Totsuke i kimona

Dziś rano zgodnie z umową przyjechała po nas Totsuke i zawiozła do swojego domu. Mieszka z córką, która właśnie przeprowadziła się tu z Kioto, twierdząc, ze to za duże i za głośne dla niej miasto. Totsuke jest matką czwórki dorosłych już córek i jest rozwódką. To dość nietypowa sytuacja jak na japońskie realia jak się okazało. Powiedziała nam, ze rozwód ją wiele kosztował w sensie relacji społecznych, szczególnie relacji z rodziną. Rodzice się jej wyrzekli i nie może odwiedzać rodzinnego domu na Shikoku. Ale daje sobie radę i jest szczęśliwa, choć biedna jak twierdzi. Aby się utrzymać daje lekcje angielskiego. No, a że poziom angielskiego równy jest tu zerowemu zapewne ma co robić.
Największą atrakcją dla nas było oczywiście ubieranie kimona, bo to był główny cel wizyty. Zostałyśmy odziane i opasane na tyle szybko jak się to dało, bo ubieranie prawdziwych kimon zajmuje podobnież naprawdę dużo czasu. Byłyśmy w tych szatach przeszczęśliwe, no, ale trzeba je było zdjąć bo na rowerze nie da się w tym jeździć.
U Totsuke posiedziałyśmy jakies 1,5 godziny i zmarzłyśmy okrutnie, bo japońskie domy z reguły nie są ogrzewane a ten poranek do najgorętszych nie należał. Przeprawiłyśmy się potem promem do Kagoshimy – to bardzo ładne, 600 tysięczne miasto przypominające europejskie miasta basenu morza śródziemnego – palmy i takie tam. I właśnie po całym dniu załatwiania spraw wszelakich (Zosi popsuł się Kindle oraz przerzutka w rowerze nie działała jak należy) umościłyśmy się na nocleg na końcu palmowej promenady. Spało się bardziej niż smacznie choć temperatura w nocy była nie za wysoka. Jakoś nocami tutaj nie jest za ciepło delikatnie mówiąc, na szczęście inwestycja w ciepłe śpiwory przed wyjazdem opłaciła się.

Leave a Reply