Moje paranoje

Tagi: , , , ,

Plum, plum, plum… Woda jest ciepła jak zupa, ma pewnie ze 30 stopni choć zapadł już zmrok .. co za dziwne uczucie. Szum morza to jeden z najbardziej kojących dźwięków i choć na horyzoncie z prawej i lewej strony wiszą ciężkie chmury, błyska się i walą pioruny, pełna dramaturgia akcji – tu u mnie nic, sucho. Stoję na plaży w Hua Hin nad Zatoką Tajlandzką jakieś 200 km od Bangkoku i szczerze mówiąc jestem trochę wzruszona. Nie, to nie sen, po kilku miesiącach spędzonych na drogach Azji dotarłam nad morze. Na 1 dzień, 1 noc, ale i to cieszy. Nie jestem fanką plażowania i więcej i tak pewnie by mnie znudziło.

Wychodząc z lotniska w Bangkoku momentalnie wpadłam w gęste, ciężkie, wilgotne nie przepuszczające niemal tlenu powietrze. Uffff… W ciągu kilku sekund jestem mokra i przypominam sobie dlaczego uciekłam z Tajlandii.. O tej porze roku ciężko tam wytrzymać, eh, to nie dla mnie. Wiatrak w moim pokoiku wielkości celi jedynie miele to gorące powietrze. Czy jest tu gdzieś klimatyzacja??? Jest, tylko pokój byłby dużo droższy, trudno, obędę się te kilka dni bez.

Dziwnie jest po niemal 2 miesiącach znaleźć się ponownie w Tajlandii. 2 godziny lotu to niemal 2 miesiące pedałowania. Mam już zatem swój drogowy przelicznik: 1 godzina samochodem = 1 dzień na rowerze. 1 godzina samolotem = 1 miesiąc pedałowania. Nieźle, przyda się w planowaniu na przyszłość.

Ale lubię Tajlandię i ten 1 dzień nad morzem daje mi też malutki przedsmak tego, z czym ten kraj jest utożsamiany – piękne plaże, dobre jedzenie, mili ludzie. Tak, teraz po miesiącu spędzonym w Chinach jeszcze bardziej doceniam fakt, że można się niemal z każdym porozumieć, miło mi, że nikt nie charcha, nie pluje, nie rozjeżdża mnie bezczelnie i chamsko na ulicy no a przede wszystkim nie trzyma dymiącego peta w zębach. Tak, to mi naprawdę przeszkadza w Chinach, ale mimo to przyznaję, ze to z pewnością, obok Birmy, najbardziej fascynujący kraj w tej podróży. W Tajlandii wszystko jest łatwe, nawet zbyt łatwe. Czy to jest tak, że im dłuższa podróż tym większych wyzwań poszukujemy?

Ta podróż to także uczenie się siebie i trochę poszukiwania swojego miejsca na ziemi. Wiem już, że w tropikach nie czuję się dobrze. Kropka. Szukam dalej.

Tydzień temu plan był taki, żeby nie wygrzebywać się z doliny rzeki Hong He tj. z 200 metrów na 1800, więc postanowiłam przewieźć siebie, rower i rowerowy dobytek autobusem. No, od czasu do czasu wszak można sobie ułatwić życie. Upewniwszy się poprzedniego dnia na dworcu, że nie będzie z tym problemu radośnie przybyłam wcale-nie-tak-wcześnie-rano, po czym kierowcy jeden po drugim rzucając jedynie okiem na mój rower kiwali przecząco głową.

„ Ale jak to? Przecież jest drabinka na dachu?” nalegałam.

Na Filipinach właśnie tam najczęściej podróżował mój bicykl. Że za duży? No tak, mały to on nie jest. Po dwóch godzinach dałam za wygraną. Nie to nie! Sama się wdrapię, phi.

I wszystko szło dobrze, aż los mnie rzucił na drogę numer 323. Drogę numer 323 zapamiętam bardzo dobrze, bo nie była to droga, ale jakiś horror – prace drogowe w pełni, jak na moje oko termin zakończenia około roku 2020. Rozkopana, rozjeżdzona, zakurzona, przemykające motory i przetaczające się ciężko sapiąc ciężarówki.. Jedyna drogowa alternatywa dla autostrady okazała się być niemal nieprzejezdna. Stwierdziłam, że w sumie to może spróbuję swojego szczęścia na autostradzie i z niewinną miną, wpatrując się w horyzont minęłam bramki i budkę strażników. Z ulgą przywitałam gładką nawierzchnię. Moje szczęście nie trwało jednak długo – kilka kilometrów dalej czekal na mnie wóz policyjny, i pan władza grzecznie uświadomił mi prawdę – oczywistą zresztą – że po autostradzie rowerem niet, ale oni mnie zabiorą do następnego wyjazdu. Uff, dobre i to, te kilkanaście kilometrów.. przypomniałam sobie, ze ten myk był już przez moich poprzednikow stosowany np. Rysiek na wjeździe do Pekinu całkiem sobie chwalił podwózkę suką do centrumJ). Najważniejsze, że są mili i mandatów nie wlepiają. Miałam też nadzieję, że po 20 km droga nr 323 znormalnieje, bo bardzo chciałam dotrzeć do Janshui, celu mojej podróży przed zapadnięciem zmroku – zwyczajnie boję się jeździć w ciemnościach i tego nigdy nie robię. No cóż, płonne były me nadzieje i los chciał inaczej. Kapeć w tylnym kole i to drugi w ciągu kilku dni zmusił mnie do rozłożenia warsztatu naprawczego na słynnej już drodze numer 323. Chciałam, naprawdę chciałam złapać jakąś okazję, ale nikt z przejeżdzających nie był zainteresowany pomocą. W odległości jakiś 150 metrów krzątali się robotnicy, zerkali, wgapiali się nawet, ale żaden z nich nie podszedł.

No, obowiązku wszak nie ma. Chciała blondynka się tułać na rowerku po Chinach to niech sobie radzi.

Dętka wymieniona, ruszam, bo na rozbicie tu namiotu nie ma szans. Wokół jakieś kamieniołomy, wyrwy i ciemny las.. ale jakoś idzie. Doceniam jak ważne jest dobre oświetlenie roweru a moja lampka, zasilana dynamem zresztą, spisuje się na medal. Fiu, fiu, fiu! Jest spoko. Nie boję się. Po kilkunastu kilometrach w ciemnicy docieram do Janshui. Następna odznaka harcerska zdobyta!

Miasteczko Janshui zachwalane jest przez przewodniki jako jedno z niewielu w prowincji Yunnan, które zachowało koloryt prowincji, autentyzm architektury i nie poddało się masowej turystyce. To prawda. Spacerując mijam stare, charakterystyczne „prawdziwie chińskie” budynki, zwiedzam drugą co do wielkości w Chinach świątynię Konfuncjańską i odrestaurowaną posiadłość właściciela ziemskiego. Jestem turystką pełną gębą.

Czas nagli, droga do Kunming wciąż górzysta i daleka, więc ponownie próbuję transportowego szczęścia – tym razem stawiam na pociąg. Udało się! Mam bilet, no, ale bilet to nie wszystko Trzeba najpierw dostać się na peron. Przy wejściu stoi kilku mundurowych w pełnym okarabinowaniu co już sprawia, że czuję się nieswojo. Następnie, tak jak na lotnisku należy cały bagaż do przeskanowania i samemu jest się przeskanowanym tudzież. Hmm.. coś nie tak? Pan mundurowy z kamienną twarzą każe mi otworzyć sakwę. A, tak, mam tam małą niemal pustą butlę gazową, którą wiozę jeszcze z Tajlandii i namiętnie oszczędzam na czarną godzinę.

„Nie można przewieźć? Ojej. Ale proszę pana, to do gotowania jest! Tu jest taka kuchenka, taki palnik, tak to wygląda.. Nie ma mowy? Ale proszę pana, może by panu konduktorowi w depozyt dać a potem odbiorę? Bo ja tego potrzebuję naprawdę. Nie można..?” Aha, to się wypchajcie, myślę zezłoszczona na te przesadzone kontrole.

Po chwili jednak przypominam sobie, że bardzo niedawno, zaledwie kilka tygodni temu na początku marca właśnie na dworcu kolejowym w Kunming, gdzie jadę miał miejsce zamach terrorystyczny chińskich separatystów – zostało tu zasztyletowanych 29 osób i wiele zostało rannych. Zginęli niewinni ludzie czekający na pociąg. W ubiegłym miesiącu także coś na nieco mniejszą skalę wydarzyło w innym chińskim mieście – sprawiło to, że miejsca użyteczności publicznej w dużych miastach są kontrolowane przez uzbrojoną policję i wojsko. Dobrze, nie ma co płakać nad ta butlą.

Do Kunming docieram nieco wcześniej niż planowałam, ale nie robi to różnicy wspaniałej rodzinie z Warmshowers, która mnie tam gości. Mam farta. Dostaję do dyspozycji osobny apartament, trzy sypialnie, dwie łazienki, można się ganiać i bawić w ciuciubabkę. Wow! Czuję się jak księżniczka tudzież jak to mówi Mira- hrabinia jakaś. Ale to nie koniec zaskoczeń. Okazuje się podczas rozmowy, że Jonathan i Annie pracują dla tej samej organizacji co Nan i Suzan które spotkałam kilka dni wcześniej w Luchun i u których gościłam na przyjęciu urodzinowym córki oraz są właścicielami domu, w którym byłam! Myślę, że to niesamowity zbieg okoliczności, w 7 milionowym mieście jakim jest Kunming spotkać właśnie ich.

W mieszkaniu jest super, ale przemieszczanie się rowerem po Kunming doprowadza mnie do białej gorączki. Światła na skrzyżowaniach są oczywiście dla ozdoby, mogłyby by być fioletowe albo niebieskie, nieważne – i tak nikt na nie nie zwraca uwagi. Jeśli jeszcze raz ktoś zatrąbi mi nad uchem, wyminie z prawej strony, wjedzie z naprzeciwka, zastąpi drogę, żeby być pierwszy – słowo daję, dopadnę i ubiję, przebiję oponę, wyrwę peta i przypalę!

Nieoczekiwanie sama staję się ofiarą moich złorzeczących myśli. Nie mogąc się przebić kanałem rowerowym schodzę na chodnik i prowadzę rower. Jest pełen rozłożonych stoisk, trudno manewrować.. Niechcący potrącam pedałem jakąś kobietę.. przepraszam, bardzo przepraszam, ale nie obchodzi ją to. Potok chińskich słów, wyrzut i wściekłość w oczach. Kobieta kopie rower, łapie mocno kierownicę nie dając mi odejść i gdzieś dzwoni. Hmmm. To pierwszy jednoznaczny objaw agresji, jaka spotyka mnie w tej podróży. No dobrze, niech dzwoni, co ja poradzę? Może byłam 50-tą osobą, która ją tego dnia potrąciła i na mnie się skupiło. W końcu kobieta odpuszcza, ale bardzo to niemiłe, bardzo. Chcę już stąd jechać jak najprędzej.

No to w drogę! Odpocząwszy co nieco od rowerowania, aczkolwiek zmęczywszy się bardzo dalszym planowaniem, którego z różnych powodów było dużo, ruszam w trasę. Czas rozpocząć rozdział Chiny – część nr 2. Na horyzoncie 3 i 4 tysięczniki Yunnanu i Syczuanu, tybetańskie wioski no i niecałe 3 tygodnie na przejechanie do następnego przystanku pod tytułem „przedłużenie wizy”. Trzymajcie kciuki!

Ps. Obiecuję, że następny wpis będzie jedzeniowy J

 

Dodano 4 myśli na temat “Moje paranoje

  1. Hej Ewa! Zycze powodzenia! Fascynujaco brzmi opis planow na najblizsze dni 🙂 Zycze duzo sily i zyczliwosci ludzkiej!

  2. Ewo! Gdzie Ty przepadłaś? Od dawna nic nie napisałaś. Mam świadomość, że w Chinach nie tak łatwo o internet i to mnie nieco uspokaja. Czekam na nowy wpis. Buziaki

    1. Mira, z netem nawet nie jest tak zle, ale od dluzszego czasu nie mialam postoju..na pewno w ciagu kilku dni zdam relacje z Chin czesc druga :). Pozdrawiam z upalnych gor…

Leave a Reply