It’s more fun in the Philippines

Tagi: , ,

Doszłam do wniosku, że przygoda z dorożkowym naciągaczem była de facto pozytywnym doświadczeniem. Miałyśmy darmową obwózkę po manilskim Starym Mieście czyli Intramuros (choć wiele miejsc w Manili wygląda na duuużo starsze..), nie pozwoliłyśmy się wyrolować a do tego przebiegłyśmy się dla rozprostowania kości po długiej podróży… przede wszystkim jednak teraz będziemy już zdecydowanie ostrożniejsze. Same korzyści.

Teraz też z perspektywy wziętego zimnego prysznica za pozytywne doświadczenie mogę uznać także wyjazd z Manili. Tak mocnego przeżycia rowerowego jeszcze nie miałam w życiu. Droga zaznaczona na mapie jako jedna z głównych zaczęła się zwężać i zwężać.. nawierzchnia mokra i śliska od odchodów ptasich, wjechałyśmy w jakąś strefę uliczno-handlową i pojawiło się mnóstwo, wręcz mrowie ludzi przechodzących, pchających wózki, noszących różnorakie różności. Każdy jednak przeciska się po swojemu i jak umie nie urągając agresywnie innym. Oczywiście to wszystko pomiędzy pojazdami wszelkiej maści za wyjątkiem takich, które uchodzą za standard w krajach europejskich. Tutejsze środki komunikacji miejskiej to tzw. „jeepneye”, przypominające stare ciężarówki amerykańskie, barwne i kolorowe, zabierające zapewne do 20 osób. Zatrzymują się na machnięcie a zatrzymujące na stuknięcie w karoserię. Do tego wszechobecne tricykle, czyli motorek lub rower z przyczepką z boku. Zadziwiające, ile osób potrafi się tam zmieścić.

Dość szybko totalnie się zaklinowałyśmy. Ani w tą, ani w tamtą. Za nami sznur osób z nadzieją w oczach, że jak się już tymi rowerami przepchamy to i oni przejdą. Jedynym wyjściem okazało się połowiczne rozebranie jednego ze stoisk, po to, abyśmy mogły się tamtędy przecisnąć.

Dość szybko dostosowałyśmy się do panujących warunków jazdy tj. nie zważania na żadne światła jeśli już takie w ogóle się pojawią, jazda wszystkimi pasami jednocześnie, wymijanie z prawej, lewej i na okrętkę. Celem jest posuwanie się do przodu. Dla dawania sobie sygnałów specjalnie wzięłam z domu rowerową trąbkę, bo dzwonek generalnie może tu być tylko ozdobą – ale trąbka i tak nie daje rady. Zocha ani razu na nią nie zareagowała mówiąc, że wszyscy i tak trąbią wszystkim co popadnie, więc to bez różnicy.

Filipińczycy są niezwykle uśmiechnięci, przyjaźni i serdeczni, ale otoczenie jest szczerze mówiąc przynajmniej dotychczas dość przygnębiające. Wygląda też na to, że niestety w ogóle nie da rady rozbijać namiotu. To, ze biednie to w zasadzie nic, jest po prostu koszmarnie brudno, a do tego podłoże w tym klimacie jest głównie mokre i bagniste. Śmierdzi wilgocią i odchodami. Większość tutejszych budynków przypomina kurniki.. – cóż, naprawdę nie potrafię znaleźć lepszego określenia.

Cóż zatem pozostaje w kwestii noclegowej? Kościoły, a jest ich tutaj mnóstwo. Filipińczycy są bardzo wierzący i to mi się tu akurat podoba.

Taki tez był nasz pierwszy nocleg w trasie. Małżeństwo pastorów udostępniło nam pokój gościnny w lokalnym kościele, który choć bazuje na tych samych księgach Starego i Nowego Testamentu okazał się nie być kościołem rzymskokatolickim, najbardziej tu powszechnym. Jako, że dziś niedziela było też nabożeństwo, na którym zostałyśmy. Trwało aż 3 godziny i troche zazdrościłam Zośce, ze wzięła ze sobbą czytnik ksiażek i sobie „po ladą” urozmaicała czas czytaniem. Nie obyło się bez naszej prezentacji – odbyło się oficjalne powitanie – zostałyśmy poproszone do wyjścia na środek kościoła, po czym każda znajdująca się tam osoba podeszła, aby podać nam rękę.. Na koniec jedynie pani pastor spytała się nas, czy chcemy zostać ochrzczone teraz, czy chcemy się jeszcze zastanowić.. Odpowiedziałam, że już jesteśmy sumie ochrzczone, ale może jeszcze się zastanowimy.

Na śniadanie dostałyśmy miskę gotowanych ziemniaków (poprzedniego dnia pytano mnie co jadamy w Polsce :), a na obiad tutejsze specjały.

Wyjechałyśmy o 14.00 co oznacza, że przed nami jakieś 2,3-3 godziny jazdy, bo słońce zachodzi już około 17.00. Dzięki temu, że jakiś lokalny most jest nieczynny skierowano nas na boczne drogi i nareszcie mogłyśmy odpocząć od wycia samochodów i smrodu spalin. Droga wiodła głownie groblami przez pola ryżowe.

Wespół w zespół zadecydowałyśmy że dziś na noclegu musi być prysznic i klimatyzacja, bo nie dajemy rady. To znaczy chyba ja bardziej nie daję, bo Zocha śpi jak zabita, ale ja praktycznie żadnej nocy nie przespałam.. obezwładniający gorąc i hałas, łatwiej jak się o tym czyta niż jak przyjdzie to praktykować.

Szukamy zatem jakiejś noclegowni i co się okazuje? Że wszelkie tutejsze tego typu przybytki – a odwiedziłyśmy jakieś 6 w dużym mieście o wdzięcznej nazwie San Fernando – wynajmują pokoje, ale na godziny. Do tego wszystkie są wyposażone w jedno podwójne łóżko, no bo w sumie takich się używa w pokojach na godziny. A my jakoś nie pałamy chęcią przytulania się, me so sorry….;) Ale ostatecznie coś tam znalazłyśmy.

Hasło Filipińskiej organizacji turystycznej brzmi IT’S MORE FUN IN THE PHILIPPINES.

Oh, yeah…! Zdecydowanie!

Dodano 9 myśli na temat “It’s more fun in the Philippines

  1. Cieszę się, że kolejne wpisy są już bardziej optymistyczne- trochę się zmartwiłam jak pisałaś o pierwszych wrażeniach z Manili-ale teraz już wszytko idzie a raczej jedzie w dobrym kierunku 🙂
    jak samopoczucie po nocy w klimatyzacji? 🙂
    i jakie temperatury macie?
    We Wrocławiu dziś przez chwilę było 7 stopni i słońce grzało mocno, że nawet bardziej wiosnę było czuć niż zimę 🙂

  2. Cześć Dziewczyny,
    Czytając blog poczułem się jakbym jechał razem z wami. Słowem niemal druga Japonia :). Wszystko ma swoje uroki i cienie. Coś czuję, że Filipiny będą super udane choć chwilami trudne. Ewcia, nie przestawaj pisać. Wyjdzie z tego niezła książka.
    Trzymajcie się

  3. Klimatyzacja to duże slowo, ale nie było tak źle. Wywaliło mi pokaźną opryszczkę od tych zmian temperatur. Nie wiem dokladnie ile jest, ale najgorsza to ta wilgotność, do tego w nocy padało. No nic to. Ruszamy dziś standardowo, może uda się jak nie dizś to jutro dotrzeć do morza, bo marzymy już o kąpielach.

  4. kup maść acyklowir (aciclovir) -powinna być dostępna bez recepty, smaruj kilka razy dziennie, im szybciej zastosujesz tym lepiej

  5. Bardzo mnie rozbawiła propozycja chrztu w filipińskim kościele. Ale najbardziej twoja reakcja na tą dość niezwykłą propozycję.
    Po co od razu zdecydowanie odmawiać, lepiej zostawić przyjaznych ludzi przy nadziei.
    Zmrok o godz. 17 mnie zaskoczył. Czy to oznacza,ze schodzicie o tej godzinie z rowerów i rozpoczynacie życie pieszego turysty?
    Ewo! Moje doświadczenia z opryszczką sa takie jak z katarem,czyli czy będziesz smarowała czymś to miejsce czy nie- to i tak będzie nam ta „przyjemność”towarzyszyła swój czas.

  6. Czesc Dziewczyny:):):)
    Tu Tomek .czyta WAS się wyśmienicie.:):):) co chwila sie glośno śmieję a wiecie że potrafię to robić.zreszta widzę minę Ewy na pytanie o potrzebę przyjecia chrztu:)ten uśmiechniety wyraz twarzy naaapewno błogo wpłynął na ludność zgromadzoną w Kościele.Podziw dla Was za radzenie sobie z przeszkodami.Wierze ze po poowrocie Ewa napisze jaką xsiązke z tej wyprawy.Ale obydwie nie chrapiecie wiec wspólne łoże nie będzie taką męką:):):0
    POzdrawiam WAS BARDZO MOCNO I SCISKAM T

  7. Dziewczyny! Ewo Zosiu! Dlaczego zamilkłyście? Dajcie znać co z Wami się dzieje!! Nie piszecie,czy mój komputer się popsuł. Martwię się o was.
    U nas w Polsce trwają ostre przygotowania do niespełna 3 dniowych świąt. A wszyscy są tak zajęci , jakby święta miały trwać z pół miesiąca. Powspominajcie sobie chociaż tę gorączkę działań we wtorek. Odezwijcie się. Jak wy się tam przygotowujecie do Świąt?
    Mira

    1. Mira, teraz tylko króciotko daję znać, że żyjemy, własnie dorwałam internet i wygląda na to, że zostaniemy tu do jutra, więc w końcu coś napiszę. Jestesmy w wysokich górach, przybyłyśmy tu żeby odetchnąć od duchoty. Jest tu nieco ponad 20 stopni i jest bosko.
      co do świąt to choroba nic wciąz nie wiadomo. Niestety wygląda na to, że w święta nic tu nieczynne i nie bardzo wiemy co robić. Ale może teraz z internete3m coś sie wyjaśni.
      Wesołych Świąt wszystkim!!!

Leave a Reply