Manila, piąta rano

Tagi: , , , ,

i ponad 25 stopni kiedy lądujemy, potem jest już tylko gorzej. Pogodowo, ale nie tylko. Niby wiedziałam, że to trzeci świat, ale obraz śpiących na ulicy ludzi w tym malutkich dzieci jest przygnębiający. Stare domy i śmierdzące podwórka.

Składanie roweu coś mi nie idzie, biedolę się z tym prawie pól dnia – robię to pierwszy raz bo to mój nowy nabytek, ale w końcu się udaje. Ruszamy by opuścić to miejsce z nadzieją na lepsze.

Wczoraj prawie-prawie zostałyśmy ofiarami regularnego naciągacza turystów. Przykład iście książkowy. Gdy szłyśmy spacerem w stronę starego miasta tj. Intramuros prejechała koło nas dorożka. Jej kierowca zagadał, rozpływając się w uśmiechach, że kurs kosztuje tylko 50 pesos (tj. jakieś 7 PLN) i on nas chętnie obwiezie. Nie za bardzo mu wierzyłam i nie miałam ochoty na tą przejażzkę, ale Zocha mnie przekonala. Upewniłam się kilkakrotnie, że opłata to 50 pesos czyli „fifty”, co było powtarzane kilkakrotnie.

Zrobiłyśmy kółko, jakaś godzinka. Dojeżdżamy do celu, a gość już nie taki uśmiechnięty i coś przebąkuje, że specjalna cena to 15 czyli „fifteen”. Jakie „fefteen”? opytuję bo już nic z tego nie rozumiem. Ano, dowiaduję się, że „fifteen hundred” czyli o ile umiem dobrze mnożyć to 15 x 100 czyi 1500!!! Z siedmiu zrobiło się jakieś 100 PLN!

Zocha naiwnie sądziła, ze to nasza wina bo nie usłyszałyśmy dobrze ceny i machając plikiem pieniędzy jakie właśnie wymieniła już chciała placić. Tymczasem na schodku dorożki usiadł mały dzieciak, żebyśmy nie mogły z niej wyjść. Szlag mnie trafia, jak ktoś chce mnie zrobić w bambuko, zatem udałam greka ze ok, już płacę, dzieciak się odsunął, wysiadlyśmy po czym mówię do Zochy – uciekamy! Nie chcą moich 50 pesos to nie dostaną nic.

I rzuciłyśmy się do ucieczki w poprzek nabrzeżnej trzypasmówki pełnej samochodów. Nasz „przemiły” dorożkarz puścił się za nami smagając konia batem, ale na szczęście nie wygrał ze sznurem jadących samochodów, a my wpadłyśmy zziajane do jakiegoś hotelu i sieziałyśmy tam wystraszone przez ponad godzinę bojąc się wyściubić nos. Hak wie, może on tam na nas czeka za rogiem, ten drań?

Mamy niniejszym dość Manili. Skracamy pobyt i zaraz wyjeżdżamy, mając nadzieję na lepsze doświaczenia.

Dodano 2 myśli na temat “Manila, piąta rano

  1. Mieliśmy taką nieprzyjemną sytuację w Syrii na obwodnicy miasta Homs. Zachciało nam się kurczaków. Upewniliśmy się knajpie ustnie co do ceny. Po konsumpcji okazało się, że doszło do tego jeszcze jedno zero. Słaba płaszczyzna porozumienia językowego, nad nami cała załoga szermanej knajpy… to co nam się udało to 'zbić' żądaną kwotę do jednej czwartej. Odjechaliśmy z dużym niesmakiem. Także współczuję nieciekawej przygody, mam nadzieję, że kolejne będą już tylko dobre, szerokości!:)

  2. Cześć Ewa,
    Dzięki za kolejny update. No to macie niezły początek, jak to się mówi gorący prysznic i w dodatku w sporym upale. Stolice nędznych krajów są często nieciekawe. prowincja powinna wyglądać dużo lepiej. W Manili jest sporo kontrastów – mają ponoć największe centrum handlowe w tamtej części Azji a w środku jest lodowisko. Tyle że to centrum wygląda jak miasto duchów. Uważajcie też na taksówkarzy, oni lubią mocna naciągać.
    PiotrK

Leave a Reply