W drodze do Furano

Po odbiciu w głąb wyspy od razu było lepiej a do tego wypogodziło się i zrobiło nawet tak jakoś wakacyjnie. Postanowiłam ominąć Sapporo, jako że to miasto wielkości Warszawy to po pierwsze, a po drugie pewnie będę mieć okazję je zobaczyć w drodze powrotnej. Ale jak się zorientowałam nic super ciekawego tam nie ma. Przejeżdżałam tez przez Chitose, gdzie jest lotnisko i skąd będę wracać 🙁 do domu za kilka tygodni. Rozejrzałam się, że parę sklepów rowerowych tam jest, może wydębię jakieś pudełko na mój wielocyped.
Jadąc bocznymi drogami czułam się jak w polskich Beskidach.
Hokkaido jest zupełnie odmienne od reszty Japonii, bo .. jest moim zdaniem podobne do Europy. Są tu przestrzenie, łąki i pola uprawne na których uprawia się ziemniaki, sadzi truskawki i kapustę i inne znane mi z rodzinnych stron warzywne specjały. Nie robią one na mnie żadnego wrażenia, ale rozumiem, że mogą robić wrażenie na przyzwyczajonych do pól ryżowych Japończyków. Wrazenie za to nieustajaco robią na mnie ceny owych warzywek i owoców. Dwa jabłuszka 10 zł.. garstka groszku tyleż samo..
Są tu także pola lawendy i innego kwiecia – z tego słynie własnie miejscowość Furano. Co prawda na lawendę jeszcze za wcześnie, ale jak sugeruje przewodnik i ulotka najważniejsze to „..pojeździć po okolicach miasta i podziwiać widoki..”. Zamierzam postąpić zgodnie z instrukcją – to znaczy pojeździć, bo na ulotce także pani obściskuje się z kapustą oraz wpatruje czule w jabłuszko, a tego nei zamierzam robić. No, a poza tym jest tu także pomnik cebuli, można bezpłatnie zwiedzić farmę taką i owaką oraz muzeum sera i win.
Hokkaido słynie tez z bogactwa flory i fauny, której przedstawiciel niedźwiedź brunatny straszył mnie póki co z tablic wzdłuż ścieżki rowerowej. I nich tak pozostanie.

Leave a Reply