Wypad do Turpan czyli jak nie ogarnęłam kuwety

Tagi: , , , , ,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z trudem odpieram ciężar kładącego się na mnie objuczonego roweru. Rama wbija mi się w biodro, stopy rozstawiam szeroko modląc się, by utrzymały mnie w pionie.. ściskam kierownicę, palce sztywno tkwią na hamulcach. Jeszcze krok i ten przednio-boczny wicher zepchnie mnie z tym całym rowerowym majdanem na środek jezdni, prosto pod koła jakiejś ciężarówki. Mam wrażenie, że to zapasy a ja siłuję się z przeciwnikiem, ale mam niewielkie szanse by wygrać pojedynek. W półtorej godziny posuwam się może półtora kilometra, bardziej stoję próbując nie upaść niż idę. O jeździe w ogóle nie ma mowy. Szacuję, że jakieś 8, może 10 km dzieli mnie od bramek wjazdowych na autostradę, jedynego miejsca w okolicy, gdzie mogę szukać wybawienia. Wokół pustka, wielkie nic, pasmo drogi, kamienie, trochę piachu. Najbliższa miejscowość leży 40 km dalej i 800 m w górę po rozkopanej w chińskim stylu drodze. I choć jeszcze godzinę temu wydawało mmi się, że być może uda mi się tam dotrzeć to teraz wszelkie plany porwało to wietrzysko. Pizgawica, która zerwała się z minuty na minutę szybko pokazuje mi, gdzie jest moje miejsce i że nie mam z nią żadnych szans. A miejsce jest gdzieś na poboczu. Słowo daję, jeśli jakimś cudem jakimś dotrę do tych bramek autostrady to położę się tam w poprzek jezdni i tak, nie ruszę się, tak tam będę leżeć! Aż mnie ktoś stamtąd zabierze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drogą toczą się kolumny wypełnionych po brzegi ciężarówek, czasem jakieś mniejsze samochody osobowe. Łapię te chwile, gdy mnie mijają, żeby zrobić kilka kroków, bo choć na kilka sekund blokują wiatr. Niech ktoś mnie tu zauważy, pomyśli chwilę i się zatrzyma.. nawet obrócić głowy nie mogę, żeby zobaczyć bo stracę równowagę. Wbijać stopy w asfalt, trzymać kierownicę, odpierać ciężar roweru i walczyć o pion, oto zadanie na dzisiejszy poranek.

A jeszcze do wczorajszego popołudnia było tak pięknie. Mój pierwszy rowerowy wypad w zachodniochiński plener do Turpan – liczącej wiele wieków oazy na Jedwabnym Szlaku udał się znakomicie. Gdzieś za mną zostały wieżowce Urumczi i wjechałam surową, pustynną, bezdrzewną przestrzeń. Równina wypełniona po horyzont wiatrakami pomiędzy przykrytymi śniegiem szczytami gór Tienszan i pasące się przy drodze wielbłądy – to wszystko ma znany smak nowości i przygody – czyli coś, na co czekałam przez długie zimowe miesiące. Ahoj przygodo!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga do Turpan

Po dwóch dniach pedałowania z wiatrem w plecy i dwóch noclegach na dziko – a znalezienie miejscówki, gdy dookoła ani widu ani slychu krzaczka było wyzwaniem – docieram do Turpan. Miasto wita mnie typowo nowochińskimi przedmieściami pełnymi wieżowców i .. informajcą turystyczną! Niebywałe. Duży budynek zachęca do skorzystania z usług. Chwila radości, po czym mina rzednie. Oczywiście, no speak English. Żadnych materiałów po angielsku, thank you, xiexie, bye-bye. Jak na jedną z głównych atrakcji prowincji słabiutko.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Turpan to jednak inna inszość. Mam wrażenie, że miasto nie poddało się tak do końca chińskiemu walcowi, co to „przyszedł i wyrównał”. Chińczyków w zasadzie na ulicach nie widać, wszędzie Ujgurzy. Architektura środkowoazjatycka i taki ma klimat, wypełnione ludźmi, straganami i gwarem ulice..

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ale to co najpiękniejsze i najciekawsze znajduje się poza miastem, w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Stacjonuję w klimatycznym hostelu Dap a pod wieczór pedałuję zwiedzić odległego o 10 km ruiny antycznego miasta Jiahoe – to nieźle zachowane pozostałości budynków głównie z epoki Tang, czyli XII- XIX wieku, gdy miasto liczyło ponad 7 tys. mieszkańców, głównie buddyjskich Ujgurów.

Turfan położony jest w depresji, drugiej najgłębszej na świecie po morzu Martwym – to jakieś 150 metrów poniżej poziomu morza, do których zjeżdżam przez dwa dni z położonego ok. 1000 metrów wyżej i 200 km dalej Urumczi. Miasto słynie z rozwiniętego systemu irygacyjnego zwanego Kerez, dzięki któremu mieszkańcy mogli i wciąż mogą utrzymywać się z rolnictwa. Miasto otaczają liczne winnice i uprawy. Turpan słynie tez z rekordowych temperatur – to tutaj odnotowano także chiński rekord temperatury powietrza + 47 stopni C. Na początku maja jest jednak zaledwie 35 stopni..

winnice w okolicach Turpan

Jako, że atrakcje Turpan położone są w promieniu nawet 100 km następnego dnia postanawiam wynająć sobie samochód i kierowcę. W ostatniej chwili dołączył do mnie rubaszny Rosjanin, zatem dzielimy się kosztem, który wyniósł 100 PLN na głowę – to nieduży wydatek zważywszy na odległości i odwiedzone miejsca. Rowerem ogarniałabym w kilka dni, a kilku dni nie mam.. Jako, że pustynia do tej pory raczyła mnie głównie kamiennymi widokami marzy mi się zobaczenie prawdziwych, wysokich wydm. No bo pustynia to wszak piach, prawda? Jednakże nie wydmy, ale dolina i wioska Tuyoq zrobiły na mnie największe wrażenie. Licząca kilkanaście wieków, lecz wciąż tętniąca życiem, wciśnięta w zbocza Płonących Gór (Flaming mountains) to żyjące muzeum – wioska wciąż zamieszkana przez ludność ujgurską. Domy zbudowane z brunatnoczerwonej gliny, której kolor stapia się z kolorem otaczających wioskę wzgórz. Stary muzułmański przykryty kopułą Mazar, do którego wstęp mają jedynie wyznawcy Allacha, meczet na centralnym placu i oddalone o kilka km od miasta buddyjskie (!) jaskinie – groby wykute w zboczu skały. Widok księżycowy, piękno księzycowe.

kanion doliny Tuyuq

jaskinie - buddyskie grobowce skalne Bezeklikk

Oddalona o kilkadziesiąt km pustynia Kumtag, do której docieramy potem spada w moim prywatnym rankingu oczko niżej, ale to nie znaczy, że nie warto tu jechać – choć jak to w Chinach za wejście trzeba płacić i wewnątrz spory tłumek to wydmy ciągną się po horyzont i można się na nich zgubić. Kumtag połozona jest obok, a praktycznie niemal w mieście Nanshan – to połozona najbliżej miasta pustynia na świecie – wchodzi się tam niemal z ulicy. Zaskakuje mnie istniejące tam miejsca z oznaczeniem „camping”! W Turpan i okolicy mam jeszcze sporo do zobaczenia, ale musze odłożyć to na następną wizytę (już niebawem!).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga powrotna wbrew obawom układa się wzorcowo i nie wiedzieć kiedy robię 60 km. Idą dwa koty przez pustynię. Jeden do drugiego: wiesz stary, nie ogarniam tej kuwety… Rechoczę ze śmiechu czytając ten tekst z relacji rowerowej z marokańskich pustynnych szlaków kolegi Baltazara, który czytam sobie zabijając czas podczas odpoczynku pod wiaduktem – wytęsknionym i jedynym skrawku cienia w promieniu od 30 km. Wyjątkowo dobrze odosi się on do mojej sytuacji, bo tez jak te koty nie ogarniam tej rozciągającej się po horyzont kuwety zwanej pustynią Taklamakan. A za chwilę nie ogarnę jeszcze bardziej.

Dopijam resztki ciepłej wody i ruszam. Niebawem horyzont zasnuwa jakaś chmura, choć trochę dziwny ma wygląd w zasadzie mnie o cieszy – słońca Ci wszak już miałam przez ostatnie dni pod dostatkiem. Chmura jednak ma w sobie coś złowieszczego, niby tak to z chmurami często jest, ze sa złowieszcze, robi się ciemniej i z minuty na minutę pizgać zaczyna niemiłosiernie… Kieleckie niech się schowa, tu nie idzie ustać na nogach. Co robić? Na horyzoncie gdzieś w głębi pola widzę jakieś baraki, dwa samochody tam stoją – musze się tam doturlać. To nie jest proste nie jest, drogi do owych budynków brak. Jakieś ogrodzenia, jakieś koleiny, drzewka posadzone świeżo popodlewane – przecież to pustynia, trzeba zasiać, zaorać, ucywilizować, płot postawić.. W końcu jestem, udaje mi się, brama otwarta, jakiś człowiek przechodzi przez niewielkie podwórko.. NIE MOŻNA! że co, że wejść nie można?! Panie, co Pan, nie widzi Pan co się dookoła dzieje?l Ja nie mam wyjścia, potrzebuję się schować, przecież nie ma gdzie.. wtaczam się na teren pomimo jego kwaśnej miny. Stoję w kącie, nie wiem co robić. Jacyś inni ludzie czasem przejdą, popatrzą, łypną, podśmieją się. Śmiech, choć pewnie skrywa zakłopotanie, nie jest lekarstwem w tej sytuacji. Nikt tu mnie nie rozumie, nie chce zrozumieć. Są tu jakieś samochody, jakiś pickup stoi, może się uda dogadać, żeby podwieźli.. zapłacę przecież. Stoję w tym kącie, dzwonię do kolegi, zna chiński, oferował pomoc.. jeśli tylko będzie trzeba.. poza zasięgiem.. brak mi już pomysłów, czy to tak trudno zrozumieć.. najchętniej bym stąd poszła, ale nie da się. Udaje mi się skontaktować z kimś innym, chwila tłumaczenia, oddanie słuchawki, negocjacje cenowe trwają.. pada cena – 200 PLN. What??!! Tyle kasy za taki nieduży dystans, może 30 km, to chyba żart. Krew mnie zalewa na tą chińską pazerność na pieniądze, nie dziękuję, nie wiem co zrobię, ale nie zapłacę wam tyle! Temat skończony, ludzie się chowają po barakach a ja dalej sterczę w kącie. Zmrok tuz tuż, nie wiem ci mam robić, łzy same mi lecą, one zawsze same tak z siebie nie wiadomo kiedy i po co, wiatr pizga, wyjść nie mogę.. Jakaś kobieta wynosi mi miskę smażonego ryżu, i każe iść za sobą do jednego z baraków. W środku kilka łóżek, wskazuje na to w rogu. Tak, zostanę, co mam zrobić, dziękuję Pani bardzo. Są tam jeszcze dwie inne kobiety, szybka wieczorna toaleta, światło gaśnie. W nocy spać nie idzie, barak się trzęsie, zaraz odfrunie razem z nami.. czuję się jak wzbijającym się w powietrze samolocie. Siku, chce mi się siku, musze wyjść, co zrobić. Pierwszy krok za drzwi i wiatr mnie prawie powala, zdmuchuje okulary z nosa i trzaska nimi o beton. Były i nie ma. Nie ma okularów, połamane, potłuczone.. co ja zrobię, ślepa jestem bez nich, nie mam drugich. Rano budzik dzwoni, gdy jest jeszcze ciemno. Kobiety się szykują, ja tez wychodzę, idę do swojego podwórkowego kąta… gdy robotnicy wyjeżdżają przypomina mi się, że ktoś zapraszał na śniadanie, ale dopiero teraz zgłodniałam.. gdzie była ta kuchnia? Zaglądam w okno jakiegoś baraku, drzwi się otwierają i ten sam człowiek, który wczoraj nie chciał mnie wpuścić wymownym gestem pokazuje mi bramę. Dziś pizga chyba jeszcze gorzej, ale mam to gdzieś – musze się stąd wytoczyć, nikt mnie tu nie chce a ja nie chce ich, jest poranek, jakoś to będzie.. walka z rowerem, wichurą, droga, asfalt, ciężarówki z zerwanymi plandekami, poobijane biodro, zesztywniale od ściskania kierownicy palce, niech ktoś pomyśli i się zatrzyma, nawet głowy nie mogę odwrócić, puścić kierownicy by pomachać… NIE WIERZĘ. KTOŚ SIĘ ZATRZYMAŁ. Chińczyk. kierowca ciężarówki, na którą szybko wrzuciliśmy rower mówi, że jedzie do Urumczi ze szczęścia chce mi się płakać. Rowerostop prosto do domu! Mętlik w głowie, co o tym wszystkim myśleć, nie ma co się zastanawiać, trzeba pędem robić nowe okulary…

Drogi kocie, nie łatwo ogarnąć taką kuwetę, ale tym razem prawie się udało.

ps. Tego dnia drogę zamknięto. Samochody nie dawały rady jechać

Dodano 2 myśli na temat “Wypad do Turpan czyli jak nie ogarnęłam kuwety

Dodaj komentarz