Alimos

Tagi: , ,

12626023_10201508784839338_1089884005_n

Zbieram się długo, zanim wykonam ten codzienny ruch. Przerzucam nogę przez ramę i próbuję odepchnąć się tak, by za pierwszym razem usiąść na siodełku i nie spaść z powrotem na nogi. Nie wsiadam na rower a podejmuję długotrwałą czynność prowadzącą do ruszenia się z miejsca. Trzeba uważać przy stawaniu, spadać bardziej na lewą stronę. Cholera bierze jak pies wyskoczy czy ktoś zahamuje nagłe ruchy są wybitnie niepożądane. Boli. Wstać pamiętając, by nie zrywać się nagle tylko przekręcić najpierw na bok. Sakwy przenieść jedna po drugiej, biorąc każdą z osobna nie na raz w obie ręce, wtedy jest znośnie. Wstać rozprostowując powoli kolana. Pan doktor kazał korzystać ze swojego szkieletu póki się da, wymieniać częściowo w przypadku ostateczności. Kurde, mam nadzieję, ze to jeszcze nie ta ostateczność. Babskie sprawy inny pan doktor nakazał skontrolować za pól roku. Jak znów będzie kiepsko to się tym poważnie zająć trzeba będzie, powiedział, i odszukać wszystkie badania sprzed lat też. Bo to nie są z tymi sprawami, proszę Pani, śmichy-chichy. Pól roku minęło, czas znów odwiedzić pana doktora.

Styczeń, po wielości świat czas wrócić do codzienności. Życie swoje a nierozsądek swoje – wierci dziurę w brzuchu by jechać dalej. Bo tak ciekawiej, może trudniej, ale ciekawiej. Myśl o tym, by zatrzymać się i pobyć gdzieś dłużej w takim czy innym celu nie jest nowa. Cały czas planowałam dojechać gdzieś gdzie świeci słońce i zatrzymać się na trochę tego „trochę” nie definiując.

Trzeba było czasu, by zrozumieć, że to świetny zbieg okoliczności, że jest tu w Atenach miejsce dla mnie, że jest kot i mieszkanie do zaopiekowania pod nieobecność właścicielki, że lata do Polski tani Ryanair i prościej będzie za te 100 PLN polecieć i sprawy pozałatwiać, z doktorami się zobaczyć tudzież rzeczy, co to mi się tez popsuły, ponaprawiać. I że to nie dyshonor jakiś jest. I że ten czas teraz, kiedy mogę spać, ile chcę, cieszyć się niemal codziennym na greckiej ziemi słońcem, patrzeć na błękitne niebo i morze, pisać bo nareszcie mam czas, zrobić normalny obiad i usmażyć sobie kotlety, że pani w spożywczaku już mnie poznaje i „last but not least” – pobawić się z psotnym kotem, że to jest także jest „quality time” – czas, który taki jaki jest też jest wartościowy.

Biorę rower i ruszam na kilka dni w drogę przewietrzyć głowę i pomyśleć. Styczniowe słońce choć nie praży, ale świeci pięknie. Radość!

12660274_10201508787319400_1554403722_n

Kierunek – Peloponez. Choć nie jestem fanką oglądania antycznych ruin i dotychczas w podroży je omijałam chciałabym zobaczyć teatr w Epidauros, Spartę, ponownie odwiedzić Olimpię.

Wyjazd z Aten zajmuje dzień cały i zapętlam się na dobre koło Koryntu. Legendarnych cór tam już nie ma, to nie te czasy chyba. Jest natomiast legendarny kanał, koryncki się zresztą zwie. Podobno już miał go w planach wykopać już Neron ale zrealizowany został pod koniec XIX wieku. Ponad 6 km długości, 21 metrów szerokości i na 8 metrów głęboki, wysokość ścian to prawie 80 metrów oddziela Peloponez od lądowej Grecji – niby to kanał po prostu, ale taka wykopana duża wąska dziura w ziemi wypełniona wodą robi na mnie wrażenie i wracam tam kikakrotnie. Brzegi łączy 6 mostów, a dwa skrajne to mosty zwodzone – co tu oznacza, że całkowicie zanurzają się pod wodę, aby przepuścić statek. Znajduję sobie miejscówkę na nocleg w podłym pustostanie po byłej restauracji. Trochę tu brudno, to prawda, śmieci kupa, ale spokojnie i widok świetny no i nie wieje a wieczorem, w nocy i z rana towarzyszy mi spektakl zanurzania i wynurzania drewnianego mostu. Towarzyszą mi także trzy miejscowe psy, nie zdziwione zupełnie obecnością obcego, nie szczekają, nie warczą a machają ogonami i ostrożnie krążą wokół mojego legowiska. Oby zawsze takie przyjazne czworonogi spotykać.

12650630_10201508785799362_335720254_n

12650752_10201508786079369_1191126456_n

12650583_10201508786239373_405549912_n

Na wyspie Salamina hałas cichnie, błękit atakuje z nieba i wody, z rzadka pojawiający się ludzie pozdrawiają.

12665847_10201508822520280_1379680395_n

Wieczorem znajduję wymarzoną miejscówkę noclegową na wybrzeżu koło kościoła.

12659634_10201508817520155_989149192_n

Rozmawiam z miejscowym, potwierdza, że nie ma problemu, spać można. Po godzinie jednak nie jest tak różowo – przyjechały miejscowe chłopaki w wieku „ja to wszystko mogę”, zupełnie przypadkiem tez siadają trzy metry od namiotu jakby nie było miejsca gdzie indziej i puszczają muzykę na cały regulator. Niewiele później dolącza następnych kilku, wtedy wieczorny repertuar obejmuje także mało wyszukane zwroty i propozycje tłumaczone na bieżąco przez google translator. Wychodzą z tego calkiem niestety zrozumiałe bzdury. Wiem, że mnie prowokuja, ale po 15 minutach słuchania tego, co by ze mną zrobili i z myslą, ze w Japonii by się to nie zdarzyło, wychodzę z namiotu.

Towarzystwo topnieje w oczach, zostaje tylko trzech kawalerów – jeden dodaje sobie animuszu papierosem w zębach, drugi grzebie w komórce, trzeci wgapia się głęboką wody toń.

Hej, to ty chciałeś się ze mną przespać? Zapraszam do namiotu – co tu kryć, jestem wściekła

Chłopak z niewinną miną wskazuje na ginącego w ciemnościach kolegę. Ja nic nie wiem, to on krzyczał!

Aha. Hej, ty! Ty chciałeś mi to i owo polizać, jeśli dobrze zrozumiałam? Zapraszam! Gdzie idziesz? Już nie chcesz?

No proszę. Ten też już nie reflektuje. Doprawdy. Taka jestem brzydka?

Słowo daję, nie uśmiecha mi się szukanie innego miejsca w ciemnościach, ale widzę światło w pomieszczeniu koło kościoła, wcześniej nikogo tam nie było. Wchodzę. Kilkoro starszych ludzi ogląda telewizję. Wioskowa świetlica.

Kalispera, dobry wieczór. Rozstawiłam tu namiot koło kościoła, prześpię i rano pojadę, dobrze?

Nikt nie ma nic przeciwko.

Tylko, czy tu jest bezpiecznie, wie pan, Ci młodzieńcy o tam.. mnie no.. trochę mnie obrażają.

Chwila moment, wymiana słów między pokoleniami i starszy pan klepie mnie po ramieniu – nic się nie obawiaj, śpij spokojnie, nic się nie stanie.

Chłopaki znikają jakby się rozpłynęli we mgle. Bohaterowie z Koziej Wólki, cholera jasna. Heroes.

Choć ruszam ochoczo w stronę Peloponezu lecz plany moje reguluje – jakzeby inaczej – pasmo górskie i deszczowa prognoza pogody, ale choć muszę zmienić trasę wiem, że bardzo chciałabym tu wrócić i na spokojnie tu sobie pojeździć. A teraz nawet ten niecały tydzień w trasie i tak mi dobrze zrobił.

Zatem jestem, tu i teraz, na ateńskich nadmorskich peryferiach, w Alimos. Czasem jeżdżę nadmorską drogą kilkanaście kilometrów do Kavouri, gdzie na zielonym przylądku ziemia spotyka się z niebem, samochody nie wyją a plaża o tej porze roku jest pusta choć słońce coraz mocniej przygrzewa.

12660408_10201508783399302_1102889195_n

Czasem chodzę na spacer na skałki, jakiś kilometr od domu i patrzę, jak Ateny zachłannie pożerają każdy skrawek ziemi z pobliskich wzgórz, wspinając się coraz wyżej i wyżej. A z drugiej strony rozpościera się morze po horyzont. Nie tylko ja lubię tu przychodzić.

12659806_10201508780679234_2093489273_n

12626102_10201508780999242_954216703_n

12647660_10201508782919290_654080843_n

12648054_10201508781439253_2011066360_n

Do centrum mam kilkanaście kilometrów. Nad dzielnicą Plaka króluje Akropol. Siedzę na schodkach, rwę kawałki świeżego chleba i popijam mlekiem. Moja codzienna grecka dieta to chleb i mleko.

Lubię grecki chleb. Biały, lekki i z pewnością mało zdrowy pszeniczny chleb z grubą chrupiącą skórką. Sprzedawczyni w piekarni już wie jaki lubię – ten najbardziej spieczony, bo tylko taki przemawia do mnie brązowym kolorem. W stojącej ryżem i kluskami Azji, gdzie pieczywa w zasadzie nie było chyba najbardziej brakowało mi chleba. Siedzę tak i rwę ten chleb, łapię pełne obojętności spojrzenia przechodniów, choć kilka nawet było mniej obojętnych i trafił się nawet jeden uśmiech! Bawię się w zgadywanie narodowości. O, teraz idzie grupa Brytyjczyków. Założę się, ze to mieszkańcy Wysp. Przekrzywione czapki, bladoróżowa cera, lekko podkrążone oczy po szaleństwach ubieglej nocy jak się odmyślam, no i przede wszystkim T-shirt – jaka by nie panowała temperatura to w końcu Grecja więc takie standardy ubraniowe obowiazują. To nic, ze kilka dni temu było około zera i prószył śnieg. Młodzieńcy wchodzą do knajpy poklepywani po plecach przez naganiacza, no bo po 30 sekundach rozmowy są już bardzo zaprzyjaźnieni. Best friends ever.

DSC_0050[1]

Przy stoliku siedzi para z Japonii. Nawet nie muszę słyszeć języka a wiem, że to Japończycy. Dziewczyna w fantazyjnym kapeluszu z pofalowanym rondem kończy jeść souvlaki czyli lokalne szaszłyczki, chłopak raczej wysoki jak na Japończyka, przegląda zdjęcia w swoim aparacie. Ta skłonność głównie młodych Japonek i Chinek do noszenia kapeluszy jest jak na europejskie standardy i mody dość ekstrawagancka, ale fajna. Niestety wraz z wiekiem panie zastępują kapelusze kapelutkami – takim niedużym śmiesznym czymś, bez którego Japonka nie wychodzi na ulicę. Ale ta dziewczyna ma piękny kapelusz.

Niedługo będę w Polsce, może w miesiąc się uda uwinąć, trudno powiedzieć. Rower i bambetle zostają w Atenach. Będę też w kilku miejscach przełamywać wrodzoną nieśmiałość opowiadać o odwiedzanych miejscach – luty Warszawa, Wrocław, Gryfino, marzec Katowice, Kraków.. może Gdynia – tak sobie wymyśliłam, dla odmiany. Jeśli macie ochotę zajrzyjcie, posłuchajcie, podejdźcie potem – będzie mi naprawdę miło. O spotkaniach informuję tutaj a na bieżąco na fejsbuku – trzeba kliknąć na ikonkę obok (nie trzeba mieć fejsbukowego konta).

Where are you, Ewa? What is your next destination? Gdzie jesteś? Gdzie teraz jedziesz? pyta nieustannie Aman, mój fejsbukowy hinduski znajomy, tak jak wielu z Was choć ciągle mu piszę, ze w Grecji.

This is not all about my next destination, mister.

Następny geograficzny punkt na trasie to nie wszystko, mój przyjacielu.

Dodano 6 myśli na temat “Alimos

  1. Witaj globtroterko. .. czyta się Twoje teksty jak zawsze super .. . a miałem cichą nadzieję, że zobaczę Cię w tym roku w marcu na KOLOSACH w Gdyni. . ..

  2. Dzień Dobry Dzielna Ewo, czytam z podziwem i uśmiechem. A zwłaszcza cieszę się z zaplanowanej marcowej wizyty w Katowicach. Będę mogła osobiście poznać . Ja i moi „rowerowi” przyjaciele. Śledzę wpisy i informacje o dokładnym terminie. Pozdrawiam. Grażyna z Katowic

    1. Witaj Grażyno, bardzo się cieszę zatem, że pomysł pojechania do Katowic zaowocuje miłym spotkaniem. Na to liczyłam..
      Będę tam opowiadać o azjatyckiej podróży 9 marca o 19tej w klubie Podróżników Namaste. Dodałam już zakładkę Spotkania na blogu. Na stronie i fejsbuku klubu info pojawi się za jakiś tydzień, ale datę już mam ustaloną. Zapraszam serdecznie.

  3. Czytałam z zapartym tchem , a zdjęcia fantastyczne. Gratuluję i bardzo podziwiam, szczególnie za odwagę.
    Mieszkam niedaleko Gryfina, może uda mi się kupić bilet ( bilety rozchodzą sie jak ciepłe bułeczki) na Twoja prelekcję.
    Życzę dużo zdrowia.
    Pozdrawiam Teresa

    1. Witaj Tereso, jak miło czytać takie słowa.
      Na Festiwalu Włóczykij w Gryfinie będę mówić o Japonii w niedzielę 28.02 O 17.00 jak głosi program. Będzie tam zacne grono podróżników i włóczykijów rzecz jasna i duzo ciekawych opowieści… juz mam tremę. Tak, karnetów już nie ma, ale bilety na pojedyncze dni będą bądź są podobno do kupienia. Do zobaczenia zatem, pozdrawiam, Ewa

Dodaj komentarz