towarzysza. Od tamtej pory zawsze wchodzę z rowerem do każdego sklepu rowerowego, a jak mi każą wyjść to wyjdę, ale już nie wrócę. Choć tak się nie zdarzyło. (A obsługa sklepu na Anielewicza, przed którym nota bene do dziś nie ma do czego przypiąć roweru wzruszyła tylko ramionami. )

- Co pani robi, tak zostawiać rower!!! Widziałem – nie przypięła go Pani!

Tym razem rzecz dzieje się w Grecji Anno Domini 2015. To był pierwszy od tygodnia supermarket, na jaki trafiłam na tej ziemi. Z podniecenia, że nareszcie może kupię coś taniej, bo ceny generalnie tu zabijają, a może tez z bezmyślności i niewiary, że takiemu kolosowi ktoś dałby radę (oprócz mnie rzecz jasna) i go ruszyć z miejsca zostawiłam go przed sklepem nawet nie blokując tylnego koła, co zazwyczaj robię i poszłam zwiedzać półki.

Przede mną stał kierowca zaparkowanej nieopodal ciężarówki.

- Proszę tak nie robić! Chwila, moment i rower zniknie!
Wspomógł się odpowiednim gestem.

- Tak, tak, ma pan rację, oczywiście…

Był już trochę bardziej udobruchany.
- Skąd jesteś?
– Z Polski
– Z Polski przyjechałaś na rowerze?
– No tak
– A gdzie teraz jedziesz?
– Do Aten na święta
– Dzielna dziewczyna. Tym bardziej dbaj, żeby Ci go nie ukradli. W Grecji są niestety złodzieje. Zawsze zapinaj rower przed sklepem, wszędzie, nie zostawiaj go tak jak teraz. I uważaj na siebie. No. Powodzenia! I wesołych świąt!

Zatrąbił jeszcze na odjezdnym.

Wjeżdżając do Grecji trochę poczułam ulgę. Lubię ten kraj. Lubię ten język i ludzi. Nie wiem czy to syndrom starzenia się, ale od czasu do czasu też mam ochotę na kraj bardziej poukładany. Tak nie do końca ułożony jak „ordnung-must-zein” Niemcy, ale taki, gdzie wiem mniej więcej czego się spodziewać a rzeczywistość jest w miarę ogarnięta.

OK – MNIEJ WIĘCEJ. Takich cen się nie spodziewałam – poszaleli! To zdecydowanie największy mankament podróży. Chyba nawet w Japonii czy Korei tak długo nie stałam przed pólkami w markecie zastanawiając się na co mnie stać. Dopiero jak zaczęły się Lidle i inne Kerfury, których z zasady nie odwiedzam wspierając lokalne sklepiki – tu niestety musiałam zacząć. Tam ceny są jeszcze znośne.

Znów przekraczam granicę pod wieczór i spieszę się, żeby za dnia znaleźć jakieś miejsce do spania. Jak na zamówienie znajduję nieczynne pole namiotowe – przy plaży stoi kilka zamkniętych przyczep kempingowych, rozbijam namiot między nimi. Jest ciepły jak na grudniowe warunki wieczór, rozpalam ognisko i gotuję na kolację ostatnio nieśmiertelną, acz wciąż mi smakującą zupę z soczewicy na rosołku. Jakoś nie mam obaw o to ognisko na plazy, że ktoś może widzieć, że coś, żeby nie dać się zobaczyć. Czuję się bezpiecznie nawet gdy widzę, jak na plażę skręca z głównej drogi samochód. Swiatło reflektorow omiata mój namiot po czym pojazd wycofuje się i zatrzymuje nieco dalej. Z wozu wychodzi dwóch mężczyzn po czym znikają na godzinę czy dwie – chyba jest tam jakaś łódka, nie wiem. Ufam swojej intuicji, która mówi mi, że można zostać i tak właśnie jest, bo po jakimś czasie mężczyżni wracają, samochód odjeżdża a ja śpię spokojnie. Dzień żegna obłędny zachód słońca a nazajutrz takowy wschód.

P1140890

P1140894

To, co nieustająco mnie zachwyca to takt, że choć czasem jest zimno, to niemal codziennie świeci słońce a niebo jest błękitne. I dobrze – przydaje się ono do pokrzepienia serc Greków. Kraj nie wyszedł z kryzysu, a ludzie zanim zostawią w sklepie jakiś grosz czy innego centa oglądają go z każdej strony. Pracy nie ma, zarobki skurczyły się czasem nawet połowę. To nieustający temat rozmów. Pieniądze. Oszczędzanie. Pieniądze. Nie ma. Za drogo.

„Nie da się żyć samym słońcem”, to opinia jednej z napotkanych w drodze osób, gdy zachwycam się panującą aurą. To prawda, nie da się. Trzeba z czegoś opłacić rachunki, z żyć czegoś trzeba po prostu. Ale nikt chyba nie zaprzeczy, że ze słońcem żyje się lepiej, a trudności znosi łatwiej. Słońce ogrzewa duszę, krzepi umysł, tchnie optymizmem. Kocham Polskę za wiele rzeczy, za polskie krajobrazy kocham, ale w kraju przez pól roku niebo jest szarobure i życie traci koloryt. Dlatego postanowiłam uciekać do słońca właśnie i .. nawet mi się to udaje :)

Wybrzeże morza Jońskiego poza sezonem, za to w bożonarodzeniowej otoczce to puste malownicze drogi, zielononiebieska przejrzysta woda, wyludnione miasteczka, zamknięte knajpy i sklepy. Drogi nareszcie o odpowiednim stopniu nachylenia. Domy przystrojone setkami migających światełek, kolorowe choinki pełne kolorowych ozdób i czerwone płaszcze Mikołajów. Wesoło, kolorowo, świątecznie. Pusto, czasem tylko śpiący na schodach kot czy pies podniesie głowę z nadzieją, że mu rzucę jakiś kąsek. Dziesiątki plaż – malutkich i kamienistych oraz dużych i piaszczystych oraz setki zamkniętych hoteli sugerują, ze w lecie dużo się tu dzieje. Jakoś za tym nie tęsknię i dobrze mi tak, jak jest. Wszędzie gaje pomarańczowe, mandarynkowe, oliwki… Sady ciągną się po horyzont. And all that I could see was just another orange tree.. Trwają zbiory, jak sama sobie spod nóg nie pozbieram owoców to i tak ktoś podaruje. Cytryny jeszcze dojrzewają.

P1140945

bożonarodzeniowo..
bożonarodzeniowo..

P1140941

P1140903

Ożywiam się, gdy trafia się otwarty kemping. O-TWA-RTY! Nie potrzebuję kempingowej trawy, żeby przenocować, ale myśl o gorącym prysznicu jest kusząca. Odhaczam kolejne punkty za i przeciw: gorąca woda – jest. Wifi – jest. Czas – jest. Cena – 5 EURO (w cenniku bodajże 12). Wszystko „za” – zostaję. Nikt oprócz właścicieli tam nie przebywa, jest za to miła pani, Albanka w białej chustce jak to Albanki często noszą no i kilka kotów. Rano postanawiam zostać na drugą noc – poprać, zrobić wpis na blogu, pogrzebać w necie, takie tam. Mam jednak wrażenie, że jakimś problemem jest fakt, że przeprałam te 3 koszulki. I ten, że ładuję sprzęt. Ale dopiero jak grzeję grzałką wodę na herbatę przychodzi pani-Albanka, która już nie jest tak miła jak na początku i każe grzałkę wyłączyć, bo to kosztuje.

No tak, w sumie tak, niby rozumiem, ale ja tylko korzystam z infrastruktury kempingowej.

Kryzys. Nie ma pieniędzy. Oszczędzamy.

Słońce nie opuszcza tej części Europy, ale wichry cyklicznie wracają. Któregoś dnia do południa czekam w namiocie zastanawiając się jak go złożyć samej, żeby wiatr go nie porwał. Na koniec przychodzi mi do głowy głupi pomysł, aby zrobić sobie zdjęcie. Podmuch wiatru, aparat fotograficzny spada i ..koniec. Był i nie go nie ma. Zdjęć nie będzie, jakieś substytuty z telefonu tylko.

P1150036

Rzeczy maja to do siebie, że się psują, bo są tylko rzeczami, ale czasem to boli bardziej. Bardziej od popsutego czytnika, zdechłej maty, którą muszę co dwie godziny dopompowywać w nocy bo leżę na gołej ziemi. Nie mogę znaleźć dziury a powietrze uchodzi jak złoto. Kocham robić zdjęcia i choć marzy mi się aparat z prawdziwego zdarzenia to ten tez dobrze służył.

Nie mogę dalej jechać bez sprzętu.

W przeddzień świąt u Iwony, koleżanki ze szkolnej ławy, która serdecznie przyjmuje mnie z rodziną w święta zgodnie z obietnicą lepię pierogi. Harvey, ich wszędobylski pies jak zwykle wciska się do kuchni i łazi pod nogami, siada, stawia uszy których zakrzywione końcówki wyrażają wybitne zainteresowanie zawartością misek. Generalnie ta czarna bestia jest zawsze zainteresowana jedzeniem i przybiega nawet na najmniejszy szelest papierka, a w międzyczasie wynosi kapcie i szaliki. Nie ma mowy, Harvey -nic nie dostaniesz! Iwona z rodziną też nie dostają wigilijnych pierogów w przeddzień Wigilii na obiad. Jemy w Wigilię, taki terror! Jestem naprawdę wdzięczna koleżance, bo świąt Bożego Narodzenia nie spędzałam od kilku lat, a szczególnie w polskim gronie.

Rodzime szeregi zasila koleżanka Marzena, z którą onegdaj wspólnie rowerowałyśmy po krajach nadbałtyckich, potem ślad po niej zaginął, a potem okazało się, ze od dawna rezyduje w Grecji. Jest tu tez kościół polski a ja tak tradycyjne polskie kolędy, choć najlepiej rzecz jasna, brzmią na Podhalu.

Po świętach przenoszę się do Marzeny i jej kota Charliego. Jestem wdzięczna za tą możliwość i oznajmiam wszem i wobec, ze w Grecji mieszkają nie tylko bogowie, ale też boginie. Z Polski.

No a teraz.. ogarniam rzeczywistość. To znaczy staram się. Dużo piszę. Leniuchuję. Spaceruje – na niedalekich skałkach jest piękny widok na Ateny i wybrzeże. Niestety rzeczy się popsuły w miejscu, gdzie o pracę tu trudno, a w zasadzie to raczej niemożliwe. Zdrowie tez się trochę popsuło.

Pireus, największy port w Grecji jest tuż tuż – pojadę kilka kilometrów wzdłuż morza i już, mogę kupić bilet i wsiąść na prom do Turcji czy gdzie indziej.

Proszę wybaczyć, że nie spełnię jeszcze tego życzenia. Głównie mojego własnego, bo aż mnie nosi bez życia w podróży i roweru, a pewnie tez trochę czyjegoś, bo „jak nie jedziesz to Cię nie ma” – czyż nie?. Na razie nie kupię tego biletu.

Jeszcze nie.

Tymczasem posiedzę jakiś czas z Charlim.

Co by nie było – to też ciężka robota!

DSC_0088[1]

Dodano 8 myśli na temat “Grecja. Tu mieszkają boginie

  1. Kiedys ukradli Ci ukochany rower sprzed sklepu, teraz masz piękną i wierną Kogę. Dzisiaj masz zniszczony aparat, kundla i matę, jutro będziesz miała nowe. No tak jakoś nic innego nie przychodzi mi do głowy, żeby Cię pocieszyc. Ja przynajmniej tak się pocieszam po stracie ulubionych rzeczy. Trzymaj się ciepło !!!

  2. Nie wiem Ewo, czy odpoczywasz jeszcze w Europie, czy już popłynęłaś do Azji, ale serdecznie Cię ściskam gdziekolwiek jesteś. Ucieszyłam się gdy przeczytałam,ze spędziłaś Wigilię w polskiej rodzinie i z pierogami na stole.Odpoczywaj bez wyrzutów sumienia. Rower nie zając…

    1. Haha, rower nie zając, to fakt, ale cięzko było sobie powiedziec, że pzez najbliższe tygodnie nei będzie tak wykorzystywany jak lubię. Skorzystałam z propozycji kolezanki, żeby pozajmowac się kotem i pomieszkac podczas jej wyjazdu, wiec jestem w Atenach tudzież okolicy.

Dodaj komentarz