Coron, wyspa Busuanga

Tagi: , ,

Prom do Coron wypłynął o 18tej i miał być na miejscu dnia następnego o godzinie 12tej, w związku z tym już około 18tej zawinął do portu. Tudno się dziwić, tu obowiązuje czas filipiński czyli generalnie hiszpańska manana.

W ramach rozpieszczania zafundowałyśmy sobie tzw. pomieszczenie AirCon i niemal tak szybko jak weszłyśmy to je opuścilyśmy kierując się na prycze pokładowe. Nie to, żeby nam nie pasowała klimatyzacja, ale umościła się tam również cokolwiek hałasliwa grupka rodziców z pociechami, którzy tez takiego to właśnie luksusu również zapragnęli. Na górnym pokładzie natomiast wył telewizor. Filipińczycy to wesoły i spragniony dźwiękow naród. Generalnie od rana do nocy coś tu wyje… może to być sprzęt grający (Modern Talking na śniadanie? Czemu nie!) a może to być osobnik wykonujący tutejszą odmianę karaoke zwaną na Filipinach videoke. Bary videoke są w każdej, nawet najpodlejszej wiosce. Dobiegające stamtąd męczarnie dziewcząt udających Whitney Huston tudzież młodzieńców naśladujących Roda Stewarda (górą amerykańskie przeboje wszechczasów..) roznoszą się po okolicy za pomocą porządnych wzmacniaczy. Niech każdy słyszy i podziwia!

Nasz prom jak się okazało był głownie promem przewożącym ładunki (jak się dowiedziałam często bywa nim bydło rogate, ale tym razem nasza łajba zasobna była bardziej w ziemniaki i inną marchewkę) a na głównym pokładzie ustawionych było obok siebie rzędy prycz. Wcale nieźle się na nich muszę powiedzieć kimało a wiatr rozwiewał nam włosy w romantycznym uniesieniu. No nie skończyło się to niestety dla mnie zbyt dobrze bo porządnie mnie ścięło w sensie zdrowotnym i musiałam uszczknąć co-nieco z 3-kilogramowych zapasów leków, w które to za poradą kolegi Piotra K. zanabyłam. Mam zatem już teraz tylko 2,9 kg leków i jak tak dalej pójdzie to bagaż zmniejszy mi się znacząco. Obecnie mam się już jednak znacznie lepiej.

Rano uraczono nas śniadaniem tj. ryżem z jajkiem na twardo a na obiad podano zestaw ten sam tj. ryż, ale drugim składnikiem była parówka. Nie narzekałyśmy, bo nasze zapasy jedzenia były niemal zerowe, darowanemu ryzowi nie mówimy zatem „nie!”!

W porcie w Coron na wyspie Busuanga podczas gdy ja dochodziłam do siebie po karkołomnej wysiadce z łajby po jakiejś desce do Zochy zagadał lokals chińskiego jak się okazało pochodzenia. Że posiada hotel najlepszy w mieście, ale mowi nam to z czystej przyjaźni bo (w zasadzie wtedy tylko Zoscie) dobrze z oczu patrzy i on wie jak to jest być takim budżetowym turystą. Wiec nas zaprasza. I wytłumaczył co gdzie i jak. Po ciemnicy jakiś cudem do tego chińczyka-filipińczyka trafiłyśmy. Hotel „the best in town” miał w sobie coś faktycznie bezcennego tj. centralne położenie. Po obejrzeniu pokoi byłyśmy pod takim ich wrażeniem, że zaproponowałyśmy Chińczykowi, że rozłożymy sobie namioty u niego na werandzie. Nawet się za bardzo nei zdziwił (bo niby dlaczego?) a my miałyśmy radochę z tego, że wszystkim o tym opowiada. Chińczyk o królewskim imieniu William był tez właścicielem dziury zwanej restauracją (tu cytuję Zochę „farby to te ściany nie widziały od dziesięcioleci”), w której zjadłyśmy „największego hamburgera w mieście” popijając „najzimniejszym piwem”. W mieście Coron na wyspie Busuanga oczywiście.

Leave a Reply