Albania rowerem – dwa koła, dwie nogi i 10%

Tagi: , , , ,

Pierdut! Światło zgasło i nie było widać już nic – ani stacji benzynowej, na której przysiadłam sprawdzając mapy, ani sporego hotelu tuż obok a w nim wypasionej nowoczesnej restauracji z raczej zamożną męską klientelą. Samochody jak gdyby nigdy nic toczyły się po głównej jakieś drodze jakieś 30 km od Tirany, która prawem Murphego z szerokiej, równej i raczej pustej zmieniła się pod koniec dnia w wąską i dziurawą, co nie sprzyja nigdy żadnej jeździe rowerem, nie mówiąc już o takiej po zmroku. Po kilku minutach wycie potężnego generatora obwieściło powrót jaśniejszej rzeczywistości i życie odżyło.
W zasadzie to wciąż toczyło się dalej. Generalnie po zmroku w Albanii niewiele widać, bo państwowego oświetlenia ulic tu na lekarstwo i domostwa zasilane są z własnych generatorów, co odnoszę wrażenie nie przeszkadza ludziom normalnie funkcjonować.

Powitanie z albańską ciemnością nastąpiło dzień wcześniej, kiedy to chcąc nie chcąc (bo pojawiła się na mojej drodze wcześniej niż myślałam) przekroczyłam granicę tuż przed zmrokiem. Domy w Albanii najczęściej otacza wysoki mur, ogrodzenie potężne i zamknięta na cztery spusty brama, co przypomniało mi podobne obrazki z Kosowa, gdzie byłam kilka lat temu. Po mojej niezbyt przyjemnej noclegowej przygodzie kilka dni wcześniej w Czarnogórze obiecałam sobie, ze częściej będę pukać do ludzkich drzwi coby rozbić się na podwórku, ale cóż – te pozamykane bramy nie dawały możliwości spytania się o cokolwiek. Hmmm.

Przetaczałam się bodajże przez trzecią już wioskę, gdy nagle – jest, kościół katolicki! Pełen ludzi, głównie jak widze dzieci i młodzieży, siostry zakonne, ksiądz – jest niedziela, w środku trwa msza święta. Wcale nie spodziewałam się tu katolickiego kościoła, choć jak się potem okazało mój umysł wciąż jeszcze funkcjonował dość stereotypowo czyli – Albania to muzułmanie. Owszem – trzy czwarte narodu wyznaje islam, ale tak jest głównie w głębi kraju, w górach. Jadąc potem wzdłuż albańskiego wybrzeża widziałam niemal wyłącznie kościoły katolickie lub grekokatolickie. Wszak Matka Teresa była Albanką.

Siostro, czy mogłaby mi siostra pomóc z noclegiem? Nie widzę tu żadnej możliwości wynajęcia pokoju, a jest już ciemno, trochę boję się jechać dalej. Szkoder, (czyli najbliższe miasto) to jeszcze jakieś 10 km.
W czasie, kiedy siostra rozmawiała z drugą otoczył mnie tabun dzieci i młodzieży, które wypatrzyły mnie już okien kościoła i wybiegły po mszy napierając na mnie i mój rower. Wszystko dotknąć, obejrzeć, przybić piątkę.. niby nieszkodliwe, ale wzrastał we mnie niepokój.

Przenocujesz u nas, w Szkodrze. Będziemy jechać wolno samochodem, a ty za nami, dobrze?
Choć nie uśmiechało mi się jechać po ciemku z ulgą i wdzięcznością przyjęłam tą ofertę jak z zadowoleniem fakt, że siostra tak jak i jak się potem okazało większość ludzi na albańskim wybrzeżu mówiła choć trochę po włosku. Jak mi potem powiedziano włoskiego uczą tez w szkołach no i kiedyś w telewizji oprócz jedynego kanału albańskiego można było odbierać wyłącznie te z Italii.

Ostatecznie stanęło na tym, że pojadę swoim tempem a spotkamy się pod kościołem na wjeździe do miasta.

Czy masz pieniądze? Tu niedaleko jest hotel, kosztuje tylko 10 EURO. Wiesz, nie możemy tak na Ciebie czekać i czekać, mamy swoje obowiązki a mieszkamy po drugiej stronie miasta powiedziała siostra, gdy spotkaliśmy się w umówionym miejscu już w mieście.

Tak, tak, mam.. dobrze. Rozumiem. Do widzenia. Uhm.

Odjechałam może 10 metrów i najzwyczajniej w świecie popłakałam się. W zasadzie trudno określić dlaczego – byłam już w oświetlonym mieście, znalezienie noclegu nie stanowiło problemu, sytuacja nie była jakaś podbramkowa i trudna, bywałam w duzo gorszych.. Chyba zrobiło mi się może po prostu trochę smutno i przykro.

Czuję, ze ktoś bierze mnie za ramię. Siostra wróciła się. Przeprasza. Po stokroć przeprasza. Ze mam jechać, spędzimy razem wieczór, każdy wszak popełnia błędy. Nie chce tam jechać, absolutnie teraz już nie chcę, ale nie chcę tez strzelać focha wiec OK. Dajcie mi adres, znajdę was.

Gdy z pomocą lokalsów docieram na miejsce gromadzi się wianuszek sióstr, w tym chyba ich przełożona.
Gdzie jadę, co ja tu robię? Jak się nazywa mój projekt? Tak sobie jadę, naprawdę? To niemożliwe, każdy ma jakiś cel, wszystko robi się o coś, zatem jaki to projekt? Skąd mam pieniądze? My pomagamy potrzebującym, biednym, ale jak ktoś tak sobie przyjeżdża.. Podobno rozpłakała się Pani ..no przyjmiemy. Radzi sobie Pani jak widać w podróży przez tyle czasu, a tu nagle płacz?

Nie trzeba być magistrem psychologii, żeby wiedzieć, że emocje się rodzą z jakiegoś powodu i nie bardzo mamy na to wpływ. Pojawiają się bo coś. Nie zawsze wiemy od razu dlaczego, czasem trzeba pogrzebać w sobie dłużej a i tak trudno dociec. Cieszysz się? Smucisz się? Nie podważajmy czyiś uczuć i emocji. Tak, jestem dużą dziewczynką i popłakałam się, wcale mi nie wstyd.

Ale to poniekąd prawda z tą pomocą. Pół nocy myślę, wraca do mnie zresztą ostatnio często ta myśl czy przypadkiem nie przekroczyłam gdzieś granicy, czy korzystanie z pomocy i gościny nie jest nadużyciem – ze strony ludzi i szczególnie ze strony kościoła, choć od kilku miesięcy zapukałam doń chyba dwa razy. Że kościół to nie hotel, że nikt nie ma obowiązku mi pomagać, bo w przeciwnym razie połowa podróżujących kierowała by tam swoje kroki.

Zostaję zakwaterowana w ambulatorium i zamknięta na klucz. Jest ciepły prysznic i wygodne łózko a nawet ogrzewanie, wysypiam się. Rano siostry są już zupełnie inne, otwarte, radosne, gdzieś znikł ten cień podejrzeń.

Przepraszam Cię bardzo za wczoraj – powiedziała siostra przełożona rano. Wiesz, teraz świat jest taki niebezpieczny, szczególnie Albania. Wiesz, nie wiemy kim jesteś, to tutaj bardzo niespotykane, taka podróż, a dopiero co były te straszne zamachy w Paryżu, boimy się. Jeszcze raz Cię przepraszam, nie miej nam za złe. Uważaj na siebie, w ubiegłym roku zabili w górach dwie podróżujace na rowerach osoby.(?!?)

Nie mam za złe i z ulgą przyjmuję to wyjaśnienie, ale słuchanie po raz kolejny o niebezpiecznej Albanii jakoś nie wpływa pozytywnie na początek mojej drogi przez ten kraj.

Po wyjechaniu ze stacji benzynowej trafiam na hotelik. Cena z 25 EUR spada do 15 co tez przyjmuję z ciężkim sercem, ale raz kiedyś.. ok. Rower już wstawiony do komórki, idziemy na pokoje. Trochę przygnębiający Ci to widok. Tu nie działa telewizor (co ja bym zrobiła bez tego jednego kanału?), tu ogrzewanie, wreszcie jest – tu wszystko działa. W ostatniej chwili sprawdzam łazienkę. A, nie ma ciepłej wody? W ogóle nie ma wody? A to dziękuję. Chciał nie chciał wytaszczam się znowu w otchłanie drogowej ciemności. Ale innym razem, kiedy biorę pokój wszystko jest nowe i czyste. Loteria.

Z premedytacją wybrałam jazdę wybrzeżem, bo nad morzem zwyczajnie jest cieplej. Przez pierwsze dni droga jednak prowadzi z dala od wybrzeża, przez dość podmokłe tereny. Płasko – na jakiś czas dobrze. Podmokłe jednak z powiązaniu z niedbałością o otoczenie czytaj – otoczeniem tłuczniowo-betonowo- śmieciowym nie sprzyjają jednak pozytywnym odczuciom.

Zdaję sobie sprawę, jaki wpływ na to ma katastrofalny stan gospodarki w kraju i fakt, że nie ma zasobów na takie czynności jak sprzątanie ulic, ale jakoś najwyraźniej straciłam już tolerancję na chaos i nieporządek. Albania to dla mnie europejska Azja – gdzie azjatycka jest oczywiście dużym uogólnieniem. Ryby sprzedawane wprost z bruku na głownej ulicy miasta. Kury wożone związanymi nogami, wiszące po obu stronach motorków. W krajobrazie straszą betonowe konstrukcje, po części zbudowane domy, tak jakby ktoś kiedyś dał pieniądze albo zwolnił z podatków jedynie zalewanie betonem fundamentów a na wykończenie już nie było pieniędzy. Może to tez pokłosie końca lat 90-tych, kiedy to piramidy finansowe zrujnowały ponownie podnoszący się po rządach Edgara Hodży kraj. Tego ostatniego wspominam bynajmniej nie z czułością mijając co jakiś czas i straszące w krajobrazie bunkry. Jakie psychologiczne czy inne zależności rządzą światem, że naród podporządkowuje się choremu wymysłowi jednego człowieka wydając miliardy na te niepotrzebne betonowe koszmarki podczas gdy ludzie przymierają głodem? Duże miasta nadmorskie jak np. Vlora, gdzie widzę hotel przy hotelu, nowiuśkie, a tuż pod balkonami ziemia niczyja, syf, błoto, piach, śmiecie. I do tego „plaża” będąca jakimś błotnym nieporozumieniem. Ale – plaże podobno właśnie porządkują, może będzie lepiej.

P1140931

P1140667

Po wyjściu z niefortunnego hotelu obieram kurs na lotnisko – wygląda na to, że może da radę tam się przespać. I nagle z otchłani ciemności wyłania się oświetlony własnym generatorem (słyszę) hotel 4 gwiazdkowy a przy nim.. kemping. Dodajmy – czynny kemping! Po wjeździe ogarnia mnie jeszcze większe zdumienie, gdy widzę stojące na równej czystej i mokrej murawie dwa namioty a obok cztery rowery. Pierwszy raz odkąd wyruszyłam we wrześniu z Polski widzę czynny kemping i pierwszy raz tez spotykam na swojej drodze sakwiarzy.

To trójka młodych Francuzów i Hiszpan, którzy spotkali się w drodze i od jakiegoś czasu jadą razem – tak jak ja w stronę słońca. Miłą odmianą jest pogawędzić wieczorem, oj miłą.. ale już próba wspólnej jazdy jakoś nie wychodzi. Ten do banku, ten siku, ten na zakupy, za chwilę znowu na zakupy.. ja tez po coś.. słowa „Not for Speed”, które uważam za swoje motto nabierają innego wymiaru. Można być wolniejszym ode mnie!  Spędzamy jeszcze razem następną noc a moi nowi znajomi zadziwiają mnie gotowaniem wielodaniowej kolacji oraz koncertem gitarowo-fletowo-akordeonowym. Grają pięknie i jak się okazuje dawali takie uliczne koncerty w co większych miastach wspomagając tym swój podróżniczy budżet, aczkolwiek ten pomysł przyszedł im do głowy dopiero w podróży.

P1140606

P1140616

Coraz więcej widzę pomysłów na wspomaganie swojego podróżniczego budżetu. Dwa tygodnie wcześniej w Czarnogórze spotkałam parę podróżników, którzy stali na głównym placu Kotoru, miejsca tylez pięknego co bardzo turystycznego a na ich rowerach poprzyczepiane były niby-pocztówki będące ich zdjęciami z podróży. Sprzedawali je za datki i jak się okazuje było sporo ludzi zainteresowanych nie tyle kupnem pocztówki co wspomożeniem ich budżetu. Ciekawy pomysł.

Droga wzdłuż wybrzeża zaczyna się wić, wspinać, opadać, bardziej jednak wznosić niż opadać… czy mi się tylko wydaje? wjazd na 300 m, zjazd do poziomu morza, potem na 500 i znów 300 w dół.. i tak cały czas. Wydaje mi się, ze naprodukowali znaków 10% nachyłu a potem według nich pobudowali drogi. Tak, na pewno tak musiało być! Nie widzę innych znaków jak 10%. Jest pięknie, ale.. już nie mogę, ludzie, nie mogę nawet pchać! Dystans 25-35 km dziennie to ostatnio standard. W takim tempie to i na Wielkanoc do Aten nie dojadę..

P1140933

W końcu nadchodzi – przełęcz Llogara. Wjazd na 1000 m n.p.m. zajmuje mi ponad dobę. W słońcu sandały, w cieniu lodowato. Mam ambicję pokonać wjazd jednego dnia by znaleźć nocleg nad morzem po drugiej stronie góry. Pcham resztkami sił i godiznę przed zmrokiem mam jeszcze jakies 3-4 km do szczytu. Może się uda, zimno tu jak diabli.. Gdy na chwilę staję by odetchnąc z domu wybiega kilkunastoletni chłopak.

Can I help you? pyta. Może chcesz spać tutaj, o tam jest takie ładne miejsce, do szczytu jeszcze 7 km! Za darmo, za darmo! dodaje. Jest bardzo sympatyczny, dobrze mówi po angielsku no a tymi 7 km stromego popychu do szczytu to już zupełnie mnie przekonał. Rozstawiam namiot przy drodze, w pobliżu jest kilka domów, palimy ognisko, rozmawiamy.

Ciężko jest w Albanii. Ojciec nie żyje. Do szkoły mam 20 km, ale nie mam na bilet. W zamian za podwożenie busem w weekendy pracuję u kierowcy – wypasam owce. Zobacz – pokazuje na szew na ręce. Miałem złamanie, taki Niemiec co tu był dał mi 200 EUR na operację. U nas nie ma nic za darmo. O, a teraz ząb, zobacz – stara się mi coś pokazać w głębi jamy ustnej choć nie mam ochoty tam zaglądać. Nie wierzysz mi, widzę, ze mi nie wierzysz, ale tak jest!

Robi mi się głupio. Na pewno mam dużo więcej niż on, ale sama mam teraz nie za dużo i naprawdę żyję oszczędnie. Rankiem, gdy wyjeżdżam z ich domu wychodzi kobieta, matka zapewne i międzynarodowym gestem pocierania o siebie dwóch palców doprawionym dla jasności słowami „money” żąda pieniędzy.

Nie, „no money” odpowiadam i widzę jej twarz wykrzywioną w grymasie. Idzie potem drogą i gdera w złości „no money, no money”! Tak, o ile jeszcze myślałam o tym, żeby coś zostawić tak im bardziej gdera, tym bardziej czuję złość bo nawet nie spałam na ich podwórku tylko przy drodze, nic nie wzięłam i nie wiem już czy ta cała opowieść chłopca była szczera, czy nie, choć pewnie tak, ale jakoś trudno mi się w tym wszystkim połapać.

P1140704

P1140774

W Sarandzie, dużej miejscowości turystycznej tuż przed granicą z Grecją znajduję jakiś hostel, zostawiam bety i dla odmiany jadę autobusem do górskiej miejscowości Gjirokastra. Kamienne, przypięte do zbocza góry miasteczko z osmańską zabudową i królującą nad miastem twierdzą przekonuje mnie, że serce i urok Albanii leży w górach. Może kiedyś tam dotrę.

P1140863

Dodano 9 myśli na temat “Albania rowerem – dwa koła, dwie nogi i 10%

  1. Powodzenia na góskich szlakach. Tak to już jest, że to,co dla nas jest przygodą, dla ludzi na drodze jest niezbyt przyjemną rzeczywistościa, w któej staraja sie przetrwać. Życze Ci sympatycznych spotkań po drodze i podjazdów łagodniejsztych niż 10%

  2. Ewa, bardzo ciekawy post, tym bardziej, że chyba niełatwy. Wiele twarzy zdaje się mieć Albania. Odczucia podobne do tych, które mieliśmy w Rumunii. Może to właśnie kwestia trasy?

    1. Hej Kasia, no fakt, nie było łatwo, chociaż wciąż i cały czas niemal towarzyszy mi piekne słońce. Trzeba pamiętac że to sa moje odczucia osobiste, trochę się boję, żeby tekst nie zniechęcił innych, którzy chcą odwiedzić Albanię. Rowerowo na pewno będzie tam ciężko, w głębi kraju tym bardziej, ale znam osoby, którym sie szalenie podobało a i ja chętnie bym wróciła w inne rejony no i z lżejszym bagażem. Wiosną lub jesienią, bo nie wyobrazam sobie robić tych dróg w letnim skwarze, masakra. W Rumunii byłam i jakoś nie tęsknię, ale przypuszczam, że jakbyście jechali przez Karpaty to byłoby dużo ciekawiej – ale cieżej rzecz jasna. Pozdrawiam już z Aten :)

  3. Ewo Droga, bądź tak dzielna jak jesteś. Życzę Ci spędzenia czasu świątecznego przede wszystkim wśród przyjaznych ludzi, ale i w obecności łazienki z ciepłą wodą oraz pokoju z czystą pościelą.

  4. Dzielna kobieta z Ciebie, podziwiam Cie za odwagę i wytrwałość. Wspaniały wpis, bardzo ciekawie się czyta, czuć te emocje, a przynajmniej ich malutką część jaką można sobie wyobrazić. Podziękowania dla Ciebie kochana

  5. Hej! To teraz wreszcie wiem z jakiegoś „normalnego” bloga (czyli bez „Top 10 miejsc w Albanii”), czym pachnie albańskie wybrzeże. Fajny tekst, i fajnie, że dzielisz się emocjami, nie pierwszy raz zresztą. Jakbyś miała kiedyś okazję wracać do Albanii (czy Kosowa), w górach jakoś tych śmieci mniej było, widoki przepiękne, temperatury jesienią na rower idealne, a drogi – jeśli asfaltowe, to albo już po remontach, lub po prostu w niezłym stanie. A ludzie przeżyczliwi, choć łażenie z koleżanką po Kukes wśród tłumów mężczyzn przechadzających się bez kobiet wieczorami – było „osobliwe”. Tymczasem – dalej trzymam kciuki za fajny czas w Sinkiangu! Pozdrowienia.

    1. A dziękuję Ci bardzo Hubert, cieszę się, ze ktoś docenia ten sposób pisania. Ja też nie jestem fanką „iluś rzeczy które musisz zobaczyć gdzieś tam”, ale takie podobno są najbardziej chodliwe a pisanie o swoich uczuciach i sobie generalnie uchodzi za mało „trendy” i generalnie „be”.
      Tak, byłam tez kilka lat wcześniej w górach i Kosowie, nieziemskie miejsca. Teraz nastawiam się na Azję Centralną..
      pozdrawiam!

      1. Może i „be”, ale przynajmniej nie powiela sztucznych zachwytów, bo dziwnym trafem w tych najpopularniejszych miejscach jakoś trudno zobaczyć to, co było obiecane na zdjęciu bez tłumu turystów (na post-turyście fajnie to opisali). Zazdroszczę Ci, że masz taką bazę wyskokową do Azji Centralnej, a i pewnie Twoja wiza chińska też jest dzięki szkole wielokrotnego wjazdu. Życzę jak najwięcej chińskich wakacji, żebyś mogła z tego korzystać. Pozdrawiam jeszcze raz!

Dodaj komentarz