Bez szpilek pod Giewontem

Tagi: ,

Otworzyłam drzwi i zobaczyłam pudla zakupów a za nim drobnego chłopaka. Zanim zaczął wtaszczać do mieszkania sprawunki nasze spojrzenia spotkały się na sekundę, rzucił szybko wzrokiem na mój obrzydliwy różowy fartuch, po czym spytał „Da dove sei?” (Skąd jesteś?). Odpowiadając mu, że z Polski nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to spojrzenie i ta scena coś mi przypomina. Wyszedł szybko i już o nic nie pytał a ja zamknęłam drzwi.

Miałam przed oczami scenę ze starego teledysku „Let’s dance” Davida Bowiego – czarnowłosy chłopak z wielkim wysiłkiem ciągnie po zatłoczonej ulicy jakieś żelastwo a pot spływa mu z czoła. Widzi dziewczynę szorującą jezdnię i przez sekundę ich spojrzenia spotykają się.

I wtedy to, stojąc w tym różowym fartuchu, który to moi byli pracodawcy (średniozamożna sycylijska rodzina z aspiracjami na bycie kimś lepszym) życzyli sobie, żebym nosiła podczas pracy w ich domu w Palermo w latach 90-tych widziałam tą scenę z „Let’s dance”. Przemknęło mi przez głowę, że żadnemu z nas, ani mnie ani jemu nie podobało się to, czym przyszło się nam zajmować. Tak to przynajmniej interpretowałam.

Miałam wtedy niewiele ponad 20 lat i jak tylko Polska otworzyła swoje granice zaczęłam robić wszystko, żeby znaleźć się poza nimi. W ogłoszeniu o pracę napisanym drobnym drukiem w gazecie widziałam tylko jedno – nazwę egzotycznej miejscowości w ukochanej już wtedy Italii. Przypomnę, choć trudno w to co młodszemu ode mnie pokoleniu trudno będzie w to uwierzyć, ale nie były to czasy internetu. Ba – nie były to czasy telefonii komórkowej, a rozmowy zamawiało się dzwoniąc na centralę, zatem nie mogłam wcześniej sprawdzić praktycznie nic. Ukłony należą się moim rodzicom za świętą cierpliwość w akceptowaniu wszelkiego rodzaju wyjazdowych wybryków, bo ten nie był pierwszy. Po dwóch dniach spędzonych w pociągach trafiłam na szczęście nie w macki mafii, ale do ciężkiej pracy w domu, gdzie przede mną pracowały jedynie usłużne kobiety z Filipin. Męczyło mnie codzienne wykonywanie tych samych domowych obowiązków, które nigdy nie sprawiały mi przyjemności bo są w mojej osobistej hierarchii ważniejsze rzeczy niż sprzątanie, najbardziej jednak męczyło mnie samo pozostawianie w domu. Przechodziłam katusze widząc za oknem piękny, słoneczny, egzotyczny świat i męczyło mnie proszenie o możliwość wyjścia choć na chwilę. Jak to, że ktoś chce iść tak po prostu na spacer? Słońcem się cieszyć, ludzi zobaczyć? To nie mieściło się w głowie moim pracodawcom.

Tym, który zwątpili w krnąbrność mojego charakteru dodam, że różowy fartuch cisnęłam do kąta już drugiego czy trzeciego dnia pracy, do której to stopniowo wprowadzałam nowe, swoje zasady. W skrócie wyglądały one następująco: żadnego wstawania o 6tej, żeby zrobić kawę panu domu – wszak sam sobie może wcisnąć guzik w ekspresie (kładłam się po północy po sprzątnięciu po kolacji), deptaki trzepię co kilka dni bo to chore, żeby to robić codziennie, to samo odnosi się do mycia okien.. nawet psa zaczęłam dokarmiać za ich plecami bo standardowa dawka pokarmu jaki dostawał wynosiła 100 gram makaronu dziennie. Oczywiście ugotowanego al dente, ale już bez sosu bolognese. Żadnego sosu gwoli ścisłości nie było. Pies z radości, że dostanie te swoje odmierzone 100 gram przez pól dnia walił nosem o szybę balkonu, na którym to był przetrzymywany, a jednym z moich obowiązków było tą właśnie szybę pucować i te ślady po jego nosie zmywać. Jak dostało psisko trochę więcej żarcia, to aż tyle nie walił w tą szybę nosem a ja miałam mniej machania ścierą. Logiczne. Zupełnie też nie wiem dlaczego po trzech miesiącach pracy zrezygnowano z moich usług…

O pracy na Sycylii, gdzie w sumie „przerobiłam” kilka rodzin w ciągu niecałego roku może kiedyś jeszcze zainteresowanym opowiem, a piszę to wszystko teraz, gdyż po raz pierwszy próbowałam znaleźć się w nowej sytuacji, widząc jednak pewne podobieństwa do tej sprzed lat.

Przez kilka dni przebywałam i pracując po kilka godzin dziennie (w ramach barteru za jedzenie i spanie – znalezione przez portal workaway.info) pomagając przygotować do obsługi turystów mały pensjonat w uroczej wiosce Osturna na Słowacji tuż za granica z Polską. Sygnał telefonii komórkowej tu nie dochodzi a sklep czynny jest do 15tej. No, ale ze sklepu praktycznie nic nie potrzebowałam – w pensjonacie mieszkałam tu tylko ja i właściciel – Amerykanin słowackiego pochodzenia. Sytuacja może nie była aż tak podobna do „sycyilijskiej”, ani tym bardziej tej z teledysku, bo było miło, nikt mi nie kazał zakładać fartucha a właściciel gotował fantastyczne jedzenie, jednakże towarzyszyło mi uczucie, że to już kiedyś było i że tak się już czułam. Że mieszkając w czyimś domu nie jest się coby nie było u siebie i nigdy się z pracy tak do końca nie wychodzi. I jak się nie określa zakresu i godzin obowiązków to jest duże pole do interpretacji i to akurat nie jest fajne. Byłam tu kilka dni i jadę szukać czegoś innego.

Od wyjazdu z Warszawy, bardzo zresztą opóźnionego, zaczął się ciąg mniejszych i większych upierdliwości. Szeroko pojęte sprawy zdrowotne pominę milczenie. Nie będę też rozwijać wątku, że już drugi dzień spędziłam w namiocie w zagajniku pod Grójcem, bo padał deszcz ciągły a ja nie jeżdżę w deszczu jak nie muszę. Przed wyjazdem mój rower dostał żeliwnym parasolem, który wyrwał wiatr z ogródka kawiarnianego i złamała się lampka. Droga lampka. Ale przynajmniej nie dostał rower a nie moja głowa. Z hamulcami w rowerze walczyłam bodajże od kilku miesięcy – reperowane padały ponownie (hydrauliki Magura SH 11), a ja lubiłam je na tyle, że nie chciałam inwestować w inne. Tuż przed wyjazdem na początku września zrobione dzięki przysłanym w ramach gwarancji częściom z Berlina w pierwszym tygodniu jazdy ponownie nie działały a klamka ciekła. Potem zaczęły się problemy z nową oponą, która turlała się jakby była jajkiem a rower rytmicznie podskakiwał. Hamulce nieustająco nie hamowały, co gdy rozpoczęły się górki w południowej Polsce stało się już mało zabawne. Jednakże w momencie, w którym będąc na imprezie promującej szlak Green Velo w której zdecydowałam się uczestniczyć zgubiłam (spadł z bagażnika roweru, na którym jechalam – nie był to moj rower) plecak z cenną zawartością (dowód osobisty, karty płatnicze, okulary i wiele przydatnych drobiazgów) pomyślałam sobie „stop, coś tu nie gra!”. No, to nie może być prawda, ze znów gdzieś coś i że nie mogę się turlać dalej, bo czeka mnie wyrabianie nowych kart i dowodu.. A zima za pasem co widać, słychać i przede wszystkim – czuć.

Siłą rzeczy zostałam w Zakopanem, gdzie zatrzymałam się u Marka w cichym miejscu w samym centrum tuż na tyłach Krupówek (a konkretnie Piłsudskiego 13a, polecam). Pobyt umilał mi jak mógł Andrzej, który tam mieszka zabierając na rowerowe wycieczki w Tatry i zdradzając gdzie są tanie jadłodajnie. Czekając na nowe karty i dokumenty zapoznaję się z Podhalem i Spiszem i generalnie dużo dumam jak sobie wszystko dalej poukładać.

Dodano 11 myśli na temat “Bez szpilek pod Giewontem

    1. No może nie pod Giewontem bo potem przeniosłam się na Słowację a potem w Pieniny, ale fakt, trochę się zasiedziałam. Wszystko przyszło, śniegi też ;), ale próbuję jechać. Jutro Węgry.

  1. O ja Cię przepraszam, ..iluż to nowych rzeczy dowiedziałam się o Tobie Ewo z tego wpisu. Sycylia w czasach socjalizmu? Wyprzedziłaś wówczas epokę. Mało kto podejmował takie decyzje.Rozumiem,że teraz masz dylemat, jak zinterpretować serię ” znaków z nieba”. Niestety,wiesz, że nikt Ci w tym pomóc nie może……..Trzymam kciuki.

    1. Mira kochana, jakiego socjalizmu? .. Lata 90-te Ci to były. Ale fakt, nie było tak łatwo wyjechać jak teraz.
      Co do decyzji.. – no jak t, a myślałam, ze pomożesz :)

Dodaj komentarz